Reklama

Bartosiakowanie

12/10/2015 12:00
Trudno wyobrazić sobie straż bez Bartosiaków i Bartosiaków bez straży. Pani Kunegunda nieco rozbija ten związek. - Wszyscy jesteśmy rodziną, nawet jak ktoś się nazywa inaczej – prostuje

Potędze rodu nie jest jednak w stanie zaprzeczyć. Tej aż nadto jasno dowodzi skomplikowany początek naszej rozmowy. Z prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej w Sypniewie panem Józefem i jego małżonką panią Kunegundą staramy się ustalić, ilu Bartosiaków, prócz nich, służy u św. Floriana. - Jest jeszcze nasz syn Maciej, brata syn Krzysztof, jego żona Renata i ich syn Patryk – podaje nasz rozmówca. I dalej – strażacki mundur nosi też Jacek, syn córki brata pana Józefa, jego brat Darek i siostra Martyna. W strażackim fachu zakochały się też wnuczki naszych rozmówców, Marcelina i Weronika. - I to chyba już wszyscy... - zamyśla się pani Kunegunda. - No chyba że jeszcze się jakiś Bartosiak urodzi – dopowiada ze śmiechem. To jednak nie koniec rodzinnych powiązań – co prawda Bartosiaków wyliczyliśmy, bliscy naszej rozmówczyni też jednak zasilają szeregi OSP Sypniewo. Lata temu Bogu na chwałę, ludziom na ratunek działał w jednostce także brat pana Józefa – Wacław. - I od niego to „Bartosiakowanie”, jeszcze w latach `60, się zaczęło – przyznaje pani Kunegunda. - To on nas wszystkich wciągnął w tę straż – potwierdza pan Józef, mając na myśli gałąź swego rodu. Jego żona została druhną na długo przed rozwojem „dynastii” Bartosiaków. - Wstąpiłam do Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej jeszcze za panny, kiedy miałam 17 lat – wspomina Kunegunda, wtedy Bednarz. Pan Józef po raz pierwszy koszar założył w 1975 roku. - Trzeba było coś dla tego społeczeństwa zacząć robić – mówi o motywacji. Ta, choć czterdzieści lat minęło jak z bicza strzelił, nie osłabła. Stwierdzenie, że remiza to jego drugi dom w żadnym wypadku nie jest przesadzone. Wręcz przeciwnie – do bólu prawdziwe. Dlatego panią Kunegundę nieraz ponosiły nerwy.

Najpierw tam, a tu... potem

Mężczyzna myjący okna cieszy oczy każdej kobiety. No chyba, że to nie jej okna... Pan Józef pracy nigdy się nie bał. - Poszorował w remizie podłogi, okna pomył, naczynia, a w domu? Nigdy! - zdradza jego małżonka. - „Tam” było zawsze ważniejsze niż „tu” – dodaje. - Nie mogłem patrzeć na to wszystko, jak było brudne – usprawiedliwia się nasz rozmówca, na niewiele jednak się to zdaje, bo na koncie ma więcej „grzechów”. - Potrafił siedzieć w remizie całymi dniami, a jak trzeba było – to i nocami – wspomina pani Kunegunda. I zaczyna opowieść:

Reklama

- Kiedyś od rana do wieczora z siostrzeńcem kładł tam podłogowe płytki. O 1.00 sam  zaczął fugować, a do domu dotarł o 9.00! Całą dobę przesiedział – dziś nasza rozmówczyni uśmiecha się na to wspomnienie, ale wtedy poniosły ją nerwy. - Bo jak się coś zacznie, to trzeba skończyć – pan Józef jest się w stanie ze wszystkiego wybronić. Z remontem było podobnie. - Siedział tam po nocach i robił, głaskał... - relacjonuje pani Kunegunda.

- Któregoś wieczoru zadzwonił do mnie Andrzej Kacprzak z pytaniem, gdzie jest mąż. Jak to gdzie? U siebie! – odpowiedziała mu nasza rozmówczyni. Komendant gminny pół żartem, pół serio zaczął się wtedy zastanawiać, czy aby do remizy nie należy wstawić łóżka.

Reklama

Dziś aktywność naszego rozmówcy nieco spadła. - Zdrowie – uzasadnienie jest krótkie. W zawiązku z tym pan Jan nie ma zamiaru ponownie stawać do wyborów członków zarządu. - Niech teraz młodzi działają, ja muszę odpocząć – mówi. Małżonka nie do końca mu wierzy. - Rządzić nie będzie, ale straży sobie nie odpuści – zna męża na wylot. - Pogrążyć jednostki nie dam – pan Józef wciąż ma zamiar doglądać swojego „dziecka”.

Bartosiak zawsze ma gorzej

Podobno od obcego łatwiej wymagać. Prezes Bartosiak się z tym nie zgadza. - Do „swojego” można się odnieść ostrzej, bo wiadomo, że się nie obrazi, dlatego Bartosiakowie czasem mają chyba gorzej niż inni... – jego odczucia są wręcz odwrotne. Co tu zresztą rozmawiać o podziale na „ich” i „nas”. - U nas w straży podziałów nie ma – zaznacza pani Kunegunda. - Jeden drugiego wspiera, dlatego jednostka jest silna i prężnie działa – dodaje. Minusów „Bartosiakowej kumulacji” nie znajdujemy.

Reklama

Twoje życie – twoja decyzja

Bartosiak Bartosiaka na wstępowanie do OSP nie namawia. - Młodzi sami się do tego palą – przekonują małżonkowie. Ale musi być iskra. Starszej wnuczce Marcelinie dała ona o sobie znać lata temu, w czasie świąt wielkanocnych. - Co roku wystawiamy straż przy grobie Jezusa. Strasznie jej się to spodobało – koniecznie chciała pełnić wartę ze mną – opowiada pan Józef. Mimo trudności związanych z brakiem munduru udało się to załatwić – Marcelina wystąpiła w mundurze po babci, który ta nosiła jeszcze gdy działała w „młodzieżówce”. 
- Jestem krawcową, więc tu podwinęłam, tam skróciłam i pasowało – uśmiecha się pani Kunegunda, dodając, że teraz ten mundur należy do młodszej wnuczki, Weroniki.

Coś po mnie zostanie

Pan Józef na stałe wpisał się w historię OSP Sypniewo. Jest coś, co po nim zostanie. - Ks. Andrzej, też strażak, na 70-lecie istnienia naszej jednostki zasponsorował figurkę św. Floriana, który strzeże dziś strażnicy. Ja wykonałem obudowę. Razem udało nam się zrobić dla jednostki coś ważnego – cieszy się prezes Bartosiak. Jego żona też kojarzy się druhom z konkretnego powodu. - Kiedy jeszcze zdrowie mi pozwalało na każde zebranie przygotowywałam swój słynny bigos. Niektórzy przychodzili na nie właśnie dla niego – śmieje się pani Kunegunda. To drobiazg, który cieszy. Podobnie przynależność do straży. - Jesteśmy z tego dumni – podkreślają małżonkowie, których życie upłynęło pod znakiem OSP.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości