Reklama

Żeby coś po mnie zostało. Wywiad z Włodzimierzem Paprockim

11/02/2013 00:00
O Domu Wędrowca, drużynie ułańskiej, byciu patriotą i jeźdźcem we własnej stajni opowiada Włodzimierz Paprocki

Pana postać budzi w lokalnym środowisku skrajne emocje. Jedni Pana lubią, inni niekoniecznie. Często spotyka się Pan z ocenianiem swojej osoby?
Ludzie mają prawo do własnych opinii. Szkoda tylko, że często są one krzywdzące i nieprawdziwe. Faktycznie tak jest, że wielu osobom nie podoba się wszystko cokolwiek Paprocki robi. Nie wiem, z czego to wynika. Może z tego, że sami wolą założyć ręce, patrzeć z boku i tylko komentować, nie starając się zrobić czegokolwiek dla siebie czy innych, a może z zazdrości… Nie raz słyszałem, że na organizowanym przez nas Hubertusie zarabiamy jakieś niewiarygodne pieniądze, a przecież to impreza charytatywna, z której każda złotówka jest dokładnie rozliczana. Często jest tak, że wsparcie finansowe burmistrza, jakie otrzymujemy, to znikoma część wszystkich kosztów. Wtedy trzeba się ruszyć, pojechać, porozmawiać, poprosić o pomoc, żeby to wszystko przygotować. To może się niektórym nie podobać. Nie przejmuję się tym, po prostu robię swoje. Chcę pomagać. Chcę wierzyć w to, co śpiewał Czesław Niemen, że ludzi dobrej woli jest więcej. Nie sztuka dać komuś, jeśli się ma, sztuką jest podzielić się ostatnią kromką chleba. Ze wspomnień babci i taty, którzy spędzili kilka lat na Syberii właśnie to pamiętam najbardziej, że ci najbiedniejsi ludzie ratowali się nawzajem w ten sposób.

[[reklama]]

Teraz zajmuje się Pan między innymi hodowlą koni, a wcześniej?
Miałem własną firmę, jednak ponad dziesięć lat temu prowadzona działalność nie przetrwała sytuacji na rynku. To był czas, gdy wiele firm bankrutowało, a moja była jedną z nich. Przez to nadal ciągną się za mną kłopoty finansowe, zobowiązania wobec wierzycieli. Sytuacja nadal jest trudna. Musiałem posprzedawać ziemię. Nie wiem, czy z tego gospodarstwa w ogóle coś zostanie, ale staram się nie poddawać. Szukam sobie zajęcia, chcę coś robić. Przecież nie zamknę się w czterech ścianach, izolując się od ludzi czy nie palnę sobie w łeb, używając wojskowej terminologii, bo to byłoby tchórzostwo, a nie sposób na wyjście z problemu. Nigdy się nie poddaję, wręcz wierzę w jakąś boskość czy też cud. Wierzę, że w każdej sekundzie życia może przyjść wybawienie, co staram się przekazać swoim dzieciom i wszystkim, którzy się ze mną stykają. Może to niektórych drażni we mnie. Są ludzie, którzy uważają, że jak ktoś padnie to nie ma prawa się już podnieść. Ja po upadku wstaję i robię krok naprzód. Poeta mówi, aby padać boleśnie, by znów się podnosić… Coś w tym jest. Reprezentuję tych wszystkich, których można zniszczyć, ale nie pokonać. Oczywiście nie zapraszam nikogo do niszczenia mnie.

Skąd wziął się pomysł na stworzenie stajni? Decydowały głównie finanse czy to zajęcie, które łączy się z hobby?
Pierwszego konia kilkanaście lat temu kupiła moja żona. Potem pojawiały się kolejne. Zawsze chciałem, żeby moje dzieci nauczyły się jeździć konno i to się udało. Zawsze chciałem też, żeby było tu pełno ludzi, którzy też będą mogli nauczyć się jeździć. Kiedy jeszcze nasze dzieciaki były w domu, faktycznie sporo ich rówieśników tu przyjeżdżało. Cieszy mnie, że może za ileś lat ktoś pomyśli, że pierwsze kroki w jeździectwie stawiał u Ani i Włodka Paprockich. Jeśli chodzi o finanse, to trudno na hodowli koni zarobić. Nie wierzę w wielkie sukcesy hodowców. Duże stajnie często są źródłem kosztów, a nie dochodów swoich właścicieli. Nasza stajnia jest mała. Teraz mamy pięć koni i cały czas myślę, jak zachęcić ludzi do nauki jeździectwa, do tego, by spróbowali w nim swoich sił. Był czas, że w naszej stajni było nawet dwadzieścia koni. To było zbyt wiele, bo utrzymanie takiej stadniny sporo kosztuje. Więc to zdecydowanie hobby i sentyment. Sentyment, bo uważam, że miłość do koni drzemie w duszy każdego prawdziwego Polaka.
[[nowa_strona]]
W gospodarstwie znajdują się też inne ciekawe zwierzęta.
Moja żona mówi, że przywiązuję się do zwierząt i jeśli jakieś przywiozę, to po prostu zostanie ono już do śmierci w naszym gospodarstwie. Tak przedłużyliśmy o dwa lata życie kucowi, który trafił do nas w fatalnym stanie. Był wychudzony, nie mógł chodzić. Często jest też tak, że ludzie sami przywozili i przywożą do nas chore, ranne albo opuszczone zwierzęta. Po obejściu biegały już na przykład wietnamskie świnie, były sarny. Wychowaliśmy bociana. Teraz są świniodziki, cała masa psów, kotów, no i konie.

Organizowany jesienią Hubertus ściąga tu tłumy. Ta impreza to duże wyzwanie.
Obserwujemy, że z roku na rok jest coraz więcej odwiedzających naszą imprezę. Tak jak mówiłem, budżet na organizację mamy bardzo mały. Byłoby ciężko, gdyby nie pomoc od ludzi, okolicznych mieszkańców i nie tylko. Ktoś przekaże świniaka, ktoś inny kurę czy ileś kilogramów grochu, jakieś kości. Z tego wszystkiego nakarmimy stu, dwustu ludzi. Zrobimy fajną imprezę, fajne show i zbierzemy kilka tysięcy złotych na jakiś szczytny cel. Ja nie mam z tego ani złotówki. Pewnie krytykujący naszą działalność dziwią się. Kręcąc głowami mówią: – sam ma kłopoty, a jeszcze bawi się w takie rzeczy. Moim zdaniem trzeba to robić i warto to robić, choćby dla takich momentów jak na przykład w zeszłym roku, gdy do mojej żony podeszło jakieś dziecko i powiedziało: Robi Pani najlepszą herbatę na świecie. Dzieci są szczere, mówią to co myślą i czują. I jeśli pada jeden taki głos, nawet na dziewięćdziesięciu dziewięciu malkontentów, to wiem, że mam po co żyć. A jeśli organizując taką akcję możemy jeszcze komuś pomóc, to chcemy to robić nadal. To jest sukces nas wszystkich, wszystkich, którzy wspierają tę akcję, odwiedzają nas w tym dniu oraz pomagają w organizacji i pracy.

[[reklama]]


Wtedy można spotkać Pana w roli kucharza – czyżby kolejne hobby?
Wystarczy na mnie spojrzeć. Lubię dobrze zjeść i to nawet widać (śmiech).

Popisowe danie?
Wszystko mi dobrze wychodzi (śmiech). Myślę, że pieczona baranina i świniak, z takich dużych rzeczy.

A poza imprezami, w domowej kuchni, częściej gotuje Pan czy żona?
Ja mogę wszystko ugotować, wszystko przyrządzić, ale nie będę nic zmywał (śmiech). A mówiąc już tak poważnie, to myślę, że nie ma między nami takiego podziału i sytuacji, w której nie wpuszczałbym żony do kuchni. Lubię kręcić się przy garnkach, specjalizuję się głównie w przygotowywaniu mięs, jednak Ania też świetnie gotuje. Uzupełniamy się i często pichcimy coś razem.

Od kilku lat Pana działalność to też Formacja Dźwierszno – skąd wziął się pomysł na jej powołanie?
To też w jakiś sposób wiązało się z tym, że mamy konie. Może to też trochę dlatego, że jestem już w takim wieku, że coraz częściej myślę, co po sobie pozostawię. Chciałbym, żeby to było coś wartościowego, jak dbałość o tradycję i patriotyzm. Marzyłem też o tworzeniu inscenizacji historycznych. Inną sprawą była i jest możliwość skorzystania ze środków unijnych, które jako stowarzyszenie o nazwie Formacja Dźwierszno możemy pozyskać. Chociaż jesteśmy mali chcemy się rozwijać, przyciągać nowych ludzi, nawiązywać kontakty z innymi stowarzyszeniami. Rozbudowujemy zaplecze, mamy repliki umundurowania ułanów, mamy też cały strych gadżetów, które wykorzystujemy przy inscenizacjach. Stary wóz konny, jakieś obrazy, futra, walizki – wszystko to wydawałoby się śmieci, ale na kilka chwil dostają nowe życie i pozwalają odtworzyć czasy i sytuacje, o których coraz mniej ludzi już pamięta.
[[nowa_strona]]
Podczas wrześniowego przedstawienia zagrał Pan niemieckiego oficera, będąc bardzo przekonującym w stroju, gestach i słowach.
Nikt inny nie chciał zagrać tej postaci (śmiech). Mówiąc poważnie – zależało mi, żeby oddać tragizm, prawdziwość tej sytuacji, tych chwil. Chciałem pokazać, jak w zwyrodniały sposób ludzie potrafili mordować innych ludzi. Napawa mnie pewnym obrzydzeniem to, że powoli zapomina się o tym, co działo się podczas drugiej Wojny Światowej.

Jest Pan inicjatorem akcji „Suchy chleb dla konia”. Czy po kilku miesiącach widać odzew mieszkańców gminy?
Odzew jest raczej nikły, choć jeden transport takiej żywności już do nas dotarł. Nie chodzi tylko o suchy chleb, bo wiadomo, że jego przygotowanie – wysuszenie wymaga sporo pracy. Może być on więc nawet nadpsuty, spleśniały. Chodzi o szacunek do żywności, która powstała z pracy ludzkich rąk, a która, trafiając do zwykłego kosza, jest marnotrawiona, a mogłaby jeszcze posłużyć – tak jak w tym wypadku jako karma. Bez względu na odzew cieszę się, że udało się ruszyć z taką akcją, choć i już w tym wypadku dotarło do mnie, że Paprocki jest w każdej gazecie i chyba jest z nim kiepsko, skoro zaczął zbierać odpadki. Tym się nie przejmuję. Robię swoje.

[[reklama]]

Całe Pana życie kręci się wokół obcowania z naturą, życia na wsi. Lubi Pan wolność i przestrzeń.
Od dziecka mieszkam na wsi. Nie wstydzę się tego. Lubię wieś, przyrodę, ziemię, zwierzęta. Tym też chciałbym się podzielić z innymi. Znów chciałbym, żeby coś po mnie pozostało. Marzę o stworzeniu Domu Wędrowca, w którym na starość, czyli za jakieś 45 lat (śmiech) też mógłbym zamieszkać. To nie byłby dom opieki czy hospicjum, w którym czeka się na śmierć. Widzę to raczej jako miejsce dla ludzi, nawet z różnych stron świata, którzy w życiu przeżyli swoje, chcą spokoju, przestrzeni. Chciałbym, żeby było to miejsce, gdzie mógłby mieszkać i Rosjanin, i Amerykanin, i Polak. Dałoby to też miejsca pracy ludziom z okolicy.

Gdyby mógł Pan spełnić swoje jedno marzenie, co by to było?
Ojej. Czuję się zastrzelony tym pytaniem. Bardziej myślę o tym, czego bym chciał dla wszystkich. Zgody, jedności, braterstwa, zrozumienia. A dla siebie... Może wsiąść na koń i pognać gdzieś w nieznane, a może żeby skończyły się moje kłopoty z nieistniejącą już firmą. Sam nie wiem.

Rozmawiał Sz. Chwaliszewski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama