Według literatury Włoszczyńscy to jedna z najstarszych rodzin w Złotowie. Od czterystu lat tu są. Nazywam się Aniela Parys, z domu Włoszczyńska właśnie. Moi dziadkowie urodzili się w Złotowie. Tato też.
Tato pojechał na studia do Berlina. Kończył tam uniwersytet Humboldta, co mu finansował ksiądz Domański, znaczy Związek Polaków w Niemczech. Skończył geografię, wuef i polski. To był 1936 rok. Wtedy były nakazy pracy i tata dostał przydział w Berlinie. W końcu Złotów to były wtedy Niemcy...
Później zawezwali go do ministerstwa i proponowali mu pracę wykładowcy w szkole SS w Koszalinie. Odmówił, bo jest Polakiem, ma polskie nazwisko. „E tam, nazwisko można zmienić” – mówili. Odmówił. Pierwszego września 1939 roku już byli gestapowcy u niego. Nie znaleźli go, ale dorwali go drugiego. Przewieźli go potem, z tą słynną pięćsetką przeciwników Hitlera, ciężarowymi samochodami przez Berlin, żeby go ludziom pokazać. Posadzili go w Sachsenhausen. Tam siedział do 5 maja 1945 roku. Z elitą. Z profesorami z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Syn Stalina też tam siedział.
Tato opowiadał, że drugiego dnia taki jeden esesman chciał go zastrzelić. „Ty Polak, intelektualist do tego. No, uderz mnie”. Tata wiedział, że go zabiją, więc odpowiedział: „W tej chwili tego nie mogę zrobić”.
O, mam tu listy, które tata pisał z obozu do mamy. Co w nich jest? Tyle to ja niemieckiego nie umiem.
Tata miał na imię Franciszek i przez trzynaście lat był p.o. dyrektorem „Ogólniaka” w Złotowie. Od 1951 roku. Czemu tylko pełnił obowiązki? Bo tutejszy był. Słowa autochton bardzo nie lubił, mówił, że po prostu tu jest urodzony. Mama z tatą poznali się w Związku Polaków w Niemczech w Berlinie, w towarzystwie Sokół. Mama moja – Łucja - urodziła się w Berlinie, ale jej rodzina pojechała tam za chlebem z Gniezna.
A to pan widział? Czegoś takiego nikt tu chyba nie ma. Dyplomy z igrzysk polonijnych z 1934 roku. Metalowe. Tata biegał na 100 i 400 metrów.
Mensch albo męż, a może męsz? Taką ksywę miał tato w „Ogólniaku”. Do Złotowa wróci po tym, jak Niemcy rozpuścili obóz w Sachsenhausen. Najpierw pojechał do Berlina, mamę zabrał i przyjechali do Piły, a stamtąd do Złotowa przyszli pieszo. Potem cała rodzina się tu zjechała. W szkole był surowy, ale lubiany. W setną rocznicę urodzin jego klasa zrobiła tu zjazd nawet. Z zagranicy poprzyjeżdżali. Chcieli wmurować tablicę w „Ogólniaku”, ale nie mogli się tam dogadać.
Tata dużo mówił z niemieckiego. To ach mensch na przykład. Przodek halt, tyłek dobij - wołał na wuefie. A jak prowadził bieg sztafetowy to mówił: ty polecisz na ta kurwa, ty na ta.
Mama moja była panią dyrektorową. Jeszcze w Berlinie to miała szycie ciężkie – płaszcze na przykład szyła. Jak był tam pokaz mody, to brali ją na modelkę. O, tu jest na zdjęciu w „Ogólniaku”. Tu w Złotowie też gadali o niej „ta modelka z Berlina”, bo zawsze była elegancko ubrana.
Opowiadała, że jak tato przyjechał z obozu, to przewieńcowała ubranie z prawej na lewą stronę, bo nie miał w co się ubrać. Gdy trafili do Złotowa i jeszcze Ruski tu byli, to zaprosili go na jakąś uroczystość na plaży. Wypili trochę gorzoły, ale tata pić nie umiał. Chciał łódką płynąć i wpadł między nią a pomost. Wtedy te garnitury szyło się z pokrzyw, jak to mówili, i jak wyszedł to rękawy i nogawki takie krótkie się zrobiły. O, do połowy łydki i przed łokieć.
Jan Wiesław Parys, ale wszyscy mówią mi Wiesław. Jak ksiądz na ślubie powiedział „Jan”, to nikt z rodziny nie wiedział, o kogo chodzi...
Ja jestem z byłego kieleckiego, z powiatu kozienickiego. Jestem z października 1943 roku. Mieszkaliśmy dwa kilometry od frontu. Jak szli Niemcy na wschód, to cała wieś się spaliła. Rodzice odbudowali trochę budynki w czasie wojny, ale potem Niemcy wracali. I to samo było. W budynku armata stała i waliła przez chałupę, to znowu się wszystko rozpieprzyło.
Jak zasiedlali ziemie zachodnie, to rodzice postanowili tu przyjechać. Na Piasta na końcu był internat „Ogólniaka” – tam był PUR – punkt repatryjacyjny. Tam się zatrzymaliśmy parę dni, potem mieszkaliśmy na Mickiewicza. A potem rodzice wrócili do kieleckiego. Bo sytuacja była tutaj taka niepewna. Ale po miesiącu wrócili do Złotowa i siedzieli tu cały czas tak tymczasowo. Na walizkach. Tam ojciec sobie zrobił bramę do stodoły i tak dalej. Zawsze myśleli o powrocie. A teraz tu na cmentarzu leżą. Tu w Złotowie wołali na nas chadziaje.
Szkoła? Proszę pana, w szkole to ja bylem taki sobie rozrabiaczek, ale dzięki Bogu skończyłem. W pierwszej czy jeszcze drugiej klasie chodziłem boso, taki był problem z butami. Pamiętam, że szkołą (dzisiaj „Jedynką”) rządził woźny. Nazwiska jego nie pamiętam, w szkole mieszkał. On był autochtonem, Niemcem nawet. Na niego mówili lajpciś, bo z Lipska pochodził albo pynondz, bo tak mówił na pieniądze. Miał trzcinkę i walił, jak ktoś podpadł. Całą szkołą rządził. Ordnung must sein.
Trzcinkę to i ja pamiętam w „Jedenastolatce”. Ja się urodziłam w 1951 roku i w innych latach niż mąż do szkoły chodziłam. Moim wychowawcą w siódmej klasie był Blachowski. W rękawie miał trzcinkę i jak ktoś czegoś nie wiedział na mapie, to ją wysuwał i ciach po ręce. Ale to mu tak szybko szło... Fajny był ten Blachowski.
A ja pamiętam śmierć Stalina. Kilka godzin staliśmy w szkole na korytarzu i słuchaliśmy pogrzebu. Później tak samo było z Bolkiem Bierutem. Z tym, że kiedy on zmarł byłem akurat na wagarach. Na Górze Wilhelma jesteśmy z kolegami, patrzymy, a w szkole flaga opuszczona do połowy masztu. Tu też stanie podczas pogrzebu nas nie ominęło.
Z nauczycieli to mi jeszcze Pierzyński „Dzióba” w pamięć zapadł. On prowadził chór i też potrafił przywalić. We mnie to doniczkami rzucał, bo uciekałem...
Ja to skończyłem najpierw zawodówkę jako tokarz, a później „Ogólniak”. Żona z kolei ukończyła Studium Nauczycielskie i studia magisterskie – uczyła wuefu w Krajence i Złotowie.
W Złotowie, jak chyba wszędzie na ziemiach zachodnich, były dwa klany: chadziaje i autochtoni. Nie kumplowali się między sobą. W PZGS czy Rolniku sami miejscowi pracowali i dawali nam odczuć, że jesteśmy gorsi. A my im mówiliśmy: polski chleb żresz, a po niemiecku gadasz?
Czy się bawiliśmy razem? Początkowo nie, ale później to się wszystko wymieszało. Bawiliśmy się na przykład w rita rojba – rodzaj berka z podziałem na dwie drużyny. W kluskę się grało. A nad Jeziorem Proboszczowskim rżnęliśmy w pikora. Wbijało się kija w ziemię i jeden chłopak go pilnował. Każdy miała swojego pikora, którym rzucał w tego wystającego z ziemi. Kto go strącił, ten wygrywał. Kto nie trafił musiał odzyskać swojego pikora, a ten co pilnował miał prawo go uderzyć i wykluczyć z gry.
Z kolei koło wysypiska śmieci w wojnę się bawiliśmy, a między Grochowskiego a Mickiewicza urządzaliśmy wojny na proce.
W Złotowie zaraz po wojnie było trochę gruzów, ale najciekawsze były cmentarze. Sporo ich tu było. Na cmentarzu ewangelickim grobowce były pootwierane i ciała było widać. Tam później się chodziło wina pić.
Przy Bohaterów Westerplatte był obóz, a tu na rogu, gdzie jest bank PKO, były ich budynki. I tam obok też był cmentarz, na którym chowano ludzi z obozu.
A tutaj jak się jedzie Wodną do Panny Marii, to tam po prawej na zakręcie był cmentarz między wojnami. Obok był dom starców, a naprzeciwko była kaplica. Czytaliśmy, że ten cmentarz zrównali z ziemią, a rano już był grób na nowo. Rodzina usypała kopczyk znowu...
Z pracą to problemów nie było. Jak skończyłem zawodówkę (tu była przy Wojska Polskiego, gdzie pan Tojza ma teraz cukiernię) to na początku lat 60-tych poszedłem pracować w Młocie. Nowy zakład powstał na Kujańskiej i zaczęliśmy produkcję wojskową. Stary przerabialiśmy do przewozu pontonów do budowy mostów.
Odbijacze też robiliśmy. To były blachy pospawane pod różnym kątem. Je się stawiało na pływakach na rzece i jak leciał radar to wyglądało, że to most. Chodziło o to, żeby bomby były zrzucane na te atrapy.
A potem budowaliśmy też trumny dla bomb. To były takie skrzynie, w które wkładali bomby z lontem.
Wie pan ile ja tam zarabiałem? 8000 złotych. Bo akord był. To jeszcze przed wojskiem było. Czasem materiału brakło i robota stała, ale za to jak przyszedł, to po siedem dni się nie wychodziło z zakładu. Chciało się zarobić, a i wojsko nie lubiło mieć zaległości. Spaliśmy na szafkach, kiosk był niedaleko, to się kupiło coś do zjedzenia. Dzień i noc się robiło, jak była możliwość. A później weszło NTU – normy technicznie uzasadnione - i z 8000 spadłem na 1400. Wszyscy tak spadli. Już nie było akordu, tylko płacili według stawki godzinowej.
Też mieliśmy przodowników pracy, a co? Starsi koledzy na 1 maja nosili szarfy z napisem np. „420% normy”. Pamiętam, że na Święto Pracy dawali nam z zakładu do ręki stówę i szturmówkę. Zbiórka była na stadionie. Zwykle z tego uciekałem. Dawałem komuś szturmówkę potrzymać, że niby po piwo tylko idę i w nogi. Tyle tylko dobrego z 1 maja, że parówki były, bo na co dzień trudno było je dostać.
Wie pan co to SP3KHJ? My rozsławialiśmy Złotów. Słaliśmy kartki na cały świat. Tu mam potwierdzenie z USA, tu z Japonii, z Danii – miałem łączność z całym światem, gdzie się doleciało. Bo radiotechniką to ja się bawiłem już w szkole podstawowej. Sam robiłem proste radia kryształkowe.
Później ja, Rysiek Józefko i Zbyszek Split kupowaliśmy od Antka „Szafy” Hankowicza radia poniemieckie. Z tego robiliśmy nadajniczki (mieliśmy trochę nieprzyjemności, bo to było bez zezwoleń).
Pamiętam, że w latach 60. nie było tu nikogo, z kim można było się konsultować w sprawie krótkofalówek. Dopiero później przy Lidze Obrony Kraju był klub. Szkolili tam nawet radiotelegrafistów dla wojska. Świętej pamięci Stefan Barański tam działał. Tyle że jak powstało województwo pilskie, to cały sprzęt poszedł do Piły i się skończyła zabawa. Dopiero w 1992 roku mi coś odbiło i to reaktywowałem. Na podatny grunt trafiłem, bo Paweł Berndt dał nam miejsce w domu kultury. Znak klubowy mieliśmy ten stary - SP3QHJ. Euro Eco Meeting sławiliśmy.
Było nas paru chłopaków i młodzież też była.
Przed wojskiem pogrywałem w klubie oficerskim w Szczecinku na perkusji. To jak mnie wzięli do wojska do Koszalina, do saperów, to też grałem. Do orkiestry mnie wzięli. Pamiętam, że w sali muzycznej w jednostce był saksofon. Grasz na saksofonie? - zapytał mnie dowódca. Nie, ale będę grał. I na przysiędze już grałem.
W wojsku jeździłem w drużynie rozminowującej. W Tarnówce byliśmy, w rzece Stołuni koło Buczka znaleźliśmy sześć skrzyń granatów. Jak nowych. Do tej pory na naszym terenie jest co rozminowywać.
Umiejętność gry na saksofonie po wojsku mi się przydała, bo grałem Pod Jeleniem, taka knajpa w Złotowie była. Chyba osiem lat graliśmy z chłopakami. Skład się zmieniał, zespoły różnie się nazywały, a ja cały czas rypałem. Za zabawę się brało 300 złotych. Za Sylwestra 900 albo nawet 1200 zł, czyli miesięczną pensję. Grało się na chałturach, to i towar trudno dostępny się załatwiało. Niestety wzięła mnie paradontoza i musiałem zrezygnować.
Tu na zdjęciu jestem ja i Wiesiek Dorniak. Przy spółdzielni budowaliśmy jacht pełnomorski. Widzi pan? Ten kadłub sami zrobiliśmy. Jak? Ja bakcyla do pływania złapałem w harcerstwie. Szkoliłem się w Harcerskim Ośrodku Morskim w Kołobrzegu i w Centrum Wychowania Morskiego w Gdyni. Miałem nawet nawiązany kontakt z Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia, który zaproponował mi rejs dookoła świata na jachcie siatkobetonowym. Bez wynagrodzenia, tylko jako człowiek załogi. Niestety władza nie dała mi zezwolenia i marzenia się skończyły.
Ale w końcu lat 80. zaczęliśmy w Złotowie budować jacht. Na początku było nas sześciu, ale ostatecznie zostaliśmy we dwóch. Z Wieśkiem właśnie. Z Piotrkowa Trybunalskiego w workach 1,5 kg sprowadzaliśmy piach normowy. Ze Śląska ściągaliśmy cement. Najpierw kładliśmy siatkę z oczkami centymetr na centymetr. Tego pięć warstw było. Potem w to był wcierany beton. Woda na wagę, cement ważony - wszystko według norm. Próbki na zginanie, rozciąganie, na wytrzymałość robiliśmy w Politechnice Wrocławskiej. Taki kapitan z Polskiego Związku Żeglarskiego nam te prace nadzorował. Pół roku się z tym grzebaliśmy. Nie skończyliśmy, bo wojna przyszła. I tak by nas w rejs nie puścili.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze