Reklama

Australijski kierunek, japońskie marzenie

05/03/2012 12:36
Zdobywają kolejne nagrody, a zespół przechodzi największy rozkwit. Grali już w USA, zjechali też większą część Europy. Kolejny wymarzony kierunek to Wschód, i to daleki. Najpierw jednak nowa płyta, która powstanie za oceanem - ma być jeszcze lepsza od poprzedniej. Z Bartkiem i Szymonem Szopińskimi rozmawia Piotr Steffen

Niedawno zgarnęliście wszystkie nagrody, jakie mogliście, w plebiscycie organizowanym przez magazyn Twój Blues. Pierwsze miejsce jako zespół roku i tytuł najlepszych muzyków w swoich kategoriach. Wśród klawiszowców zwyciężyłeś Bartek po raz siódmy z rzędu. Nie nudzą Was te wyróżnienia?
Bartek: W plebiscycie rzeczywiście bierzemy udział od kilku lat, ja najdłużej i jestem chyba nawet rekordzistą jeśli chodzi o ilość zwycięstw. Szymon wygrał w swojej kategorii również dwa lub trzy lata temu, dwa lata temu wygraliśmy też jako zespół roku, więc teraz jest to również drugie zespołowe wyróżnienie. Takie sukcesy nie mogą znudzić, bo kwartalnik Twój Blues to jedyny branżowy magazyn w tej części Europy, a wychodzi w Polsce, w Czechach i na Słowacji. Głównie dlatego, że te rynki są zbyt małe, żeby utrzymywać własne pisma. Wyróżnienie w takim plebiscycie to zawsze znaczący prestiż.
[[reklama]]
Nie chcę podważać rangi wyróżnienia, dyskredytować go i serdecznie Wam gratuluję. Przyznacie jednak zapewne, że to pismo niszowe.
B: Zdecydowanie tak, bo i muzyka, o której traktuje, jest niszowa. To zresztą osobny sukces, że mamy w Polsce taki magazyn, i to już od 10 lat. Zresztą w branży bardzo doceniamy pismo, które w ubiegłym roku otrzymało prestiżową nagrodę w Memphis. To właśnie tam jedna z największych organizacji Blues Fundation przyznaje nagrody w ramach International Blues Challange, nie tylko muzykom, ale również w kategorii festiwali, producentów czy właśnie pism branżowych, gdzie udział biorą publikacje z całego świata. Tak naprawdę to takie bluesowe oskary. Warto dodać, że Rawa Blues Festiwal w tym roku wybrany tam został festiwalem roku.

To dla Was największe możliwe wyróżnienie prasowe?
B: Jeśli chodzi o nasz rynek to zdecydowanie tak. Dalej możemy mówić już jedynie o magazynach europejskich, światowych, szczególnie amerykańskich. Rynek tych pism jest bardzo globalny i wiele z nich sprzedaje się również za granicą, więc informacja o tym, że jesteśmy laureatami w Polsce też odbija się za granicą, także w USA. Tym bardziej, że niewiele krajów prowadzi takie ankiety. Z tego co wiem jest amerykańska, kanadyjska, brytyjska, niemiecka i właśnie polska.

Jako zespół w polu pokonanych zostawiliście m.in. Dżem. Na forum pisma pojawiły się komentarze, że to jednak przesada, bo gdzie miejsce bardzo popularnego Dżemu, a gdzie Waszego, niszowego zespołu. Były też takie głosy, że Dżem w ogóle nie powinien być klasyfikowany, bo jego repertuar nijak ma się do bluesa.
Szymon: Bo prawda jest taka, że Dżem nie siedzi w tym bluesowym środowisku aż tak bardzo, nie jest do końca bluesowym zespołem, ale jednak jest z nim jakoś powiązany i stąd pewnie jego obecność w zestawieniu.

A Wy jak to odbieracie? Macie przekonanie, iż jesteście lepsi niż Dżem?
Sz: Absolutnie nie.
B: W tym plebiscycie nie chodzi tylko o popularność, bo gdyby tak było, to Dżem z racji tego, że cyklicznie zapełnia stadiony powinien być tam pierwszy od 20 lat. To jest nagroda branżowa czytelników i dziennikarzy, a więc pewna wypadkowa wszystkich głosów. Na całoroczną nagrodę składa się wiele rzeczy: sukcesy na polskim i międzynarodowym rynku, festiwale, płyty itd. Na pewno nie czujemy się lepsi od Dżemu, bo tego w żaden sposób nie można nawet porównać.

A indywidualne kategorie – jesteście najlepszymi na swoich instrumentach na polskim rynku bluesowym?
Sz: Nie wiem jak Bartek, ale ja w ogóle nie przekładam tego wyróżnienia na takie kategorie. Dla mnie muzyka sama w sobie nie jest żadnym konkursem.
B: Tego nie da się wymiernie ocenić. Ale na pewno możemy powiedzieć, że w 2011 roku bardziej zasłużyliśmy na te nagrody niż kilka lat temu, i owszem, to sami czujemy.
Sz: Zgadza się. Gramy więcej koncertów i mamy zdecydowanie więcej pracy.
B: Artyści, z jakimi graliśmy w ubiegłym roku, to jest zupełnie inna półka niż ci, z którymi mogliśmy występować kilka lat temu. Dlatego jeśli mamy doceniać wyróżnienia przyznawane przez pismo, na pewno bardziej doceniamy te ostatnie, bo mamy świadomość, że są one za coś, czego sami wymiernie doświadczyliśmy. Sukcesy Boogie Boys z ostatnich dwóch, trzech lat rzeczywiście mają zupełnie inny wymiar, bardziej międzynarodowy. To że siódmy raz z rzędu otrzymałem nagrodę w kategorii najlepszego muzyka instrumentów klawiszowych pokazuje też, jak mały jest ten rynek. Jak niewielu jest pianistów i na ile trudny jest ten wybór.

Co nie zmienia faktu, że w polu pokonanych po raz kolejny zostawiłeś Wojciecha Karolaka, a to przecież jedna z najbardziej znanych postaci polskiej sceny muzycznej.
B: Tak, ale jak powiedziałem, trzeba pamiętać, że nagroda nie jest przyznawana tylko za umiejętności, ale tak naprawdę jest sumą wszystkiego, co działo się wokół danej osoby w ciągu roku. Wpływ ma zatem na to pewna popularność w środowisku. Jeśli zespół pracuje, jest widoczny, to ja jako muzyk również bardziej istnieję w świadomości środowiska, co ma ogromny wpływ we wszelkich plebiscytach. A, jak wspomnieliśmy, ostatnie dwa-trzy lata to naprawdę spory rozwój Boogie Boys, wręcz najlepszy okres w dziesięcioletniej historii zespołu. Bo to, że Wojciech Karolak jest świetnym muzykiem to kwestia niezaprzeczalna. Ale ostatnio w zasadzie nagrywa płyty jazzowe, bluesa gra bardzo mało, więc w środowisku też go po prostu nie widać.

To kto jest lepszym pianistą: Szopiński czy Karolak?
B: (śmiech).

Osiągnęliście już szczyt, czy dopiero wspinacie się na górę?
Sz: Mamy nadzieję, że ten okres potrwa dłużej, mamy sporo planów i liczymy, że najlepsze wciąż jeszcze przed nami.
B: Apetyt rośnie w miarę jedzenia, pomysły rzeczywiście są coraz większe i śmielsze, a czy to jest zenit, okaże się za jakiś czas. Na pewno jest to moment wzrostowy, ale trudno dzisiaj powiedzieć, w jakim kierunku się rozwinie. Mamy nadzieję, że do szczytu jest jeszcze daleko. Jeśli chodzi o Polskę, a nawet środkowo-wschodnią część Europy, śmiało możemy powiedzieć, że zdecydowanie wybijamy się ponad przeciętność.

Jakie są zatem plany na najbliższy czas?
B: W tym roku chcemy wydać trzecią płytę. Pierwsza wyszła w 2004 roku, druga, dużo bardziej profesjonalna, ukazała się przed trzema laty. Ta, która ma powstać w połowie roku ma być jeszcze lepsza. Mamy propozycje, żeby nagrywać ją w USA.

Ma być jeszcze lepsza od poprzedniej właśnie za sprawą tego, że powstanie w Stanach Zjednoczonych?
B: Uczyć się jeździć na nartach można nawet w Grecji, ale wiadomo, że jak będziesz to robił pod okiem np. Norwegów, da to zupełnie inne efekty. USA są kolebką bluesa, a w Californi, gdzie chcemy nagrywać płytę, są najlepsze studia produkcyjne na świecie no i realizatorzy uznawani za największych fachowców. California to muzyczne zagłębie, więc płyta pod kątem produkcyjnym na pewno będzie dużo lepsza. Wierzę, że wzrost jakości będzie równie duży jak płyty „Hey You” w stosunku do pierwszej. Po to zresztą inwestujemy w ten projekt pieniądze.

Jak duże?
Sz: Nie chcielibyśmy mówić o konkretnych kwotach, ale są to spore pieniądze.

Przekroczycie 100 tys. zł?
B. Raczej nie, ale kilkadziesiąt tysięcy zł na pewno będzie to kosztowało. Owszem, dobrą płytę można nagrać również w Polsce, bo są już do tego warunki techniczne. Jednak pewne różnice tkwią także w pracach postprodukcyjnych, a w USA te rzeczy jednak lepiej funkcjonują, ale są przy tym kilkakrotnie droższe niż w Polsce.

W ilu egzemplarzach ukazała się płyta „Hey You” i ile ich sprzedaliście?
Sz: Ukazało się blisko 10 tys. egzemplarzy krążków i niemal wszystkie sprzedaliśmy lub przeznaczyliśmy na promocję. Trudno to wszystko policzyć, bo proces sprzedaży nie odbywa się tylko przez wytwórnię i jednego dystrybutora, a zatem nie było oficjalnej sprzedaży na dużą skalę. Krążki sprzedajemy głównie na koncertach, chociaż była też sprzedaż oficjalna poprzez sieć sklepów Media Markt i Empik. W USA również mieliśmy dystrybucję. Poza tym od niedawna nasza ostatnia płyta jest także dostępna w internetowych sklepach iTunes i amazon.com.

Ile zarobiliście na tym krążku?
B: Trudno to dzisiaj oszacować. Każdy album zarabia kilka lat, to wieloletni proces, zwłaszcza że rynek bluesowy nie jest rynkiem komercyjnym. Tym bardziej nie robimy tego po to, żeby zarobić na sprzedaży, bo w przypadku niszowego rynku płyta to głównie produkt promocyjny. Płyty świadczą o tym, jak zespół się rozwija, jak pracuje, co proponuje nowego, a my zarabiamy głównie dzięki koncertom.

To ile bracia Szopińscy zarobili dotychczas na zespole Boogie Boys?
(uśmiechy)
Sz: Na pewno nie jest to porównywalne z sukcesami komercyjnymi, ale można z tego godnie żyć.
B: Tak naprawdę nigdy tego super dokładnie nie liczyliśmy.

A ile zebrało się w 2011 roku?
B: Nie złożyliśmy jeszcze PIT-ów (uśmiech). Ale mówiąc serio, to biznes jak każdy inny, ma wzloty i upadki. Teraz, kiedy gramy raz, dwa razy w miesiącu, trwa okres przysłowiowej posuchy. Są jednak miesiące, kiedy pracujemy na 300%, a koncerty gramy nawet trzy razy dziennie. Najważniejsze, że jest to praca, która pozwala nam żyć z naszej muzycznej pasji i inwestować, chociażby w nowy sprzęt czy właśnie w kolejną płytę.

Co nowego na niej zaproponujecie?
B: Mamy zamiar zaprosić ekipę międzynarodowych gości i w tej branży są to nazwiska z naprawdę top półki. Nie absolutne gwiazdy, bo Erica Claptona to nie uda nam się zaangażować, ale ludzie z dużymi nazwiskami, powiedzmy, że w sześciostopniowej skali to artyści na piątkę z plusem. W każdym razie jeszcze kilka lat temu muzycy ci byliby dla nas absolutnie nieosiągalni.

Stała formuła zespołu jest zamknięta, czy zgodnie z sugestią Kory z programu Must Be the Music będziecie chcieli poszerzać skład o muzyków grających na kolejnych instrumentach?
Sz: Formuła Boogie Boys, sprawdzona przez dziesięć lat działalności, jest zamknięta dla nas trzech. Ale to nie znaczy, że będziemy zamknięci na nowe pomysły. Chociażby basista Janusz Brzeziński, jeśli będzie tylko chciał, z pewnością będzie z nami jeszcze wielokrotnie występował.
B: Jego talent i pracę na pewno będziemy chcieli wykorzystywać częściej, tym bardziej, że jesteśmy dobrymi kolegami.

Gdy formuła zespołu na dobre się wyczerpie, jesteście gotowi na zmiany?
Sz: Zawsze możemy grać inne rzeczy, mamy przecież doświadczenia z wieloma artystami, chociażby niedawno wróciłem z miesięcznej trasy z zespołem, z którym występowałem w USA. Bartek również gra z innymi składami. To nie jest dla nas problemem.
B: Przykłady wielu artystów pokazują, że mogą grać „swoje” przez całe życie. Wierzymy, że także nasze pomysły są na wiele lat.
Sz: W każdym razie będziemy dążyć do tego, żeby kiedyś to inni muzycy chcieli grać z Boogie Boys.

Kilkanaście miesięcy temu rozmawialiśmy o Twoim angażu do zespołu De Mono. Jak zakończyła się ta sprawa?
Sz: Temat umarł śmiercią naturalną.

Dotarliście się już? Bartek wciąż wydaje się być bardziej ustatkowaną częścią zespołu, bezsprzecznie liderem grupy. Tymczasem Szymon do dzisiaj chyba postrzegany jest jako młody gniewny. Mniej już między Wami iskrzy?
B: Skoro zespół funkcjonuje, chyba i pod tym względem wszystko zmierza w dobrym kierunku. Trudno, żeby problemy, które mieliśmy pięć lat temu dotyczyły nas dzisiaj, za to pojawiają się nowe. Ale myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że Szymon się zmienia. Po całym zespole widzę zresztą, że wszyscy, także Michał Cholewiński, stajemy się coraz bardziej dojrzali.
Sz: Co nie zmienia faktu, że ja wciąż jestem kucem, a to są dwa stare konie (śmiech).

Dla jakiej publiczności najlepiej się gra?
Sz: Są dwa rodzaje widowni. Jedni to ci, którzy chcą posłuchać muzyki. Inni chcą się bawić. Szanujemy jednych i drugich, choć z perspektywy naszego zespołu, który stawia na przekaz na żywo, na show, na pewno przyjemniej gra się dla tych drugich.

Jaka jest polska publika?
B: Jedną z najlepszych. To nie jest żadna kurtuazja i nie jest to tylko moje zdanie. Wynika to z tej prostej przyczyny, że widownia w Polsce jest chłonna, bo dla niej wiele rzeczy wciąż stanowi nowość. Tymczasem Amerykanie widzieli i słyszeli już wszystko. Dla nas wyjazd na koncert Michaela Jacksona byłby wydarzeniem na pół życia, a przynajmniej dziesięciolecie, a oni Michaela czy inną gwiazdę mieli i mają w co drugim mieście co dwa miesiące. Dlatego najtrudniej jest zaimponować właśnie Amerykanom, co nie znaczy, że nie jest to możliwe. A kiedy już się uda Amerykanie, podobnie jak Polacy, świetnie się bawią, w przeciwieństwie do Niemców, Francuzów, Holendrów, Belgów czy Austriaków. Bo tamta publiczność, jak wspomniał Szymon, idzie na koncert głównie po to, żeby słuchać.

W USA byliście wielokrotnie, w zdecydowanej części Europy też już występowaliście. Gdzie jeszcze nie graliście, a bardzo chcielibyście się pokazać?
B: Jest świetny festiwal w Australii, nad którym po cichu już pracujemy. W dalszej perspektywie ciekawy jest też kierunek wschodni, po drodze Rosja, a dalej Chiny i przede wszystkim Japonia. No ale żeby zagrać w Kraju Kwitnącej Wiśni czeka nas jeszcze z pewnością bardzo wiele pracy.

Od kilku lat pracujecie też nad marką swojego festiwalu w Człuchowie „Polish Boogie Festwial”. Ma on być kiedyś znakiem rozpoznawczym jeśli chodzi o polskie festiwale?
Sz: Oczywiście. Tym bardziej, że Boogie Boys wspiera festiwal, a festiwal wspiera zespół. To już w zasadzie nierozłączne elementy.

Jak to się stało, że festiwal nie znalazł się w Złotowie?
B: Pierwotnie rozmawialiśmy o organizacji z władzami i instytucjami w Pile, bo to jednak większe środowisko, wydawało nam się, że lepsze dla niszowego gatunku muzyki. Piła nie była zainteresowana tym projektem. Ponieważ w środowisku poszła jednak informacja o takiej idei, dotarła ona również do Człuchowa, gdzie graliśmy w tym czasie koncert i tak zgłosił się do nas Adam Bondarenko z tamtejszego ośrodka kultury, który był jednocześnie szefem promocji w samorządzie miejskim Człuchowa. Bardzo zapalił się do tego pomysłu i tak festiwal trafił do Człuchowa. Nie zmienia to jednak faktu, że jesteśmy kojarzeni ze Złotowem i Zakrzewem. Sami także chcemy, żeby tak właśnie było.

Teraz trochę o prywatnych sprawach. Jak Bartek Szopiński sprawuje się w roli taty?
B: Chyba dobrze, bo tak się składa, że w sierpniu zostanę ojcem po raz drugi. To świeża wiadomość.

Gratulujemy serdecznie. Chłopiec czy dziewczynka?
B: Dziękuję bardzo. Jeszcze za wcześnie na takie konkrety.

Jak małżonka radzi sobie po przejściu z RMF FM do chojnickiej stacji?
B: To bardziej pytanie do Gosi, ja mogę powiedzieć tyle, że ma bardzo dużo pracy. Głównie nad tym, żeby radio miało coraz bardziej profesjonalne brzmienie. Myślę, że robi to z dobrymi efektami, o czym świadczy choćby fakt, że sam słucham tej stacji, a zapewniam, że jestem wymagającym słuchaczem.

W Twoim życiu Szymon też doszło do zmiany, bo na Pogrywaniu Weteranów widziałem, że pojawiłeś się z uroczą brunetką – ponoć zmieniła się towarzyszka Twojego życia.
Sz: Cóż tu wiele mówić... Życie płynie... toczy się, jak widać, różnymi drogami, rozchodami i schodami (uśmiech). Zapewniam jednak, że jeszcze się nie żenię, bo takie informacje też już słyszałem.

Dwa tygodnie temu pisałem na łamach „Aktualności” o Michale Liponodze, który potwierdził swój muzyczny talent podczas wspomnianego Pogrywania Weteranów, gdzie grając na perkusji wszystkim przypomniał zapewne o małym Szymonie sprzed lat. Chłopiec mówi, że byłeś jego pierwszym idolem. Mógłbyś wesprzeć młody talent?
Sz: Oczywiście. Przyznaję, że Michał ma smykałkę. Ja z chęcią służę radą i umiejętnościami. Żeby nie było wątpliwości, oczywiście nieodpłatnie.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości