Przez ponad pół wieku pracowała z dziećmi w złotowskim szpitalu. Razem z rodzicami cieszyła się i płakała - ze szczęścia, a bywało, że i ze smutku. Lekarz pediatra Krystyna Kowalczewska w piątek pełnić będzie swój ostatni dyżur
Pani Krystyna, absolwentka szczecińskiej Pomorskiej Akademii Medycznej przysięgę Hipokratesa składała pół wieku temu. – Kiedy to minęło? – zastanawia się głośno. 50 lat. 50 lat poświęceń, ciężkiej pracy, smutków i radości. Sukcesów o bardzo konkretnej wadze. 900 gram – tyle miał najmniejszy maluszek, którego w trakcie 36 lat przepracowanych na oddziale noworodkowym udało się utrzymać przy życiu. – To były czasy, kiedy nie było inkubatorów – zamyśla się K. Kowalczewska, lekarz pediatra (spec. neonatolog). Było ciężko, nigdy nie składano jednak broni. – Każdy wyratowany wcześniak, każde dziecko wyprowadzone z ciężkiego stanu to wielka radość i sukces – opowiada. Radość tym większa, że niejednokrotnie nagrodzona wdzięcznością i ciepłym słowem. Ten maleńki chłopczyk, który tuż po urodzeniu ważył mniej niż torebka cukru, co roku, aż do ukończenia 18 lat, zjawiał się na oddziale z urodzinowym tortem. Po tym jak stał się pełnoletni, role się odwróciły – doktor Kowalczewska zaczęła składać mu życzenia. Inny duży sukces? Transfuzja wymienna. Dziewczynka, co prawda urodzona w terminie, ale z konfliktu serologicznego – trzeba było przetaczać krew – wcześniej takich działań w Złotowie nie podejmowano. – Były też smutne dni – nie kryje pani Krystyna. Śmierć dziecka zawsze jest przygnębiająca. – To nie jest tak, że człowiek odpracuje godziny, zamyka drzwi i mówi „do widzenia” – wyjaśnia nasza rozmówczyni – to wszystko w człowieku jest.
Szczęśliwszych momentów było jednak zdecydowanie więcej: niegdyś w złotowskim szpitalu rodziło się bowiem nawet 1,5 tys. dzieci rocznie.
Praca nie dla każdego
Do pracy z dziećmi trzeba mieć powołanie. Doktor Kowalczewska odkryła je w sobie kiedy odrabiała staż w klinice pediatrycznej. „To jest to” – pomyślała wówczas. Po studiach wróciła do Złotowa, do szpitala, w którym jeszcze przed PAM przepracowała rok – zatrudniono ją na pediatrii. Kiedy pełniący wtedy funkcję dyrektora Leon Flisikowski oddelegował później panią Krystynę na oddział noworodkowy, do entuzjazmu było jej daleko. – Na początku bałam się tych maciupkich dzieci – wyjaśnia, dodając, że lęk sam minął. Po pół roku wśród maluchów nic nie było jej w stanie stamtąd wydostać. –Za nic nie chciałam wracać – opowiada z uśmiechem.
Jakim trzeba być człowiekiem, by móc pracować z dziećmi? – Przede wszystkim odpowiedzialnym – odpowiada moja rozmówczyni. – Dzieci to samo szczęście – dopowiada. [[reklama]] Ostatni dyżur
Po ponad 50 latach Krystyna Kowalczewska z żalem żegna się z zawodem. W czwartek koledzy przygotowali dla niej małą niespodziankę – były kwiaty, podziękowania, uściski i mały poczęstunek. Były też łzy wzruszenia. – Szłam do szpitala i powtarzałam sobie: „nie dam się, nie dam się, będę twarda” – pani Krystynie nie udało się jednak zakląć rzeczywistości – głos drżał, oczy błyszczały. Nic dziwnego, w końcu w murach złotowskiego szpitalu spędziła ponad pół wieku, większą część swojego życia. Jak wspomina ten czas? Bardzo dobrze. – Starałam się nikomu nie sprawiać przykrości, a jak się zdarzyło to niezamierzenie – tłumaczy.
W piątek ostatni dyżur (na oddziale Krystyna Kowalczewska pracowała do 2003 roku). Ostatnie spotkanie z maluchami, ostatnie chwile w lekarskim gabinecie. – Żyłam od dyżuru do dyżuru, więc bardzo będzie mi tego wszystkiego brakowało – doktor nie kryje żalu. Czy mimo wszystko czuje się spełniona? - Gdybym miała zaczynać od nowa, poszłabym tą samą drogą – osiemdziesięciolatka odpowiada z uśmiechem.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze