Cielas to znane nazwisko. Jedni zapamiętali, jak zwalniał ponad 200 osób, inni - jak 200 uratował. Działał w straży, klubie piłkarskim, spółdzielni. - Przecież nie można jak odludek żyć – mówi Stefan Cielas
Ludzie dobrze o Panu mówią.
Może miałem w życiu to szczęście, że nie zrobiłem ludziom niczego złego. Owszem, nie można przejść przez całe życie i nie robić krzywdy, ale nie robiłem komuś krzywdy osobistej.
Kiedyś zwolnił Pan ponad 200 osób.
To można nazwać krzywdą, ale wie pan, że kiedyś w prawie każdym mieście była fabryka domów? W Pile, w Wałczu, w Jastrowiu był Jastrobet. Nagle budownictwo stanęło i zaczął się też problem w Jastrobecie, który pracował na trzy zmiany, ponad 400 osób zatrudniał. Przyszedł moment, że nie było komu tych towarów sprzedawać. I była konieczność przejścia z trzech zmian na jedną i zwolnienia ludzi.
Pytanie nie brzmiało, czy zwalniać, tylko ilu i kogo?
Dlatego wziąłem przedstawicieli rady pracowniczej i związków, i pojechaliśmy w Polskę, zobaczyć, jak radzą sobie podobne zakłady. Do Golubia Dobrzynia, do Komornik. Tam zobaczyliśmy, że te zakłady padają (u nas produkcja jeszcze szła), więc przedstawiłem program naprawczy i związki zgodziły się na zwolnienie dużej ilości ludzi. Wiedziałem, że to jest krzywda, ale co było robić? Pierwszy zlikwidowaliśmy zakład w Złotowie. Przy stadionie miejskim była betoniarnia, szum na dwie zmiany robiła. Dlatego trudno, żeby ludzie nie mieli do mnie pretensji, że ich zwolniłem z pracy, że zwolniłem ich brata czy kolegę. Ale to była uzasadniona decyzja, choć trudna i bolesna.
Bycie dyrektorem to nie są same rarytasy – wysoka pensja i stanowisko.
Mogłem być wygodny i nic nie robić, zakład by padł i byłoby w porządku. Ale byłem dyrektorem, za to mi płacili, żebym ten zakład uratował. I on jest do tej pory. Wykupili go Szwedzi, ale działa.
Przygodę z branżą budowlaną zaczął Pan od nauki w technikum w Toruniu.
Mój starszy kolega tam się uczył i rodzice zdecydowali, że tam właśnie pójdę. Budowlańca w rodzinie nie było, miałem być pierwszy. Po szkole zacząłem pracę w Wałeckim Przedsiębiorstwie Budowlanym, kierownictwo grupy robót w Złotowie, przy ul. Adama Mickiewicza. Akurat zaczęła się budowa pierwszych budynków przy ul. Bohaterów Westerplatte, rok 1964. Sześć lat później przeszedłem do Jastrowia, na cmentarnej była mała betoniarnia – robiliśmy prefabrykaty na potrzeby gospodarki komunalnej. Po kilku latach zwolniło się stanowisko dyrektora do spraw produkcji w Jastrobecie.
Udzielał się Pan w Spółdzielni Mieszkaniowej Lokatorsko–Własnościowej w Jastrowiu. Niedawno obchodziła ona 40-lecie istnienia.
W spółdzielni byłem społecznym zastępcą prezesa. Wie pan, to były takie czasy, że byłem też wiceprezesem Polonii Jastrowie, miejsko–gminnym prezesem straży pożarnej…
Wszędzie było Pana pełno.
Przynajmniej tam, gdzie mnie potrzebowali. Pan sobie wyobrazi, że po stanie wojennym przyjechał tutaj taki „cichy pan” z komitetu wojewódzkiego i namawiał mnie, żebym do nowych związków wstąpił. Panie, do jakich związków? To ja mam być związkowcem czy zastępcą dyrektora? Kogo mam wtedy słuchać? „Cichy pan” zebrał cały kolektyw zakładu i chciał mnie z pracy zwolnić. Że nie udzielam się społecznie. Takie były czasy. Na głupotę nie było rady.
To ciekawe, że był Pan wiceprezesem z czterech organizacjach jednocześnie.
Bo jestem dzieckiem Jastrowia. Przyjechałem tu w 1946 roku, mając niecałe cztery lata. Z Łotwy. I od 1946 roku, z przerwą na technikum w Toruniu i wojsko, tutaj mieszkam. Jeżeli chcieli mnie w klubie, to dlaczego nie? Jeżeli w spółdzielni, to czemu nie? Poszedłem na jedno zebranie w straży, poprowadziłem je i zaproponowali mi funkcję wiceprezesa – no dlaczego nie? Jastrowie to mała miejscowość, prawie wszyscy się znają, jak kolega proponował: przyjdź, razem podziałamy, to nie mogłem odmówić. Przecież każdy chce dobra tego miasta, bo w nim żyje, w nim pracuje. Przecież nie można jak odludek żyć.
A rodzina? Miał Pan już żonę, dzieci, a po pracy poświęcał czas na działalność społeczną.
Ja miałem bardzo wygodną rodzinę. Przez przypadek, bo żona była nauczycielką. Dzieci do szkoły, żona też. Wakacje, ferie – dzieci mają wolne i żona też. Dzięki żonie i rodzicom mieszkającym na miejscu mogłem się udzielać. Na wszystko czasu wystarczyło.
Na piłkę też? Domyślam się, że stąd Pańska obecność we władzach Polonii.
W szkole nawet dobrze mi szło, ale w technikum trenowałem poważnie koszykówkę. W kadetach nawet w mistrzostwach Polski uczestniczyłem. Gdy kończyłem szkołę podstawową w 1956 roku, to miałem 156 cm wzrostu, a w przeciągu 2-3 lat urosłem 26 cm, akurat materiał na koszykarza. Po powrocie z Torunia przygoda się skończyła, bo w Jastrowiu koszykówka nie istniała. Za to mój młodszy brat grał tu w piłkę nożną, teraz moje wnuki grają – jeden jest bramkarzem Polonii, drugi natomiast gra w IV lidze, w Orkanie Śmiłowo.
Na żywo piłkę pooglądać Pan lubi, prawda?
Zgoda, prawie na każdy mecz chodziłem, ale poziom w Jastrowiu jest tak niski, że już mi się nie chce chodzić... Zmieniły się czasy, chłopcy, którzy mogliby tu grać, poszli do wyższych klas, część wyjechała za pracą. Co ciekawe, w Jastrowiu jest dużo miejsc pracy dla kobiet, ale dla młodych chłopców już nie. Poza tym oni nie będą pracować za 3 tys. zł, więcej chcą zarobić i jadą w świat. I kto ma grać? Ci lepsi wychodzą z Jastrowia już na poziomie 12–latków, idą np. do Arki Gdynia.
To się Pan nadenerwuje na tych meczach.
Ja się nie mogę denerwować. Gdy gra Polska w piłkę, to co chwilę przełączam, bo mam nadciśnienie, arytmię serca... Ja nie chcę skoczyć za wcześnie, proszę pana. Lubię sport, ale na spokojnie.
Z tego co wiem, projektował Pan szatnię Polonii Jastrowie.
To była taka chałupnicza robota. Jako budowlaniec z uprawnieniami rysowałem ludziom np. garaże. Szatnię klubu projektował głównie mój kolega ze Złotowa, ja mu pomagałem. A potem tę szatnię budowaliśmy w czynie społecznym. Nikt pieniędzy na to nie dał, ale jeden zakład pomógł, drugi pomógł. Tak samo jak amfiteatr w Jastrowiu, to nie było oficjalnie budowane. Podobnie z przedszkolem, gdzie byłem społecznym kierownikiem budowy, inspektorem nadzoru – Polska wtedy na czynie stała.
W końcu lat 80-tych był Pan radnym miejskim, przewodniczącym nawet.
Tak, tylko jaki ma się wpływ na życie na tym szczeblu?
Podobno największy.
Gdzie tam. Największy wpływ na sprawy miasta miał naczelnik, a potem burmistrz, bo on daje propozycje, a rada czuwa, żeby on nie okradł miasta (mieliśmy tu szczęście do burmistrzów). Nawet było powiedzenie: radny – bezradny. Teraz to już rada ma więcej do powiedzenia.
Dlaczego więc startował Pan do rady?
Poszedłem tam z ciekawości. Teraz każdy może przyjść na posiedzenie rady jako kibic, siąść i słuchać, a kiedyś nie. Jak ktoś przyszedł na posiedzenie nieproszony, to już się nim zainteresowali. Po jaką cholerę tu przyszedł? Namawiał mnie jeden, drugi, ksiądz nawet, to wystartowałem i wygrałem. Wie pan, Jastrowie ma to do siebie, że stąd nie wyszedł żaden polityk znany. Jedyny, który kiedyś mieszkał w Jastrowiu, to pan Rzemykowski, który był senatorem. I jeszcze pan Zdzisław Nowicki. Tu nie jest krąg polityków.
Pan nie miał ambicji politycznych?
Mam taki charakter, że wśród znajomych potrafię mówić, ale gdy mi przyjdzie przed nieznanym kworum przemawiać, to słowa nie nadążają u mnie za myślami. Nie mówię wówczas płynnie. Polityk i ksiądz muszą mieć gadanego. Polityk nawet nie musi ludzi przekonać, musi ich zagadać. Ludzie machną ręką, a cholera, niech tak będzie. Ja się z tym nie urodziłem.
Będąc w radzie miejskiej z bliska obserwował Pan upadek komunizmu. Co Pan zapamiętał?
Zauważyłem, że coś się zmieniło, gdy spojrzałem na półki w sklepie. W końcówce komunizmu nie było niczego. Pamiętam moment, że gdy grzyby się pokazały w lesie, to nawet w sklepach octu zabrakło. Poza tym my tu wielkich zmian politycznych nie odczuliśmy. Żadnych protestów nie było, nic. Poza tym żaden z nas nie wiedział, jak może w kraju być, więc przyjmowaliśmy, że tak jak jest być musi. Dopiero jak komunizm upadł, a my zobaczyliśmy np. filmy z zagranicy, to się dziwiliśmy, jacy byliśmy głupi. Ale do czego mieliśmy wcześniej swoje życie porównywać? Kiedyś w telewizji amerykański film był jeden na jakiś czas, zwykle oglądaliśmy polskie i radzieckie. Dlatego mówię, że w 1990 roku, gdy zapełniły się półki, to sklepy otworzyły mi oczy. I jeszcze kolega Rysiu Bekker pojechał do Niemiec, a tam żona powiedziała mu: idź, kup sera. Poszedł, za pół godziny wrócił bez niczego. Czemu nie kupiłeś, dopytywała. Sama idź, tam jest 150 gatunków…
Pan nie wyjeżdżał za granicę?
Byłem w Rosji, w Doniecku, w NRD. Gdy po przełomie syn zorganizował dla studentów wyjazd do Włoch, to prawie zapłakałem, że oni mogą, a ja nie mogłem. Miałem tylko paszport do krajów demoludu. Nawet do Bułgarii nie pojechałem, bo za daleko i nie było czym.
Zdobycie auta za komuny łatwe nie było, ale Pan był przecież dyrektorem.
W Jastrobecie raz na dwa lata dostawaliśmy przydział na jakiś samochód i mi trafiła się syrena. To był rok 1979. Kosztowała piętnaście moich miesięcznych pensji. Potem chciałem coś lepszego, ale nie malucha, bo rodziny bym nie zmieścił (troje dzieci miałem), a że kończyli produkować syreny, to się na nią zapisałem. Bo wie pan, może za nią dużego fiata dadzą... Tak też było. Jak żona do niego wsiadła, to twarz jej się rozjaśniła i horyzont się rozszerzył, bo w syrence dziób był podniesiony i z tylnego siedzenia niewiele było widać. A duży fiat jeździł „poziomo”.
Teraz mam w samochodzie tablicę rejestracyjną, która wszystko mówi o mojej przygodzie motoryzacyjnej: 7 - to mój siódmy samochód w życiu i 79 - czyli rocznik pierwszego auta. Sądzę, że to już ostatnie w moim życiu.
W 1994 odszedł Pan z Jastrobetu. Dlaczego?
Co tu się dziwić, skoro pół załogi zwolniłem… Miał być konkurs na dyrektora i pewnie bym go wygrał, więc rada pracownicza wymyśliła, że dyrektor nie może mieć więcej niż 45 lat. To było niezgodne z prawem. Wiedziałem, że mają do mnie żal, że ludzi zwolniłem. Myśleli, że mogłem coś innego zrobić, tylko co? Nie wiedzieli i do tej pory nie wiedzą.
Ale ja jako dyrektor musiałem dać zgodę na ogłoszenie tego konkursu w gazecie. Powiedziałem: jeżeli podniesienie granicę do 50 lat (ja już miałem 52), to się zgodzę. Dzięki temu mój zastępca mógł startować. A oni chcieli, żeby nowy dyrektor był młody, prężny i za byle pieniądze pracował. Im się wydawało, że za dużo dyrektorowi płacą. Wiedziałem, że się z tymi ludźmi nie dogadam.
Pański zastępca wygrał?
Wystartował ktoś inny, ale od komisji dostał zero głosów. Mimo to rada pracownicza go powołała, ale on siedem godzin był dyrektorem. Bo ktoś zgłosił im, że bez akceptacji komisji nie może być powołania. No to drugi konkurs. Wystartowało dwóch, jeden wygrał głosami 7:0, ale jak mu zaproponowali pensję, to powiedział: dziękuję i do widzenia. Dyrektorem został więc mój zastępca.
Pan zaś trafił, po wygranym konkursie na dyrektora, do Zakładu Energetyki Cieplnej i Usług Komunalnych.
Najpierw nie było w nim usług komunalnych, teraz ZECiUK robi w mieście wszystko, łącznie z zamiataniem, porządkowaniem cmentarzy. Pracowałem w nim 14 lat i z niego odszedłem na emeryturę. Nie bałem się jej, bo miałem wnuki – bliźniaki, więc miałem zajęcie. A że miałem więcej czasu? No komu przeszkadza mieć więcej czasu… Jakby nie było, przepracowałem 47 lat i trochę byłem zmęczony. Zacząłem też chorować.
Ludzie mówią o Panu: sumienny, uczciwy, ktoś, dla kogo praca była bardzo ważna.
Bo była. Mogłem brać łapówki, robić przekręty i dorobić się wspaniałego domu, wspaniałego samochodu, ale miałem troje dzieci i nie chciałem, żeby tęskniły za tatą, bo tata w więzieniu siedzi. Każdy przekręt może się nie udać. Starałem się być uczciwy i tak dzieci wychowywać. Jeśli policja zapuka dziś do moich drzwi, to zapytać, gdzie sąsiad mieszka, ale nie po mnie.
Takie same wartości wpoili Panu rodzice?
Wpoili mi takie życie, że gdy będę się golić, żebym mógł sobie w oczy spojrzeć bez wstydu. Mój ojciec ciężko pracował, nie miał czasu na rozmowy z dziećmi, ale mama nad nami czuwała. Pilnowała, żebyśmy do kościoła chodzili, żebyśmy się uczyli. A to co ludzie gadają to nieważne.
Dziś, gdy patrzy Pan w lustro, to co myśli?
Wiele rzeczy bym w swoim życiu zmienił. Każdy z nas popełnia grzechy młodości. W sumie jednak nie muszę się swojego życia wstydzić. Mam wspaniałe dzieci i wnuki, kochającą żonę (52 lata przeżyliśmy razem) i kocham ją nadal.
Rodzina mimo wszystko jest ważniejsza niż praca?
Zawsze. Choć są w niej prawie sami nauczyciele - wszyscy poszli za moją żoną. Panie, jak oni tu przychodzą, to jest posiedzenie rady pedagogicznej! Jednego się przy nich nauczyłem: o szkole nie dyskutuję. Powiedzieli mi: tata, ty o szkole nie masz pojęcia, bo pamiętasz ją z przerwy jako uczeń.
Na jakie tematy więc Pan dyskutuje?
Na różne, ale z rodziną nie rozmawiam o polityce. Taka jest zasada przy stole. Oni dyskutują o tym co w szkole, nieraz próbowałem coś podpowiedzieć, jakieś rozwiązanie, ale mówią: tata, w przedsiębiorstwie tak, ale nie w szkole. Tu jest inny świat. Przestałem rozumieć szkołę i dlatego nie dyskutuję.
Ale polityką trochę się Pan interesuje.
Tak, ale politycy wszyscy kłamią z reguły. Oni mówią to, co jest dla nich w danej chwili potrzebne. Jestem zwolennikiem PO, a nie PiSu, bo PiS chciałby w jednej chwili zmienić świat pod swoją modłę. A tak się nie da, że w nocy będziesz obradować, ludzi zmęczysz, to wszystko przegłosują. PO z kolei chciałoby, a wstydzi się albo nie potrafi. U nas nie ma kogoś takiego jak Piłsudski (choć on też był łobuzem na końcu), kto by mógł zmienić Polskę. W końcu jednak my, Polacy, się pogodzimy z sąsiadami. Choć między sobą kłócimy się już ponad 100 lat, tyle ile istnieje odrodzona Polska.
Zastanawiam się jak to się stało, że budowlaniec, szef dużego zakładu, który postawił dziesiątki bloków, nie zbudował własnego siedliska.
Chciałem budować dom, ale żona pytała po co? Mogłem się przeprowadzić do spółdzielczego mieszkania, większego, bo to ma tylko 60 m², ale po co? Żona mówiła: będę mieć daleko do szkoły. Siedzę więc tu do dziś (mieszkanie, wówczas zakładowe Jastrobetu, dostaliśmy w 1979 roku), ale żałuję, że nie zbudowałem domu rodzinnego. Za to drzewo zasadziłem!
Po narodzinach syna?
Nie, z bratem jeszcze w dzieciństwie. Na Konopnickiej 5, gdzie mieszkaliśmy z rodzicami. Co roku ojciec nas pędził, żebyśmy brzózek nawieźli, bo on będzie dekorować dom. Co my będziemy co roku ganiać? Poszliśmy do lasu, wykopaliśmy brzózkę i pięknie się przyjęła na podwórzu. Niestety, gdy rodzice się wyprowadzili, to brzoza została ścięta.
Wiem, że dużo Pan czyta. Wciąż jest w Panu ciekawość świata?
Gdy czytam, to dowiaduję się czegoś, o czym nie miałem pojęcia. Oglądam programy przyrodnicze, bo po świecie nie jeździłem, więc patrzę z otwartymi oczami, że coś takiego jest.
Widziałem, co było 50 lat temu i widzę, co jest teraz. A pan sobie wyobraża, co będzie za 50 lat? Szkoda, że nie będę mógł tego oglądać… Ten fikcyjny świat oczy mi otwiera. Na mnie ogromne wrażenie zrobił film „Avatar”. Niby bajka, ale może i realny świat za chwilę. Z jednej strony my, ludzie, możemy stworzyć wspaniały świat, ale z drugiej strony łatwo możemy go zniszczyć.
Co Pan myśli o Jastrowiu? O Pańskim mieście?
Najważniejsze, że ludzie tutaj są w porządku. I na burmistrza złego słowa nie powiem. Widać, że się stara, buduje. Nieraz głupota wyskakuje, jak to rondo jastrowskie (po co ono komu?), ale to są takie kwiatki. Ogólnie miasto się zmienia. Kiedyś w Jastrowiu mówiło się, że to w Złotowie budują i ludzie mają pracę, a tu nic się nie dzieje. A dzisiaj jest odwrotnie. Cieszę się.
Rozmawiał Łukasz Opłatek
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
"PO z kolei chciałoby, a wstydzi się albo nie potrafi." :) :) :) Nie tylko o szkole Pan nie ma pojęcia.
"Kiedyś w Jastrowiu mówiło się, że to w Złotowie budują i ludzie mają pracę, a tu nic się nie dzieje. A dzisiaj jest odwrotnie." Podsumowanie minionej kadencji? Bardzo trafne niestety, przynajmniej dla Złotowian.
Rondo jastrowskie? Gdzie to jest, bo nie kojarzę (końcówka artykułu).
Ulica Marii Konopnickiej
"PO z kolei chciałoby, a wstydzi się albo nie potrafi." :) :) :) Nie tylko o szkole Pan nie ma pojęcia.
"Kiedyś w Jastrowiu mówiło się, że to w Złotowie budują i ludzie mają pracę, a tu nic się nie dzieje. A dzisiaj jest odwrotnie." Podsumowanie minionej kadencji? Bardzo trafne niestety, przynajmniej dla Złotowian.
Rondo jastrowskie? Gdzie to jest, bo nie kojarzę (końcówka artykułu).