Praca koliduje im z życiem, więc jej nie przyjmują. A samorządowcy się głowią: jest to bezrobocie, czy go nie ma?
Za chwilę podejmę stałą pracę. Jestem chory. Nie mam dojazdu. Opiekuję się niedołężną mamą. To najczęstsze wymówki bezrobotnych. Zdarza się też, że ktoś nie chce pracy, bo ściga go komornik. Jak zarobi, to zaraz straci – po co ma się więc męczyć? - Gdziekolwiek robimy nabory, to okazuje się, że są bezrobotni, którzy albo wychowują dzieci, albo kimś się opiekują, kogoś zaprowadzają lub wyprowadzają... - dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Złotowie Łucja Geczyło nie kryje zdziwienia. Bo część zarejestrowanych w „pośredniaku” zrobi wiele, by nie pracować. Dyrektor szacuje, że uczciwą pracą zainteresowana jest może 1/3 zarejestrowanych osób. - Poziom bezrobocia, który mamy, jest wirtualny – twierdzi z kolei burmistrz Jastrowia Piotr Wojtiuik. Ma prawo tak mówić, bo burmistrzowie i wójtowie nie mogą skompletować załóg do pracy.
Bezrobocioholizm
30 maja tego roku w powiecie złotowskim było 3591 osób bezrobotnych. W tym 2391 nie miało pracy od niespełna roku, 631 od roku do dwóch, a 569 powyżej dwóch lat. Te ramy czasowe są ważne, bo urząd pracy musi aktywizować najpierw tych, którzy pracy nie mają od co najmniej dwóch lat. Tych bezrobotnych wysłał do samorządów na roboty publiczne. I wtedy zaczęły się problemy. - Przysłano nam czternaście osób, z tego na pracę zgodziły się dwie. Dobraliśmy potem jedną krócej bezrobotną i po długiej walce mamy trzy osoby – skarży się wójt gminy Złotów Piotr Lach. - Znaleźliśmy jedną osobę, drugą po wielkich perturbacjach – burmistrz Jastrowia Piotr Wojtiuk ma te same problemy. Najwięcej jest ich z długotrwale bezrobotnymi.
[[reklama]]
- Fundusz Pracy jest po to, by wspierał tych, którym jest najtrudniej na rynku pracy. Bezrobotni, którzy z marszu podejmą pracę nie kwalifikują się do dofinansowania zatrudnienia – informuje dyrektor Greczyło. - Gdybym wysłała do wójta osoby świeżo zarejestrowane lub te, które już tam pracowały, to bardzo szybko byśmy tę grupę zebrali. Ale ja też muszę zobaczyć, ile z tych osób jest zdolnych i gotowych do podjęcia pracy. Bezrobocie niby jest, ale chętnych do pracy przy porządkowaniu gminnych terenów czy układaniu chodników nie ma. - Bardzo byliby nam ci ludzie przydatni, bo pracy mamy mnóstwo – mówi wójt Lach i zaraz dodaje: - Zainteresowanie i chęć do pracy są mizerne. Nie chcę nikogo obrażać i mówić, że ludziom się nie chce, ale przez okno widziałem, że nawet niezłymi samochodami podjeżdżali pod urząd. Na pewno ten widok nie miał nic wspólnego z wyobrażeniem bezrobotnego.
Czy się stoi...
Nie ważne jednak, kto co sobie wyobraża, tylko jaki jest stan faktyczny. - Około 5% osób, którym proponowane jest podjęcie pracy w ramach robót publicznych lub prac interwencyjnych odmawia podjęcia pracy w ramach tych form aktywizacji zawodowej – podaje Powiatowy Urząd Pracy w Złotowie. Do tego dochodzą osoby zatrudnione, ale zwolnione. Tak było w Złotowie z „alimenciarzami”. Panowie mieli odpracować pieniądze wypłacane na ich dzieci przez państwo w ramach funduszu alimentacyjnego. Z trzech mężczyzn po miesiącu został jeden. - Panowie złożyli po kilku dniach zwolnienia lekarskie. Dyrektor Greczyło spodziewała się tego, stąd ta pierwsza umowa na miesiąc – twierdzi burmistrz Adam Pulit. To, że „publiczni” często chorują, potwierdza także wójt Lipki. - Zwolnienia, nie ukrywam, zdarzają się. Popracuje ktoś kilka dni i idzie na chorobowe – przyznaje Przemysław Kurdzieko. Jako jeden z powodów takich zachowań „bezrobotnych” samorządowcy podają przyzwyczajenie. Choć brzmi to jak bluźnierstwo, to niektórym łatwiej jest żyć bez pracy. - Mają tak poukładane życie, że PUP im przeszkadza. Jak sobie policzą, ile dostaną z pomocy społecznej, ze szkoły i jeszcze się pokręcą „na czarno”, to im się praca na umowie nie kalkuluje. A niektórzy wręcz mówią, że na prywaciarzy robić nie będą – diagnoza Ł. Greczyło jest porażająca. Jej prawdziwość potwierdza jednak Przemysław Kurdzieko. - Państwo powinno zrobić porządek z pomocą społeczną. Jak ktoś dostaje zasiłek, to powinien za to popracować na rzecz gminy. To by gminom wystarczyło. A tak, czy się stoi, czy się leży, Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej wypłaca miliony tym bezrobotnym – uważa wójt Lipki, absolwent prawa. - Nasze prawo jest dziurawe i ludzie to wykorzystują.
Urząd do przytulania
Jest też druga strona medalu. Gminy chętnie przyjmują ludzi w ramach robót publicznych, bo PUP refunduje koszty ich zatrudnienia. Daje samorządom połowę przeciętnego wynagrodzenia i składek na ubezpieczenia społeczne. Problem w tym, że po np. dwóch miesiącach zatrudnienia z refundacją gmina musi potem dać pracę tej osobie na kolejne dwa miesiące. - Namawia się nas na ich zatrudnienie, tyle że oni są dla nas problemem jesienią i zimą. Wolimy aresztantów, którzy pracują za darmo, bo jeśli okaże się, że nie mają konkretnych umiejętności, to będą śnieg odgarniać i też będzie dobrze – zauważa wójt Piotr Lach. - Przy dwóch osobach na robotach jedną z nich musimy później na 3 miesiące zatrudnić, a druga pójdzie z powrotem w objęcia urzędu pracy – Piotr Wojtiuk podaje być może jeden z powodów, dla których nie ma zbyt wielu chętnych na roboty publiczne. Przez lata w gminach pojawiają się ci sami ludzie. I choć Ł. Greczyło twierdzi, że są osoby, które błagają o tę pracę, to sami samorządowcy widzą, że coś tu nie gra. - Chętnych do pracy mieliśmy bardzo dużo i wzięliśmy 15 osób – burmistrz Adam Pulit nie miał problemów z naborem, jednak krytykuje błędne koło pobudzania do aktywności. - My aktywizujemy ludzi, potem z nich rezygnujemy i oni ponownie trafiają do PUP. Potem jest kolejny program aktywizacyjny i ci ludzie znowu do nas trafiają. To jest absurd, że tak to musi działać – uważa włodarz Złotowa, który nosi się z zamiarem utworzenia spółdzielni socjalnej. Dzięki niej rotacja bezrobotnych mogłaby być mniejsza.
A ja dziękuję
Problemów z robotami publicznymi nie ma obecnie wójt gminy Zakrzewo. Henryk Dobrosielski nie chce bezrobotnych z kilku powodów: efektywność (musi zatrudnić po zakończeniu programu) i brak pieniędzy w budżecie na ten cel oraz casting (nie może wybrać ludzi, na których pracy się poznał). - Jeżeli ja potrzebuję ludzi do układania polbruku, a ktoś mi pcha na siłę kogoś, kto staje przy stanowisku pracy i mówi: ja o tym nie mam pojęcia, to coś mi tu nie pasuje – irytuje się H. Dobrosielski. Jego zdaniem lepiej jest wziąć pracownika z ogłoszenia, który wykona pracę tak, jak wójt sobie zażyczy. Bez pilnowania i nerwów.
Mimo to z danych PUP Złotów wynika, że na 2015 rok złożył on zapotrzebowanie na 2 osoby. Gmina Jastrowie na 10, Krajenka na 5, Złotów na 12, gmina Złotów na 3, Tarnówka na 6, Okonek na 13, Lipka na 13. Nie wszyscy dostali bądź dostaną tylu pracowników, o ilu prosili.
- Dostałem siedem osób, a wziąłbym nawet piętnaście – zapewnia P. Kurdzieko. Chwali się przy tym, że spośród „publicznych” zatrudnił na stałe jedną osobę. Podobnie zrobili włodarze Złotowa i gminy Złotów.
W sumie w 2014 roku po robotach publicznych gminy zatrudniły 9 z 65 osób. Średnio na trzy miesiące. Reszta od razu po zakończeniu programu wróciła w objęcia „pośredniaka”.
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze