Tomasz Urbański jest w Złotowie niekwestionowanym liderem w dziedzinie alpinistyki. Realizując pasję, zaraża nią innych.
Gdy przed rokiem pierwszy raz trafiłem do bulderowni Tomasza, pomyliłem godziny zajęć i przyszedłem, gdy te dobiegały już końca. Ale zostaliśmy, porozmawialiśmy, pokazał mi kilka rzeczy
– Mateusz wspomina początki tej znajomości. Nie trafił tam jako kompletny amator. Przez lata chodził po górach, ale tylko w Polsce.
W kraju właściwie nie zaliczyłem tylko Bieszczad, a bardzo bym chciał. Ponoć szczególnie piękne są zwłaszcza jesienią
Reklama
– przywołuje informacje wyczytane z literatury. Jego wcześniejsze wyprawy miały jedynie turystyczny, trekingowy charakter. Mateusz zapragnął się wspinać. Początkowo treningi nie były tak częste jak obecnie, kiedy w bulderowni trenuje dwa razy w tygodniu.
Po dwie godziny. Do tego około trzy godziny tygodniowo na dodatkowe aktywności, rower czy bieganie
– w taki sposób dba o fizyczną formę.
W pewnym momencie skończyły mi się szlaki trekingowe. Szukałem też nowego środowiska, do którego mógłbym się podpiąć. Kogoś, kto nauczyłby mnie nowego, nauczyłby mnie wspinaczki
Reklama
– tak wyjaśnia, jak trafił pod skrzydła najlepszego złotowskiego alpinisty, dla którego ostatnia wyprawa była kolejnym już zdobyciem Białej Góry.
Mimo wszystko trudno uwierzyć, że po zaledwie roku treningów Mateusz Biały zdobył się na wyprawę na najwyższy szczyt Europy.
W bulderowni można bardzo efektywnie trenować. Jasne, że ona odbiega od tego, co dzieje się w prawdziwych górach, ale to znakomite miejsce do ćwiczenia siły, wytrzymałości, techniki, chwytów. Bulderownia daje możliwość rozbicia wspinaczkowej wyprawy na poszczególne elementy. Im ciężej ćwiczysz, tym większa jest perfekcja twoich ruchów. W górach trzeba to wszystko poskładać w całość
Reklama
– ocenia.[[pay]]
Bulderownia daje coś jeszcze, czego nie spotka się nigdzie indziej: to miejsce spaja ludzi wokół pasji, jaką dzielą. Ten klimat jest ważny. Przebywamy w środowisku ludzi, których interesuje to samo. Już tylko rozmawianie o górach w takim gronie jest niezwykłe. To nas łączy
– Mateusz podkreśla, że tak zawiązała się grupa, która niedawno wdrapała się na szczyt Mont Blanc. On, wspomniany Urbański, a także dwoje innych pasjonatów, dziewczyna z Piły i chłopak z Wałcza.
Jak każdy dobry pomysł, także ten zrodził się spontanicznie
Reklama
– mówi Tomasz Urbański. Oprócz tego, że grupa razem trenuje, zaliczyła też już wspólne, wcześniejsze wyprawy.
Wracaliśmy z Grossglocknera, najwyższego szczytu Austrii. Wtedy zaplanowaliśmy, że wejdziemy na Mont Blanc
– Mateusz Biały wspomina majową wyprawę na górę, która ma 3798 metrów.

– Tam, wysoko w górach, każdy przechodzi inną drogę. Każdy szuka czegoś innego i co innego znajduje – uważa Mateusz Biały (fot. Archiwum M. Białego)
Dobrze im wtedy poszło. W ciągu kilku miesięcy zaliczyli zresztą kilka wypraw, również w Tatrach. Na Grossglocknera także postanowili wejść drugi raz, ale inną granią. Odpuścili.
Warunki atmosferyczne były bardzo niesprzyjające. Wiał potworny wiatr. Weszliśmy na pewną wysokość, przespaliśmy się w namiocie na północnym lodowcu. Wiatr wiał tak mocno, że musieliśmy trzymać namiot od środka
– opowiada. Wyprawy na najwyższy szczyt Austrii były jedynymi alpinistycznymi, jakie grupa zaliczyła przed zdobyciem Białej Góry.
Zdaniem Mateusza Białego austriackie wyprawy pod względem technicznych wymagań były nawet trudniejsze niż ta na Mont Blanc.
Od technicznej strony wejście na Blanca nie jest aż tak trudne. Prawdę mówiąc, trudniejsze wspinaczki zdarzyło nam się zaliczyć w Tatrach
Reklama
– złotowianin podkreśla jednak, że w całościowej ocenie wyprawa na francusko–włoski szczyt była jednak najbardziej wymagającą, jaką do tej pory przeżył.
Było bardzo zimno. Poza tym mój organizm pierwszy raz był na tak dużej wysokości. Nie wiedziałem, jak zareaguje. Bardzo mało spałem. Nocami tylko po dwie godziny, dopadła mnie klasyczna choroba wysokościowa, spowodowana głównie niedosytem tlenu. W najwyższych partiach Mont Blanc jest 60% nasycenia tlenu, jaki mamy na naszej wysokości. Ten brak wyraźnie się czuje, organizm szybciej się męczy. Najgorszy był odcinek od 3800 metrów na szczyt. Ten kilometr szliśmy pięć godzin. Wiatr wiał niemiłosiernie. Było bardzo zimno, około minus 20 stopni. Szliśmy opatuleni, z całym ekwipunkiem na plecach. Śnieg z wiatrem nieustannie smagał w jedną część twarzy
Reklama
– opisuje.
Niesamowite wrażenie robiły też potężne przestrzenie i wielkość terenu, jaki czekał do pokonania. Gdy pierwszy raz pojechałem w polskie góry wydawały mi się wielkie. Jak pierwszy raz zobaczyłem Tatry, wydawały się ogromne. Jednak widok Alp to coś niesamowitego. Tam jedna góra wydaje się być taka jak całe Tatry
– Mateusz mówi o wrażeniach po pierwszych chwilach wyprawy. Tomasz Urbański wspomina, że jednym z trudniejszych fragmentów był dla grupy około trzydziestometrowy odcinek krawędzi jednej z grani.
Po jednej stronie była przepaść o wysokości około 300 metrów, z drugiej około 1200 metrów
– opisuje.
Miejsca do maszerowania było niewiele, dosłownie na szerokość jednej stopy. Lęk potęgowała świadomość, że jak spadniesz, od razu pociągniesz za sobą zespół. To mnie najbardziej przerażało. Literatura mówi wprawdzie, że w sytuacji, gdy ktoś zaczyna spadać, inni dla przeciwwagi powinni zsunąć się na drugi grzbiet krawędzi, ale czy w praktyce robi się coś takiego, czy ktoś by się odważył?
– zastanawia się Mateusz. Podkreśla rolę lidera tej wyprawy, jaką spełniał Tomasz Urbański.
Jest niesamowity. Pod względem wiedzy, umiejętności, doświadczenia, jest wiele poziomów ponad nami wszystkimi. Powiedzmy sobie szczerze, gdyby nie Tomasz, pozabijalibyśmy się w tych górach
– chłopak nie ma w tym względzie nawet odrobiny wątpliwości.
Jest przy tym bardzo miły w obyciu. Podejdzie podczas wyprawy, porozmawia. Nigdy nie zostawi cię na szlaku w potrzebie
– dodaje*.
Mateusz Biały zaliczył już w górach sytuacje, w których spadał bądź zsuwał się kilka metrów. Liny zdały egzamin, choć w głowie zawsze jest lęk, czy aby na pewno wytrzyma.
Moment zatrzymania jest bardzo gwałtowny, zwłaszcza dla mężczyzny
– podkreśla z uśmiechem. W trakcie wyprawy na MB dotkliwie osunęła się jedyna kobieta w tej wyprawie.
Najbardziej odczuło to jej kolano
– opisuje nasz rozmówca.
Spadające kamienie to kolejny, jeśli nie największy powód do obaw w trakcie takich wypraw. Tomasz Urbański w swojej wspinaczkowej karierze zaliczył już sytuację, gdy sporej wielkości fragment skały omal pozbawił go życia. Na szczęście nie uderzył w niego, a jedynie otarł się o odzież.
Gdy uderzy w ciebie kamień, nawet stosunkowo niewielki, ale spadający z dużej wysokości, twoje szanse maleją właściwie do zera. Jest jak pocisk. Nie pomoże nawet najlepszy kask
– uzmysławia Urbański.
Siedzieliśmy i popijaliśmy w namiocie herbatę z rumem. Co jakiś czas słyszeliśmy, jak spadają kamienie. Słyszysz to i wiesz, że za kilka godzin będziesz tamtędy wchodził. Wyobraźnia szybko działa
– przyznaje Mateusz.
Tutaj ponownie ogromne znaczenie miała rola lidera grupy, który wie, że trzeba iść rano, bo po nocy wszystko jest bardziej zmarznięte. Gdy wyjdzie słońce, skały zaczynają tajać i kamienie lecą. Branżowa literatura podaje wprost, że najwięcej wypadków ma miejsce w górach przez spadające kamienie. Dostaniesz i spadasz kilkaset metrów w dół
– dodaje.
Strach zawsze towarzyszy takim wyprawom
– przyznają to obaj nasi rozmówcy. Sęk w tym, aby nauczyć się go kontrolować.
Wyprawa na Mont Blanc trwała pięć dni – trzy na wejście i dwa na zejście. Mateusz Biały miał w jej trakcie krytyczne momenty.
Były chwile, kiedy byłem przekonany, że dalej nie wejdę. Mówiąc szczerze, miałem to w dupie. Wsparciem znowu służył Tomasz. No i silna głowa. Ona jest podstawą we wspinaczce. Najpierw głowa, później nogi, bo one niosą, a dopiero później ręce, które przytrzymują nas tylko przed tym, żeby nie spaść. Tak to sobie tłumaczyłem: zrobić kilka kroków, a jak je już zrobiłem, to postawić kilka kolejnych. Później jakoś już szło. Prawda jest taka, że wyprawa w góry to wewnętrzna walka, jaką toczymy w sobie
– ocenia.
Tam wysoko w górach każdy przechodzi inną drogę. Każdy szuka czegoś innego i co innego znajduje
– uważa złotowianin. Czego on szuka w górskich wyprawach?
Wbrew pozorom, absolutnie żadnej adrenaliny. Po prostu lubię tam być. Lubię tę ciszę. To jest mega doznanie. Uwielbiam majestat gór, ich estetyzm. Zatrzymać się, popatrzeć, zapisać w pamięci obrazy. Na alpejskich szlakach poza sezonem nie widać ludzi.
Z tej pasji rodzą się plany na kolejne wyprawy. Jednym z większych celów jest Pik Lenina – góra o wysokości 7134 metrów, znajdująca się w Górach Zaałajskich w Pamirze, w Azji, na granicy Tadżykistanu i Kirgistanu.
To najtańszy z siedmiotysięczników na świecie
– Mateusz podkreśla też inny aspekt wypraw.
Rzeczy, które zabieram w Alpy, tam już się nie przydadzą. Są za słabe. Tam temperatury spadają do minus 40–50 stopni. Na taką wyprawę, na kupno sprzętu itd. łącznie trzeba mieć około piętnaście tysięcy złotych
– kalkuluje.
Jeśli ta ekipa się utrzyma i pozwolą na to finanse, a przede wszystkim czas, bo na taką wyprawę trzeba mieć też miesiąc wolnego, na pewno tam pojedziem
– deklaruje współwłaściciel rodzinnej firmy, działającej w rolniczej branży.
Drużyna
– jak podkreśla – to jeden z najważniejszych aspektów pomyślnej wyprawy. Jak przyznaje, z Tomaszem mają odmienne charaktery, ale w górach stanowią dobry zespół.
Lubimy przebywać w górach. Dzielące nas różnice pod względem umiejętności nie mają tutaj wielkiego znaczenia. Zdaję sobie sprawę, że Tomasz jest na poziomie, który dla mnie prawdopodobnie nigdy nie będzie osiągalny. Podobnie jak Himalaje. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek odważył się na taką wyprawę.
Czy Tomasz Urbański marzy o wyprawach w Himalaje?
Może kiedyś. Może na emeryturze
– mówi o wizji wspinaczki na dach świata.
*postać Tomasza Urbańskiego przybliżyliśmy w jednym z numerów AL pod koniec ubiegłego roku[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Kolejny samolub,który ryzykuje swoje życie, nie myśląc o tym co czuje rodzina...
Kolejny samolub,który ryzykuje swoje życie, nie myśląc o tym co czuje rodzina...