Reklama

Życie zaczęło się na nowo

09/10/2014 09:24
- Zobaczyłem go leżącego bez ruchu na asfalcie. Myślałem, że to już koniec... - wspomina Mariusz Antosz, który widział motocyklowy wypadek Piotra Żurka. Jechał tuż za nim. Dwa miesiące później młody mieszkaniec Krajenki nadal przebywa w szpitalu, ale ma już plany, co będzie robił, gdy tylko z niego wyjdzie

Tuż przed domem

To była niedziela 20 lipca. Zbliżała się godzina 19:00. Piotr Żurek, czyli „Pieczara” i Mariusz Antosz, zwany „Mariem” wracali z Kowna. Pojechali tam dwa dni wcześniej jako przedstawiciele klubu motocyklowego Burning Few, żeby zawieźć zaproszenie dla klubu litewskich motocyklistów na piętnaste, jubileuszowe „Płonące Party”, które miało się odbywać w Nowym Dworze. Licząca prawie sześćset kilometrów trasa przebiegała spokojnie. Słoneczna pogoda, bezchmurne niebo i brak opadów sprawiały, że w dobrej atmosferze mijały kolejne kilometry. - Zbliżaliśmy się, jadąc drogą wojewódzką nr 241 do Sępólna Krajeńskiego. Byliśmy jakieś czterdzieści, może pięćdziesiąt kilometrów od Krajenki. Pieczara jechał pierwszy, bliżej osi jezdni, ja za nim, bardziej od strony pobocza. Dojeżdżaliśmy do miejscowości Trzciany. Droga biegła trochę z górki, ale to był prosty odcinek. Przed nami było skrzyżowanie i ograniczenie prędkości do 70 km/h. Zwolniliśmy. Zauważyłem, że do skrzyżowania zbliża się samochód, jednak nie zakładałem, że się nie zatrzyma. To co działo się później wyglądało już jak w zwolnionym tempie... Nie mogłem uwierzyć, że stało się naprawdę... – wspomina Mariusz Antosz. Jak relacjonuje, bordowa mazda premacy na bydgoskich numerach rejestracyjnych wyjechała z drogi podporządkowanej wprost przed motocykl Piotra Żurka. - Pieczara uderzył w jego bok, prześlizgnął się po nim. Później kilka metrów leciał w powietrzu i upadł na asfalt. Ja hamowałem już na poboczu – mówi Mario. Po głośnym uderzeniu nastała cisza. Harley, którym jechał Piotr, leżał na środku drogi, mazda zatrzymała się w rowie, po drugiej stronie jezdni. Jej kierowca z głową opartą o kierownicę nie dawał znaku życia. Na siedzeniu pasażera jechała natomiast kobieta w zaawansowanej ciąży. - Gdy się zatrzymałem zacząłem szukać Piotra. Zobaczyłem go leżącego bez ruchu na asfalcie. Myślałem, że to już koniec... Podszedłem do niego, dookoła było pełno krwi. Zauważyłem jednak, że oddycha. Próbował ruszać palcami. Wtedy pojawił się kierowca mazdy, który wyszedł z auta. Kilkakrotnie powtarzał, że nas nie widział, że przeprasza. Był w szoku... Krzyczałem do niego: „co zrobiłeś, człowieku!?”... On tylko powtarzał, że nas nie widział – relacjonuje Mariusz. Kilka minut później na miejscu pojawiły się służby ratunkowe. Szybko podjęto decyzję, że do ciężko rannego motocyklisty potrzeba wezwać śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. - Piotr tracił dużo krwi i słabł, gdy przyleciał śmigłowiec nie mogli go zabrać od razu, musieli to ciśnienie krwi podnieść. Ja stałem i myślałem, że może nie chcą go zabrać, bo widzą, że jest już tak źle, że za kilka minut umrze. Śmigłowiec jednak w końcu odleciał z nim na pokładzie – mówi Mario. Piotra zabrano do szpitala im. dr. Jana Biziela w Bydgoszczy. Podróżujący mazdą trafili do szpitala w Więcborku. O nieszczęściu szybko dowiedzieli się koledzy z Burning Few. - Dojechaliśmy tam czterdzieści minut po wypadku. Na asfalcie była jeszcze spora kałuża krwi, od której w stronę pobocza płynęło kilka pojedynczych stróżek. Jego kask też był cały we krwi. Widok był przerażający, czuliśmy, że trzeba się przygotować na najgorsze. Poszliśmy też sprawdzić, czy z tego miejsca, z którego wyjeżdżała osobówka, faktycznie mogli być niewidoczni. Pewnym jest, że nie. Widoczność było doskonała na kilometr. Kierowca musiał się zagapić... – wspomina Robert „Pilot” Łobodziński. Rozpoczęło się nerwowe wyczekiwanie na wieści, co dalej z Piotrem…


Piotr na jednym ze zlotów motocyklowych

Uraz twarzowo-czaszkowy

Pomimo silnego uderzenia w osobówkę Piotr nie złamał sobie ani jednej kości. W gorszym stanie była natomiast jego głowa i twarz. W karcie leczenia zapisano poważne urazy tych części ciała. Ponieważ stan był krytyczny, lekarze podjęli walkę o jego życie. Przed dotarciem do szpitala stracił prawie dwa litry krwi. - W pierwszych dniach ta krew była bardzo potrzebna. Nie sądziliśmy jednak, że na apel o jej zbiórce odpowie tak wiele osób – mówi Małgorzata Żurek, żona Piotra, który oprócz tego, że jest motocyklistą, pracuje też jako zawodowy strażak w złotowskiej komendzie PSP. Z Krajenki, Złotowa i okolic do bydgoskiego szpitala ruszyło kilka autobusów ludzi chętnych oddać krew. - Przekazałam za to podziękowania do odczytania podczas ogłoszeń parafialnych w naszym kościele. Chciałam też, by ci wszyscy, którzy modlą się za Piotra, by wyzdrowiał, wiedzieli, że jest z nim coraz lepiej – wspomina M. Żurek. Faktycznie było lepiej, choć w drugim tygodniu pobytu w szpitalu stan znów był krytyczny. Wdało się zakażenie. Temperatura ciała wzrosła niebezpiecznie do ponad czterdziestu stopni, jednak organizm trzydziestoletniego mężczyzny poradził sobie i z tym.
- Obecnie Piotr przebywa już w trzecim szpitalu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Bydgoszczy. Po Bizielu przenieśliśmy go do prywatnej kliniki w Osielsku, gdzie można powiedzieć, że został postawiony na nogi. Teraz jest poddawany rehabilitacji neurologicznej. Jest też jeszcze trochę osłabiony – mówi Małgorzata Żurek, która od 20 lipca codziennie jeździ do męża, by w szpitalu nie był sam. Odwiedzają go też koledzy ze straży i klubu motocyklowego. - Gdy tam byliśmy, powiedział nam: przydałaby mi się spawarka i trochę żelaza, bo się tu nudzę – mówi Robert Łobodziński. Piotr tęskni za tym, by dokończyć spawanie wózka bocznego do swojej hondy cb1000. Projekt rozpoczął z myślą o swoim synu, Antosiu, którego zamierza zabierać na przejażdżki. Tęskni też za kierownicą strażackiej ciężarówki i jazdy do akcji na sygnale.


Jak mówi żona i koledzy Piotra, nie może się on już doczekać by znów pojeździć motocyklem

Do powrotu jeszcze trochę

- Piotr przeszedł trudną operację twarzy, ale mogę powiedzieć, że ciągle mi się podoba i że jest podobny do siebie, choć wiele zabiegów, na przykład estetycznych, jeszcze przed nim. Ale jest silny i szybko wróci do pełni zdrowia. O wypisie ze szpitala lekarze na razie nie mówią, jest na to za wcześnie – stwierdza Małgorzata Żurek. O tym, czy i jaka pomoc na rehabilitację Piotra będzie potrzebna pani Małgorzata na razie nie myśli. - Póki co chcę tylko, żeby Piotr jak najszybciej był z nami w domu, później będziemy myśleć co dalej, co ze sprawą ubezpieczenia, dalszego finansowania rehabilitacji – mówi żona motocyklisty. Dodaje również.
- Chciałabym podziękować wszystkim, którzy cały czas nas wspierali, modlili się za Piotra, wierzyli w to, że będzie dobrze. Zwłaszcza przyjaciołom z Burning Few, którzy wspierali nas od samego początku i bardzo często odwiedzają Piotra. Dziękujemy też jeszcze raz za ten odzew na akcję oddawania krwi. To co się działo było niesamowite. Przekazuję też pozdrowienia od Piotra dla wszystkich, którzy nie mieli okazji go jeszcze odwiedzić, a którzy za nim tęsknią – mówi pani Małgorzata.

Sz. Chwaliszewski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama