Reklama

Bezimienny. O trenerze z sierocińca

07/02/2016 18:30
Czy został porzucony? Może jego rodziców wygnano z Polski? Kim jest Jan Bezimienny? I dlaczego wciąż boksuje się z życiem?

Gdyby urodził się w średniowieczu może zwano by go Janem bez ziemi. Ale jeśli pierwszy wdech wziąłby w latach 90. XX wieku, pewnie trafiłby do okienka życia.

- Albo byłem porzucony, albo co. Urodziłem się w 1947 roku w powiecie trzebiatowskim. Może u Niemców, których z Polski wyrzucali. Taka sytuacja... - Jan Bezimienny siedzi w wynajętym mieszkaniu obok siedziby Sparty. Ława, kanapa, fotel, drewniane błyszczące meble po poprzednikach. A w rogu kwiatek. Sam niczym jego właściciel. - Ponad dwa lata temu zmarła mi żona, synowie mają swoje życie na Śląsku, więc wróciłem do Złotowa – 69 – latek częstuje świeżo przygotowanym sokiem. - Sportowcy piją zdrowo – żartuje.

Reklama

Zamyśla się dopiero po pytaniu o siostry. Czy były surowe? Czy do którejś mówił „mamo”. To przecież samo z dziecka wychodzi. Nawet wśród sierot. - Nie powiem kto był mamą. Pamiętam, że do niektórych chłopców [[pay]] przyjeżdżała mama, czy tata, ale mnie to nie pociągało – mężczyzna rozciera palce gdy wspomina przedszkolny dom dziecka w Bytowie. To tam podarowano mu imię. I piętno nazwiska, które karze się nad nim zastanawiać. - Nie wiadomo skąd się tam znalazłem i stąd takie nazwisko. Od małości nie tęskniłem za rodziną, bo jej nie znałem. A czego oczy nie widzą... - urwane zdania często mówią więcej niż te zakończone wykrzyknikiem. Jan Bezimienny wciąż twierdzi, że nie potrzebne mu korzenie. Nigdy nie pytał, nie dociekał. Pamięta jedynie rygor u sióstr zakonnych, bo czasem dostał w skórę. - Jak to w rodzinie – rzuca. Zapewnia, że dom dziecka był pogodnym miejscem. Nic nie mówi o takich zdarzeniach, jak to opisywane cztery lata temu przez Dziennik Bałtycki: „17-letni wychowanek domu dziecka z podbytowskiej Rzepnicy wraz ze swoim 16-letnim kolegą przez kilka miesięcy mieli gnębić młodszych kolegów, w tym dwóch upośledzonych umysłowo”. - My się kolegowaliśmy, mam dobre wspomnienia – przyznaje jednak, że gdy po latach był w Bytowie jako trener boksu, do domu dziecka nie zaszedł.

Na radawnickiej barykadzie

„Na barykady, ludu roboczy, czerwony sztandar do góry wznieś! Śmiało do boju wytęż swe ramię, bo na cię czeka zwycięstwa cześć” śpiewają chłopcy. Wśród nich 7-letni Janek. Jest rok 1954, a on właśnie został przeniesiony z Bytowa do Radawnicy. Tu zaczął szkołę podstawową i naukę komunistycznych pieśni. - Pobudka była o 6:00, potem apel, śniadanie i do szkoły. Do tej z czerwonej cegły – pan Jan pamięta, że dyrektorem placówki był wówczas Piątek. A religia odbywała się w świetlicy po drugiej stronie ulicy. Od 16 do kolacji była nauka obowiązkowa. - Człowiek siedział, bo siedział, ale wychowawcy nam pomagali. To były lata 50-te. Początkowo nie było telewizji, więc biegaliśmy po wsi, graliśmy w piłkę, palanta. A kąpać się latem chodziliśmy na tamę – to wówczas Jan Bezimienny złapał bokserskiego bakcyla. - Wiadomo, że człowieka do tego ciągnęło – mówi  zawodnik „Sparty” Złotów i „Brdy” Bydgoszcz”.

Reklama

Kolejna przeprowadzka, ale wciąż bez rodziny. Pierwszy z prawej Jan Bezimienny

W 1958 roku Janek znowu został „przesiedlony”. Wszystkich podopiecznych z Radawnicy przeniesiono do domu dziecka w Jasieniu. Też do pałacyku. Tyle że wśród lasów i jezior. - Dobrze nam się tam żyło razem. Koledze stamtąd dziecko do chrztu trzymałem. A potem każdy się rozjechał i wszystko poszło w zapomnienie – luki w pamięci to jedna z cech naszego rozmówcy. Dziur tych pan Janek zapełniać wcale nie zamierza.

Dorosłeś – radź sobie

W 1961 roku Jan Bezimienny skończył podstawówkę w Jasieniu i wrócił do Złotowa. Nie poszedł za kolegami do Słupska, czy Bytowa. Wolał gród nad Głomią. - Może dlatego, że nas tu przywozili na pochody 1-majowe? Raz nawet byliśmy na Zaciszu pod namiotami... - zastanawia się popijając gęsty sok w kolorze pomarańczy. 

Reklama

- Złotów wybrałem ja, Stachu Bara i jeszcze jeden kolega – wspomina, że trafił do zawodówki. Wybrany zawód: ślusarz-spawacz. - Dyrektorem szkoły był Czarnotta, a potem Stefan Kulwicki – nasz rozmówca ma pamięć do ludzi na stanowiskach. Później okaże się, że szkolonych przez siebie bokserów tak dobrze nie zapamiętał. Choć tych było więcej.

Podobnie jak przez mgłę złotowianin z wyboru pamięta budowę nowej „Zawodówki”. Uczniowie wznosili ją w czynie społecznym. - Nauka średnio mi szła. Jak każdy chłopak nie przykładałem się do nauki, ale na praktykach nie było problemu – na początku lat 60-tych szkoła zawodowa mieściła się przy ulicy Wojska Polskiego. Tam, gdzie dziś jest mała rampa. Z kolei warsztaty były przy Mickiewicza (dla klas I) i za „Rolnikiem”.

Reklama

Z dyplomem w ręku, w 1964 roku, Jan Bezimienny pojechał do domu dziecka. - Dali mi odprawę i powiedzieli: Jasiu, masz swoje lata, radź sobie sam – nasz gospodarz odpala laptopa. Jakby symbolicznie kończąc opowieść o domu dziecka chce pokazać zdjęcie, na którym widać jeden z jego wyjazdów. Siedmiu chłopców, w płaszczach i czapkach osadzonych na krótko ostrzyżonych głowach, stoi na tle drzwi domu dziecka. Bogato zdobione wrota są zamknięte, tak jak kolejny rozdział w życiu Janka.

Pierwszy raz rękawice bokserskie pan Jan założył jeszcze w domu dziecka

Reklama

Hak dla kulturysty

- Prawy, lewy, prawy, lewy. Nie stój! Jak drzewo stoi, to je zetną – Jan Bezimienny rusza się niczym nastolatek z burzą hormonów. Gdy patrzy się na niego z tyłu, po sylwetce nie sposób odgadnąć ile ma lat. Zdradzają go siwe włosy. Jest osiemnasta, w sali „Sparty” trwa trening bokserski. Po raz czwarty na przestrzeni 45 lat posadę trenera w „Sparcie” objął Jan Bezimienny. Od listopada 2015 roku trzy razy w tygodniu schyla głowy, rozstawia nogi i uczy oddychać adeptów pięściarstwa. - Jak w juniorkach umiesz lewy, prawy zadać, to reszta pójdzie. Potem dokładasz warstwy: rotacja, zejście, kąty, zmienność, uniki – tłumaczy zawiłości boksu. - Jak nie masz talentu, to nic nie zrobisz. Ambicją można wiele nadrobić, ale do pewnego momentu – twierdzi były bokser. - Jeśli zawodnik nie chce, a ty tak, to nic nie pomoże – przez sześć lat pan Jan chciał walczyć. Zaczął w 1964 roku. - Nabór do sekcji robił Janek Kanurski. Zgłosiła się duża grupka chłopaków. Był Edek Luty, Rysiu Walkowiak, Paweł Kuich, Józek Tojza. Niektórych już nie ma... Byliśmy trzonem przodowym – początki na ringu były górnik pamięta doskonale. - Sala była pusta. Nic poza rękawicami i skakankami. Worków też nie było – boks zawsze był szkołą dla najbardziej zdeterminowanych. - Nie było wielkiej selekcji. Wytrzymałeś, to zostałeś. I tyle. A wtedy chłopcy chcieli się bić, bo nie było wielu innych sportów. Mieliśmy wolę walki, a Janek ją jeszcze pobudzał – pierwsze walki „Spartanie” zaczęli toczyć po roku treningów. W Słupsku.

Reklama

Dzięki pięściarstwu Jan nie musiał myśleć o przeszłości

- Nie znaliśmy hierarchii w okręgu, ale pierwszą walkę wygrałem na punkty. Z zawodnikiem ze Świdnicy, takim rudym – zdjęcia z tej walki złotowianin niestety nie ma. - W juniorach stoczyłem 20 walk. Przegrałem tylko z jednym. W Koszalinie znokautował mnie przez głupotę. Byłem pewny zwycięstwa, ręce opuszczone i dostałem cios na brodę. I Jasia nie było. Potem walczyłem z nim na mistrzostwach okręgu w Słupsku. Tak walił nasadami, że ja pierniczę. On mnie bije, a sędzia nic nie mówi? Panie trenerze, niech pan mnie podda, szkoda zdrowia – mówi rozemocjonowany J. Bezimienny nie kryjąc bokserskiej wymowy. Przyjęte ciosy zostają widać na zawsze. Zadane także.

Reklama

- Pamiętam, że boksowaliśmy z Brdą Bydgoszcz. Ich zawodnik wyglądał jak kulturysta. Wiadomo, że przeciwnika trzeba się trochę bać, bo nie ma co cwaniakować. Wszedłem do ringu z tym Herkulesem i jak mi hak prawy wyszedł, to do góry go podniosło i było po nim. To było wiosną 1966 roku – były bokser odnotowuje zwycięstwo.

Dzięki pięściarstwu Jan nie musiał myśleć o przeszłości. Treningi, praca w złotowskim „Młocie” i dziewczyna pochłaniały go wystarczająco. Wspomnienia odżyły raz – w Niemczech. - Byłem na zawodach w NRD. Zaprosili nas do siebie mieszkający tam Polacy. I tam pani mi powiedziała, że jestem podobny do jej brata. Ale ja się nie chwaliłem, że jestem porzucony...

Reklama

Zespawana miłość

Komandos musi być jak płatek śniegu – niepowtarzalny, ale i nieskazitelny. A Janek miał problemy z zatokami. Do wojsk specjalnych go nie wzięli, więc uciekł do Bydgoszczy. Pracę dostał w taborze kolejowym. - Tam gdzie robił Jerzy Planutis, pochodzący ze Złotowa mistrz Polski w boksie – taki powód znacząco wpłynął na decyzję młodzieńca. Zwłaszcza, że „Brda” Bydgoszcz wzięła go między liny. - Od 6 do 14 naprawiałem parowozy i wagony, a potem szedłem na trening - 3 razy w tygodniu. Tylko na Śląsku trenowali 5 razy w tygodniu, bo byli oddelegowani do sportu – opowiada pan Jan. To w Bydgoszczy poznał kobietę swojego życia. Ela także była spawaczem. - Tam się człowiek zwąchał, a kierownik specjalnie dawał nas razem na jedną zmianę – ślub młodzi wzięli w 1968 roku.

W II lidze seniorów raz Bezimienny wygrywał, raz przegrywał. - Techniczny byłem. Może fighterkiem też, bo na wymianę czasami poszedłem – mecze bokserskie w latach 60-tych przyciągały tłumy. Często na walki w Astorii brakowało biletów. - W meczu między nami a pierwszoligową „Zawiszą” padł remis. Pamiętam, że nagrodami miały być radia tranzystorowe, a dali nam puste pudełka. Wtedy Romek Syka się wkurzył, otworzył nagrodę i pokazał ludziom puste pudło. Obciachał tych działaczy – mężczyzna przeprasza, bo dzwoni jego syn. Mieszka w Zabrzu, ale utrzymuje stały kontakt z ojcem, który zamieszkał w Złotowie.

Reklama

Worek na drzewie

Pierwszy raz do grodu nad Głomią Jan Bezimienny wrócił w 1970 roku.
- Przyjechałem tu do Gustka Kanurskiego na komunię i zapytano mnie czy nie chcę zostać trenerem sekcji w Złotowie. Zgodziłem się – kariera bokserska się zatrzymała, czas na nowe wyzwania, pomyślał. Po czterech tygodniach kursu na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu i napisaniu pracy o biomechanice w boksie, pan Jan stanął przed obliczem legendarnego Papy Stamma. - Każdy portkami trząsł, ale z panem Feliksem szło porozmawiać. Nawet na egzaminie na trenera pomagał, tłumaczył. Mi kazano pokazać jak nauczyć ciosu sierpowego – to było w grudniu 1970 roku.

W międzyczasie pan Jan rozpoczął już nauczanie bokserskiego abecadła.
- Początkowo trenowaliśmy na dworze. Worki mieliśmy na drzewach powieszone, tam gdzie teraz są trybuny. A później trenowaliśmy w szkołach: „Jedynce” i „Dwójce” - trener wspomina czas budowy „Sparty” i swoje potyczki z podopiecznymi. - Ze starszymi sparowałem, bo od lepszego się szybciej nauczą. Trenowaliśmy trzy razy w tygodniu po dwie godziny. Tyle wystarczyło by te trzy rundy wytrzymać. Najważniejsza była technika – tu, mimo 45 lat w zawodzie, nic u pana Jana się nie zmieniło. Najlepiej jego rady w ringu wykorzystywali wówczas Rysiu Tomczyk, Zenek Borkowski, Leszek Dober.
- Był też Budnik, tego taryfiarza syn. Mocny był. Jak go na tarczy ćwiczyłem, to mi żebro złamał...

Reklama

Oszlifować diament

Zawodnicy przychodzili i odchodzili. Aż nadeszły złote lata 80-te. - Przyszli Gadziejewscy, Piotrek i Roman Sieg, Robert Hernik, Waldek Kotwis, Marek Brostowicz. To była grupa, która prezentowała wysoki poziom – ocenia trener. Ale pierwsze medale zdobywać zaczął Marek Gadziejewski. - To było na Spartakiadzie Młodzieży w Dębicy, w 1982 roku. W finale Marek przegrał na punkty z zawodnikiem z Rzeszowa.  A Kotwis przegrał tam w ćwierćfinale – sukces podopiecznego był dla J. Bezimiennego początkiem i końcem jednocześnie. - Marka zobaczyli ludzie z „Warki” Zabrze. Chcieli go, a ja poszedłem z nim – nasz bohater uznał, że takiej perły z rąk nie wypuści. Nawet jeśli musiałby zejść pod ziemię.

- Obaj podjęliśmy pracę na kopalni. Tyle, że Marek był oddelegowany do treningów, a ja częściowo – mówi pasjonat boksu, który na Śląsk zabrał jeszcze dwóch podopiecznych: Piotra Siega i Marka Brostowicza. - Oni długo nie wytrzymali i wrócili do Złotowa. Pewnie z tęsknoty – pan Jan wiedział co to za uczucie, bo sam zostawił w Złotowie żonę z dziećmi. Rodzina dotarła do niego po trzech latach.

Po kolejnych trzech złotowianin pokłócił się z zarządem i musiał zjechać pod ziemię na dobre. - Zjeżdżałem do ściany. Miesiąc z przewodnikiem, a potem dostawałem samodzielne zlecenia od stajgra. Byłem też śleperem – przynieś, wynieś, pozamiataj -  przyznaje, że najlepiej zna się na boksie. Na górniczą emeryturę J. Bezimienny przeszedł w 2003 roku.

W boksie charakter to rzecz niezbędna

Koń na mistrzostwa

- Nie z byka. Chcesz się podłożyć?! Ze skrętem – rady pana Jana wypełniają salę „Sparty”. Kilkunastu młodych pięściarzy szlifuje technikę. Słychać miarowe tsssy gdy zadają ciosy niewidocznemu przeciwnikowi. Trener co chwilę poprawia ustawienie najmłodszych ćwiczących. - Początki zwykle są zadowalające, zgłasza się wielu chętnych, ale jak się ubiera rękawice i trzeba przyjąć cios, to połowy nie ma – w boksie charakter to rzecz niezbędna. Taki ma choćby Damian Wrzesiński, na którego Jan Bezimienny trafił po powrocie do Złotowa blisko dekadę temu. - Na Mistrzostwach Polski zdobył złoty medal, fajnie, niespodziewanie. Jednak po roku przeszedł do Poznania i boksował w lidze międzynarodowej. A mi został Łabędź – dwukrotny medalista MP i Olimpiady Młodzieży – mówi trener, który w 2003 roku otrzymał powołanie na zgrupowanie kadry Polski. Zaproszenie od Mariusza Duriasza rok później powtórzył trener kadry juniorów, Zbigniew Raubo. - Wiadomo, że lewy jest lewym, ale uczyć się można zawsze – twierdzi 69-latek, który w Złotowie jest zupełnie sam. Ponad dwa lata temu zmarła mu żona, synowie zostali na Śląsku. Poza kilkoma kolegami liczyć może tylko na boks. Dlatego pomaga prowadzić sekcję bokserską „Sparty”. W 2005 roku z Czesiem Trusińskim reaktywowali sekcję w Złotowie. - Tych starych koni chcemy przygotować do MP seniorów. Jakiś medal przydałoby się zdobyć – trener zakłada rękawice, bo chłopcy nie rozumieją jego wskazówek. - Tssy, tssy i unik... [[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Stokrotka - niezalogowany 2016-02-08 06:28:14

    Janka znam jak własnego brata.....mogę tak pisać ponieważ jego opiekunem - trenerem był mój ojciec .Pamiętam jak przychodził do naszego domu jako młody chłopak . Długie rozmowy o boksie i sukcesy Janka . Miło się wspomina tamte chwile........

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    henry - niezalogowany 2016-02-07 19:31:42

    Janek był i jest fajnym kolegą a znam go od bardzo dawna.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości