Potędze rodu nie jest jednak w stanie zaprzeczyć. Tej aż nadto jasno dowodzi skomplikowany początek naszej rozmowy. Z prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej w Sypniewie panem Józefem i jego małżonką panią Kunegundą staramy się ustalić, ilu Bartosiaków, prócz nich, służy u św. Floriana. - Jest jeszcze nasz syn Maciej, brata syn Krzysztof, jego żona Renata i ich syn Patryk – podaje nasz rozmówca. I dalej – strażacki mundur nosi też Jacek, syn córki brata pana Józefa, jego brat Darek i siostra Martyna. W strażackim fachu zakochały się też wnuczki naszych rozmówców, Marcelina i Weronika. - I to chyba już wszyscy... - zamyśla się pani Kunegunda. - No chyba że jeszcze się jakiś Bartosiak urodzi – dopowiada ze śmiechem. To jednak nie koniec rodzinnych powiązań – co prawda Bartosiaków wyliczyliśmy, bliscy naszej rozmówczyni też jednak zasilają szeregi OSP Sypniewo. Lata temu Bogu na chwałę, ludziom na ratunek działał w jednostce także brat pana Józefa – Wacław. - I od niego to „Bartosiakowanie”, jeszcze w latach `60, się zaczęło – przyznaje pani Kunegunda. - To on nas wszystkich wciągnął w tę straż – potwierdza pan Józef, mając na myśli gałąź swego rodu. Jego żona została druhną na długo przed rozwojem „dynastii” Bartosiaków. - Wstąpiłam do Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej jeszcze za panny, kiedy miałam 17 lat – wspomina Kunegunda, wtedy Bednarz. Pan Józef po raz pierwszy koszar założył w 1975 roku. - Trzeba było coś dla tego społeczeństwa zacząć robić – mówi o motywacji. Ta, choć czterdzieści lat minęło jak z bicza strzelił, nie osłabła. Stwierdzenie, że remiza to jego drugi dom w żadnym wypadku nie jest przesadzone. Wręcz przeciwnie – do bólu prawdziwe. Dlatego panią Kunegundę nieraz ponosiły nerwy.
Mężczyzna myjący okna cieszy oczy każdej kobiety. No chyba, że to nie jej okna... Pan Józef pracy nigdy się nie bał. - Poszorował w remizie podłogi, okna pomył, naczynia, a w domu? Nigdy! - zdradza jego małżonka. - „Tam” było zawsze ważniejsze niż „tu” – dodaje. - Nie mogłem patrzeć na to wszystko, jak było brudne – usprawiedliwia się nasz rozmówca, na niewiele jednak się to zdaje, bo na koncie ma więcej „grzechów”. - Potrafił siedzieć w remizie całymi dniami, a jak trzeba było – to i nocami – wspomina pani Kunegunda. I zaczyna opowieść:
- Kiedyś od rana do wieczora z siostrzeńcem kładł tam podłogowe płytki. O 1.00 sam zaczął fugować, a do domu dotarł o 9.00! Całą dobę przesiedział – dziś nasza rozmówczyni uśmiecha się na to wspomnienie, ale wtedy poniosły ją nerwy. - Bo jak się coś zacznie, to trzeba skończyć – pan Józef jest się w stanie ze wszystkiego wybronić. Z remontem było podobnie. - Siedział tam po nocach i robił, głaskał... - relacjonuje pani Kunegunda.
- Któregoś wieczoru zadzwonił do mnie Andrzej Kacprzak z pytaniem, gdzie jest mąż. Jak to gdzie? U siebie! – odpowiedziała mu nasza rozmówczyni. Komendant gminny pół żartem, pół serio zaczął się wtedy zastanawiać, czy aby do remizy nie należy wstawić łóżka.
Dziś aktywność naszego rozmówcy nieco spadła. - Zdrowie – uzasadnienie jest krótkie. W zawiązku z tym pan Jan nie ma zamiaru ponownie stawać do wyborów członków zarządu. - Niech teraz młodzi działają, ja muszę odpocząć – mówi. Małżonka nie do końca mu wierzy. - Rządzić nie będzie, ale straży sobie nie odpuści – zna męża na wylot. - Pogrążyć jednostki nie dam – pan Józef wciąż ma zamiar doglądać swojego „dziecka”.
Podobno od obcego łatwiej wymagać. Prezes Bartosiak się z tym nie zgadza. - Do „swojego” można się odnieść ostrzej, bo wiadomo, że się nie obrazi, dlatego Bartosiakowie czasem mają chyba gorzej niż inni... – jego odczucia są wręcz odwrotne. Co tu zresztą rozmawiać o podziale na „ich” i „nas”. - U nas w straży podziałów nie ma – zaznacza pani Kunegunda. - Jeden drugiego wspiera, dlatego jednostka jest silna i prężnie działa – dodaje. Minusów „Bartosiakowej kumulacji” nie znajdujemy.
Bartosiak Bartosiaka na wstępowanie do OSP nie namawia. - Młodzi sami się do tego palą – przekonują małżonkowie. Ale musi być iskra. Starszej wnuczce Marcelinie dała ona o sobie znać lata temu, w czasie świąt wielkanocnych. - Co roku wystawiamy straż przy grobie Jezusa. Strasznie jej się to spodobało – koniecznie chciała pełnić wartę ze mną – opowiada pan Józef. Mimo trudności związanych z brakiem munduru udało się to załatwić – Marcelina wystąpiła w mundurze po babci, który ta nosiła jeszcze gdy działała w „młodzieżówce”.
- Jestem krawcową, więc tu podwinęłam, tam skróciłam i pasowało – uśmiecha się pani Kunegunda, dodając, że teraz ten mundur należy do młodszej wnuczki, Weroniki.
Pan Józef na stałe wpisał się w historię OSP Sypniewo. Jest coś, co po nim zostanie. - Ks. Andrzej, też strażak, na 70-lecie istnienia naszej jednostki zasponsorował figurkę św. Floriana, który strzeże dziś strażnicy. Ja wykonałem obudowę. Razem udało nam się zrobić dla jednostki coś ważnego – cieszy się prezes Bartosiak. Jego żona też kojarzy się druhom z konkretnego powodu. - Kiedy jeszcze zdrowie mi pozwalało na każde zebranie przygotowywałam swój słynny bigos. Niektórzy przychodzili na nie właśnie dla niego – śmieje się pani Kunegunda. To drobiazg, który cieszy. Podobnie przynależność do straży. - Jesteśmy z tego dumni – podkreślają małżonkowie, których życie upłynęło pod znakiem OSP.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze