Marian Owczarek urodził się w Jarocinie w 1925 roku, ale całe dzieciństwo i młodość spędził w Bydgoszczy. Tam skończył szkołę podstawową i zawodową. Uczył się geodezji, choć pasji zawsze miał wiele, na czele z fotografią. Pochodził z rodziny patriotów. Jego ojciec brał udział w dwóch powstaniach, kiedyś zostawił na peronie żonę z dzieckiem i zaciągnął się w szeregi powstańców. Miał być rozstrzelany, podziemie unieszkodliwiło wysokiego rangą oficera niemieckiego, co zaowocowało pokazową egzekucją na rynku w Bydgoszczy.

Prawdziwy człowiek renesansu
Dzięki znajomościom mamy w Berlinie udało mu się z tego wykaraskać. Później, jako zasłużony pracownik kolei, dostał domek w pobliskiej Pile. Był tu kierownikiem pociągu na trasie Piła – Chojnice
– wyjaśnia Ewa Modrzyńska, córka Mariana Owczarka.
Tata też działał w podziemiu, był łącznikiem roznoszącym ulotki, pseudonim „Szybki”. Otrzymał za to nawet odznaczenia
– moja rozmówczyni uśmiecha się do rozłożonych na stole zdjęć.
W wojsku był dwa lata i zaznał wojny na własnej skórze. Na wschodzie był na kilku wyprawach przeciw bandom UPA, w swojej jednostce zajmowali się m.in. żołnierzami wracającymi z frontu. Ukraiński ruch oporu był bardzo dobrze zorganizowany, żołnierze ginęli jak kaczki w zasadzkach, pułapkach. Tata zawsze pod ręką miał aparat. Utrwalał m.in. zburzoną Warszawę, w której mieszkali rodzice mamy, a rodzinne archiwa pełne są migawek z powojennej Piły, Bydgoszczy czy Trójmiasta.
Reklama

Okolice drukarni na ulicy Domańskiego (rok 1950)
Ojciec uczył się w szkole podoficerskiej w Rembertowie, a służył w jednostce wojskowej w Górze Kalwarii. Tak poznał mamę, która zamieszkała tam i pracowała po powrocie z obozu koncentracyjnego, a właściwie z sześciu, m.in. Auschwitz Birkenau. Ale to już osobna historia... Tata jako pierwszy przyjechał do Złotowa, gdzieś w 1947 roku. Mieszkał na Królowej Jadwigi, w wynajętym pokoju. Ludzie, którzy tutaj mieszkali byli wtedy zobowiązani do udzielania kwater tym, którzy organizowali życie w mieście. Potem dopiero przyjechała tu mama. W 1949 urodziła się moja najstarsza siostra Anna. Mama zawsze była najważniejszą osobą w domu, nie pracowała zawodowo i prowadziła gospodarstwo, troszcząc się właściwie o wszystko. To ona dysponowała zarobionymi przez tatę pieniędzmi. Była kobietą o wysokim poczuciu estetyki, potrafiła wyprzedzać trendy, które miały się dopiero pojawić. Dla nas też szyła wszystko, w jej rękach coś bez problemu powstawało z niczego. Natomiast tata, który był praktycznie jedynym żywicielem rodziny, pracował od rana do wieczora. Najpierw w Urzędzie Skarbowym, a po powstaniu Szpitala Powiatowego znalazł zajęcie na oddziale sanitarnym. Na początku był zaopatrzeniowcem, laborantem, a potem technikiem rentgenowskim. Najważniejszą personą w szpitalu był wtedy dr Hildebrandt, człowiek legenda, przez wielu złotowian pamiętany do dzisiaj. Ojciec pracował na 3/4 etatu, personel rentgena z powodu szkodliwości naświetleń miał krótszy czas pracy. Dzięki temu tata mógł się spełniać w innych dziedzinach.
Reklama

Tak równo 60 lat temu prezentowała się plaża przy ulicy Wioślarskiej
Fotografia pojawiła się w życiu Mariana Owczarka już w najwcześniejszych latach dzieciństwa.
Zainspirował go starszy brat, ale tatę fotografia szybko pochłonęła bez reszty. Wujek Franciszek pracował w hurtowni fotograficzno–chemicznej i w sklepie fotograficznym, mieli więc dostęp do sprzętu i potrzebnych do robienia zdjęć materiałów. Jak kiedyś robiło się zdjęcia, trzeba było myśleć o wszystkim, włącznie z papierem, naświetlaniem klisz i odczynnikami do wywoływania filmów oraz zrobienia odbitek. Trzeba było być osobą wszechstronną, takim trochę omnibusem i ojciec nim był. Dużo czytał i wciąż w czymś się doszkalał. Dla szpitala ostrzył np. skalpele, z misek i srebrzanki sam robił sobie pierwsze lampy. Pasjonował się astronomią, sam wykonał lunetę do obserwowania gwiazd, (on projektował, a ktoś pomógł mu wytoczyć potrzebne podzespoły), sam zrobił radio na kryształek, które nie potrzebowało żadnego zasilania. Jeszcze kiedy pracował w szpitalu postanowił założyć swój własny zakład. Długo był fotografem samoukiem, w końcu zdał jednak egzamin czeladniczy, bo bez tego nie mógłby prowadzić swojej działalności. Po wielu perypetiach, na strychu przy ul. Boh. Westerplatte ruszył „Foto Color”. Mieszkaliśmy na drugim piętrze, zostało tam po nas jeszcze zresztą sporo pamiątek. Z jednej strony była zaprojektowana przez tatę podświetlona skrzynka, z ręcznie malowanymi szybkami. Zrobił to wszystko praktycznie sam, z pomocą wyjątkowych ludzi, którzy mu sprzyjali.
Reklama

Boczne wejście na teren Kościoła pw. NMP w Złotowie (rok 1956)
W Złotowie było wtedy kilku fotografów. Wiele wskazówek dał ojcu pan Grochowski, który miał zakład na ul. Kolejowej. Pierwszy profesjonalny zakład fotograficzny w Złotowie miał pan Półgęsek, na ul. Wojska Polskiego, od niego tata dostał całe wyposażenie. Był jeszcze zakład pana Kubackiego, przy placu Paderewskiego, który działa po dziś dzień, byli państwo Knajdkowie i pan Jarząb. Pracowali głównie mężczyźni, ale w okresie komunii, chrzcin czy wesel pomagały również żony i dzieci. Nie inaczej było i u nas. Siostry wyjechały ze Złotowa, więc zakład, jako najmłodsza, miałam kiedyś przejąć ja. Często towarzyszyłam tacie w pracy, byłam trochę taką statystką, modelką, chociaż zdjęcia też sama robiłam, ślubne np. i muszę przyznać, że wychodziło mi to całkiem nieźle. Tata jeździł np. robić zdjęcia na zaproszenia proboszczów w okolicach Złotowa, ale nie tylko. Z okresu pracy w US pamiętało go wielu ludzi, było więc co robić. Dobre zdjęcie to kwestia odpowiednio dobranego światła i... wyobraźni. Istotna jest też jakość kliszy, jej ziarnistość, nasycenie barw. Kolor Kodaka miał oszałamiać i upiększać naszą szarą codzienność, z kolei japońskie filmy miały bardziej stonowane barwy, bliższe naturalnym kolorom. Te wyjazdowe zdjęcia były naprawdę piękne, robione na dworze, przy fantastycznym świetle. Traf chciał, że zawsze mieliśmy wymarzoną pogodę, ale wtedy okres letni zaczynał się w kwietniu, a kończył w październiku. Wszyscy znajomi taty również fotografowali się i wywoływali zdjęcia u niego. Robiliśmy także kartki świąteczne, sprzedawane później w sklepach pana Łatko, barwiliśmy też czarno–białe zdjęcia. Kolorowe zaczęły pojawiać się w użyciu na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Po latach także kolor się przesycił i wracało się do fotografii czarno–białej, podobnie jak przechodziło się z powrotem z błyszczącego papieru na mat. Zakłady zaczęły znikać, kiedy wywoływanie zdjęć stało się znacznie tańsze. Pojawiły się slajdy, czyli zdjęcia nie wymagające papieru. Posiadanie projektora czy przeglądarki do przeźroczy było kiedyś w modzie, wystarczyła biała ściana i rzutnik, dajmy na to, popularny Krokus. Te rzeczy nie były wyjątkowo drogie. Później można było z tych slajdów zrobić normalne zdjęcia, ale zajmowały się tym profesjonalne firmy, takie jak Kodak czy Sony, aparaty też stawały się z czasem coraz bardziej dostępne.
Reklama

Tajemniczy ogród A.D. 1962

Ten legendarny budynek pamiętają już tylko starsi złotowianie

Ulica Boh. Westerplatte w roku 1966
Marian Owczarek robił zdjęcia praktycznie wszędzie. Uwielbiał zdjęcia w plenerach, na wakacjach i w nowych miejscach, ale pojawiał się też w przedszkolach, żłobkach i na przeróżnych oficjalnych uroczystościach. Do upamiętniania ważnych „momentów” zapraszali go najpierw naczelnik miasta, potem burmistrz, starosta i inni oficjele. W jego archiwum jest także fotograficzna dokumentacja historii złotowskiego szpitala czy chociażby roześmiane twarze z pierwszomajowych pochodów.
Kiedyś trzeba było na nie chodzić, w innym razie mogły być wyciągnięte nieprzyjemne konsekwencje, chodzili wszyscy, szkoły, młodzież, zakłady pracy
– wspomina Ewa Modrzyńska.

Pamiątkowe ujęcie personelu Szpitala Powiatowego (rok 1960)
Były propagandowe przemówienia, ale nie mieliśmy wtedy jakiejś skali porównawczej, że coś jest nie tak, nikt nie myślał o tym, żeby się temu przeciwstawiać. Mama była osobą wierzącą i nie miało dla niej znaczenia to, że tata należał do partii. Jakiś czas był nawet radnym. Mama śmiała się tylko czasem, że takim radnym–bezradnym, bo długo nie mieliśmy własnego mieszkania i wynajmowaliśmy je m.in. na ul. Zielnej, Szpitalnej czy na Wojska Polskiego. Pomimo różnic rodzice byli bardzo zżytym małżeństwem. Kiedy mama chorowała tata opiekował się nią i troszczył o wszystko. Sam zawsze otoczony był kobietami, miał przecież same córki. Mama mówiła mu zawsze, że gdyby miał samych synów, to chodziłby w jednej parze spodni. Jako taki rodzynek był z nami bardzo szczęśliwy, uwielbiał niedzielę i wolny czas spędzony w domu, przynosił nam wtedy śniadanie do łóżek. Wszystkim życzę takich ojców. Ciągła praca z pewnością odbiła się na jego zdrowiu. Z drugiej strony, nigdy nie był osobą, która musiała długo spać. Wystarczyło parę godzin i już wydawał się wypoczęty. To mama zdecydowała, że pora zamknąć zakład. Tata przestał przyjmować zlecenia z zewnątrz, ale zdjęcia robił do końca życia, choćby przy okazjach rodzinnych. Nawet na emeryturze ciągle przesiadywał na swoim strychu, dzieląc swoją pracownię z zafascynowanym światem dziadka wnuczkiem Sebastianem. Mój syn był jego pierwszym modelem i statystą, kiedy tata chciał np. przetestować jakąś nową serię papieru czy klisz. Zresztą wszyscy byliśmy w domu oswojeni z obecnością aparatu, robienie zdjęć było po prostu na porządku dziennym. Tata w zasadzie lubił fotografować wszystko, nie tylko ludzi, ale też całe swoje otoczenie, krajobrazy, życie miasta, zmieniającą się architekturę, to zresztą widać na setkach jego zdjęć.
Reklama

Wnuczek Sebastian był ulubionym modelem i statystą Mariana Owczarka
Rodzinne archiwum pęka w szwach od zdjęć z najróżniejszych miejsc i okresów czasu.
Zdjęć, klisz, przeźroczy i wywołanych filmów jest bardzo dużo. Po przejściu na emeryturę chciałabym to wszystko jakoś uporządkować, zachować od zapomnienia. Wiele zdjęć już wcześniej trzeba było zutylizować, tata na bieżąco usuwał ich nadmiar. Zwyczajnie nie było kiedyś miejsca na gromadzenie kolejnych albumów
– wyjaśnia córka fotografa. Imponująca jest także rodzinna kolekcja aparatów, gdzie króluje sprzęt produkcji radzieckiej i enerdowskiej. Marian Owczarek nie obawiał się także kamery.

Przed dzisiejszym Urzędem Miejskim w Złotowie (rok 1957)
Filmy z różnych miejsc tata zgrywał kiedyś na kasety VHS ze swoim przyjacielem, panem Szumińskim. Taśm jest zresztą więcej, trzeba by tylko do nich dotrzeć i sprawdzić, co się na nich znajduje. Często wspominamy te czasy w rodzinie, z mężem, z wnukami, choć niektóre zaprzeszłe historie są już niewyobrażalne dla młodszych pokoleń. Staraliśmy się zawsze zachowywać to, co mogliśmy, nie wszystko jednak udało się uratować. Nie wiadomo, jaki będzie dalszy los archiwum taty. Nasze dzieci i wnuki żyją już w innej rzeczywistości. Teraz świetne zdjęcie można zrobić nawet telefonem. Ilość zdjęć, jakie przewalają się w naszym życiu jest zatrważająca. Dobrą stroną jest z pewnością fakt, że możemy je właściwie bez ograniczeń archiwizować.
Reklama
Rozmawiał Leszek Chełmowski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Hehehe! Patrząc na jego wpis wątpię, że potrafiłby cały tekst przeczytać. Dla niego to najlepiej obrazki, "dóżo".
Przeczytaj cały tekst. Tam jest więcej zdjęć. Szkoda Ci złotówki?
Dóżo tych zdjec..
Hehehe! Patrząc na jego wpis wątpię, że potrafiłby cały tekst przeczytać. Dla niego to najlepiej obrazki, "dóżo".
Przeczytaj cały tekst. Tam jest więcej zdjęć. Szkoda Ci złotówki?
Dóżo tych zdjec..