Reklama

Św. pamięci Henryk Cherek - ikona złotowskiego handlu. Takiej historii jeszcze nie czytałeś

25/08/2016 15:00
Zmarł w poniedziałek 22 sierpnia 2016 roku. Dziś odbył się jego pogrzeb. Przypominamy historię opisaną na portalu pół roku temu. Dzieciom sprzedawał smaki Ameryki. Dorosłym szklane marzenia. Jeśli czegoś nie było u Cherka, nie było tego nigdzie. - Żeby pan widział, co ludzie wydmuchiwali? - mówi Alina Cherek

Pan zobaczy, jaka ja byłam laska...

- Alina Cherek pokazuje się na zdjęciu. W ciemnych, gładko spiętych włosach, ze szczerym uśmiechem musiała robić wrażenie. Po swoje fotografie sięga też pan Henryk. Po godzinie rozmowy już nie mówi, że nie chce opowiadać o sobie.

Żadnego wywiadu nie będzie

- zapierał się długo.

Ojej, ja siebie takiego nie widziałem. Marynarka w kratę?

- najsłynniejszy złotowski sprzedawca dziwi się sam sobie.

Zobacz, jakie brodzisko żeś miał

– żona śmieje się z męża. Ich czarny kundel biega po pokoju jakby dziwił się temu ożywieniu.

Reklama

Urodę to już żeśmy potracili...

- stwierdza pani Ala, przekładając zapisane na kliszy obrazy.

Mnie to się podoba jedna reklama w telewizji: facet mówi, że on by chciał być bogaty, bo młody i piękny to już był. A bogaty to nie był

– państwo Cherek mieli jedno i drugie. Właśnie o tym opowiedzieli.

Patrz, ten ogórek wszystko z nas wyciągnął

– zauważa ze śmiechem pani Ala i macha ręką:

Jak idziemy po mieście, to Heniek tylko musi dzień dobry odpowiadać. Jego ludzie bardzo lubią.

Do kamienicy przy placu Paderewskiego rodzina Cherków wprowadziła się w 1977 roku

Reklama

Ludzie cuda wydmuchiwali

Teściowa, przywiozłem ci piękną rybę

– w latach 70-tych Henryk Cherek przymila się mieszkance Batorowa.

A na coś ty mi Heniek to przywiózł, ja nie mam lodówki

– pani Alina anegdotą reaguje na pytanie o to, ile dmuchanych ryb sprzedawali z mężem w sklepie przy placu Paderewskiego. A szkło dmuchane szło tysiącami. Ryby kolorowe, każda inna.

To talent ludzki był. Żeby pan widział, co ludzie wydmuchiwali...

- gospodyni znosi do pokoju ostatki ze sklepu.

Nawet w Kiepskich takie rybki mieli

– dorzuca pan Heniu, choć co i rusz zasłania się niepamięcią.

Reklama

Ale narodziny handlarza pamięta.

Był taki Błoński z Wałcza na dancingu. Jak się napiłem, zawsze mówiłem, że ten sklep na Chrobrego od niego kupię. „Co ty, przecież nie masz pieniędzy”. W końcu pokazałem mu pieniądze i kupiłem. Najpierw mi powiedział, ile można zarobić i na czym, bo ja nie miałem pojęcia. Zaczęło się od pocztówek dźwiękowych. Powiedział mi, ile mam na sztuce. Pasowało

– złotowianin wspomina połowę lat 70-tych. Sklep był mały, nieciekawy, ale z doskonałą lokalizacją. Otwarty był od 9 do 17. 

Reklama

Ale przychodziłem już o 7 rano, bo nie mogłem się doczekać

– pani Ala mówi, że mąż zawsze był zorgowny.

Głośniki wystawiałem na ulicę, zegarmistrz się wkurzał, a ja muzykę puszczałem i ludzie się schodzili. Tam był rynek i ludzie musieli koło mnie przejść. Przez te dwie godziny sprzedałem tyle co za cały dzień

– dryg do handlu H. Cherek miał odziedziczyć po matce, wieloletniej pracownicy MHD przy Wojska Polskiego. U Cherka było wszystko oprócz spożywki. Najwięcej szło damskiej głupoty.

No klipsów, kolczyków, bransoletek

Reklama

– pan Heniu wyjaśnia określenie żony. A ona zachwyca się  dawnym rzemiosłem.

Takich lampek z korzeni sprzedawaliśmy tysiące

– pani Ala chwyta za splątaną pamiątkę.

A takie rzeczy, co, brzydkie? Mi jest tego najbardziej żal

– kobieta znosi kolejne dzieła polskich rzemieślników.

A po to jeździłem do Wałcza

– złotowianin pokazuje na glinianego krasnala wielkości butelki po oranżadzie.

Jak z pieca wyjmowali, to jeden drugiemu zabierał. Ja to ciepłe brałem. Połówkę postawiłem i gorące do samochodu zanosiłem. Dwa dni i towaru nie było, taki popyt był

Reklama

– złotowianin dopina czerwoną koszulę jakby sprawdzał, czy wygląda na poważnego biznesmena. Bo od połowy lat 70-tych drugiego takiego w Złotowie nie było.

A tutaj był tylko Boguszewski i Łatko Bolek, i Łatko Janek. Więcej sklepów nie było

– Ala Cherek przyznaje, że sukces musiał nadejść. Szał na Cherka zaczął się w latach 80-tych. Choć Henia znano już wcześniej.

Dziękujemy za młodość

Heniek to się sam wychowywał na ulicy. Biedny był

– pierwsze lata życia mężczyzna słabo pamięta – polega na słowie żony. - Wie, że urodził się w 1942 roku w Rytlu na Kaszubach.

Reklama

Wtedy w domu się rodziło

– wtrąca pani Ala.

A nie w bunkrze?

- dziwi się brodaty staruszek. Heniu był półsierotą – jego ojciec zginął w niemieckim wojsku. Za to talentu muzycznego miał za dwóch.

Z pożaru sklepu H. Cherek nie ratował nawet pieniędzy. Ale akordeon od mamy ocalić musiał

Jako mały dzieciak grał na różnych popisach. Do tej pory gra na przeglądach akordeonistów jako wirtuoz. Widzi pan, jakie on trofea tu pozbierał? 

gospodyni pokazuje nagrody zebrane za szybą meblościanki na wysoki połysk.

Reklama

Heniek do ogniska muzycznego chodził z wielkim muzykiem, jak mu tam: Tatarski – chodzi o prof. Andrzeja Tatarskiego, honorowego obywatela Złotowa. - Jak miał 18 lat zaczął grać na weselach i poczuł pieniądze. Tworzył sobie zespoły i grał zarobkowo

– pani Ala z dumą patrzy na ślubnego.

A skąd ty to wszystko wiesz?

- dziwi się nasz bohater, odpalając kolejnego papierosa. Na co dzień pali trzy rodzaje cygaretów.

A z opowieści

– odpowiada zaczepnie żona. Może za to pan Henryk ją pokochał? Zobaczył ją na początku lat 70-tych „Pod jeleniem”. Była stażystką.

Reklama

Grał na dancingach i się mną zachwycił

– mówi. H. Cherek wystawia zęby nad brodę. Gdy się tak śmieje, żona rzuca: on to niezły wygibus był w młodości.

Ja nie piję od Basi ślubu. To już będą cztery lata. Ani kielicha. I nie ciągnie mnie. A wcześniej do połówki nie siadałem... w sobotę zabawa, w niedzielę potańcówka. W Złotowie w latach 60-tych było gdzie pić. - Z tych co grali wszyscy pili. Na dancingu po każdej trójce prosili nas na jednego. Od stolika do stolika i na koniec było ciężko – zespół pana Henia nazywał się Avia. - To Waldek Hernes tak wymyślił, tak mi się wydaje

Reklama

– pani Ala załamuje ręce nad dziurami w pamięci męża. A on z uśmiechem opowiada:

Na dancingach nie było żadnej interwencji. Super było. Był jeden policjant duży – Górczyński i jeden mały – Wolski. Jak szatniarz przedzwonił, że ktoś coś tego, to wystarczyło, że duży stanął w drzwiach i zaraz był spokój

– śmieje się między dymkami. Wspomina, że ze dwudziestu ludzi z nim grało. Między innymi bracia Split. On był kierownikiem i brał najwięcej – 1200 złotych.

Zarabiał, a że był chytry, to składał na książeczkę. On całe życie był chytrus, nawet teraz

– pan Henryk śmieje się ze słów żony. Wie, że Ala tylko się drażni. W końcu Heniu kwiaty od kobiet dostawał, nie?

Zorganizowali pierwszy przegląd akordeonistów na placu koło nas. On zagrał te swoje dancingowe kawałki. To na koniec wstała kobieta, podeszła do mikrofonu i podziękowała mu za młodość, co on im umilał tym graniem. Kwiatów przyniosła taki bukiet...

Ludzie, czego chcecie?

I dziś kobiety mogłyby rzucać mu się na szyję. Za kolorowe obrazki, pierścionki ze szkiełkiem w oprawie i gumy donaldówy.

Nikt ich tutaj nie miał. Pamiętam, że kuzyna tata był marynarzem i przywoził mu gumy, a on miał w szufladzie cały plik obrazków. Jak ja marzyłam, żeby mi je dał..

– opowiada pani Kasia, rocznik 1975. W Złotowie to Cherek spełniał dziecięce marzenia. - Gumy brałem z wybrzeża – opowiada.

To chyba jakiś przemyt był

– wtrąca żona.

Ale rachunki na to były

– zapewnia emerytowany sklepikarz. Podobnie jak na kryształy z Gorlic, porcelanę z Chodzieży i pocztówki dźwiękowe z Warszawy. I tu niespodzianka. Pani Ala wraca z piwnicy z naręczem płyt wielkości talerzyka śniadaniowego.

- Zobacz, Heniek, zostawiłam ci.
- Co to jest?
- Płyty twoje pocztówkowe.
- Gdzie znalazłaś?
- Przechowałam ci. Zobacz, jakie są po ogniu. Widzi pan, tysiące tego szło. Tytuły były tutaj wyryte

– pani Ala podaje przypalone na brzegach papierowe opakowania. Wytłoczone litery są ledwo dostrzegalne: Killer Joe, Little Jimmy Osmond i inni.

Specjalnie kupiłem samochód, żeby po towar jeździć. Miał 200-300 km przejechane, od Szaguna pszczelarza go kupiłem

– zdjęcie tego cacka w kolorze bahama pan Henryk ma w swoim albumie. Z żoną stoją przy aucie zaparkowanym przed nowym sklepem na placu Paderewskiego. Narożny lokal w kamienicy kupili w 1977 roku.

Duży fiat w kolorze bahama robił za auto dostawcze. To nim H. Cherek przywoził gumy donaldówy

Na Chrobrego właściciel widział, że nam interes idzie, to co trzy miesiące nam czynsz podwyższał. Dlatego kupiliśmy ten dom. Cepnik nas na to namówił

– państwo Cherek wspominają pracowników skarbówki, którzy ich kontrolowali: Jarząbka i Markota.

Kupiliśmy to od Buczla. On miał rekompensatę za dwa domy zostawione na Wschodzie. Miał z 80 lat i pięcioro dzieci, ale został tu sam

– to pan Henryk pamięta doskonale.

Myśmy to kupili na sklep, a on tu miał zakład zegarmistrzowski. Nie chciał nam klucza dać, taki był przywiązany do swojego zakładu

– dodaje złotowianka. Pan Buczel zamieszkał z rodziną w Słupsku, ale co roku przyjeżdżał na trochę do Złotowa.

Zawsze za ladą siedział, przy kasie. To dawałem mu takie breloczki z nagimi dziewczynami, po dziesięć pakowane. Dałem mu z dwie, trzy wiązanki i siedział

– 74-latek z siwą brodą uśmiecha się wymownie.

Tak, ale patrzył też na kasę. I mówił: czemu ja w tym zegarmistrzostwie siedziałem? Mogłem sklep mieć”

- zaznacza pani Ala.

To był szczyt popularności Cherka. Ludzie wykupywali wszystko, co miał na stanie. A pozycji było grubo ponad sto.

To nie było jak teraz, że sklepikarze czekają na klientów. Wszyscy mieli pieniądze. Niech mi pan wierzy, jak ludzie żyli. A teraz jak ktoś ma, to by go zabili. Nie wolno mieć pieniędzy, trzeba się kryć

– Ala Cherek, po kolejnej eskapadzie po pamiątki, tym razem pokazuje glinianego jelenia i opada ciężko w głęboki fotel.

Kiedyś otwieram sklep, a Heniek przywiózł cały samochód tych figurek. Klienci się pchają. Ludzie, co wy tu chcecie?! „Co pani ma, wszystko będziemy brać”. Każdy miał pieniądze, a nie miał co kupić

– stwierdza wieloletnia ekspedientka.

Ala, powiedz, jak to jest w zaświatach

Dobrą passę Cherków przerywa słabość pruskiego muru.

Ta kamienica ma ze dwieście lat

– mówi pani Ala na wspomnienie roku 1983. Na dworze były zaspy po okna i -24ºC.

Tutaj były piece kaflowe. Ten komin to był nieprzystosowany do centralnego ogrzewania. I właśnie około 20 lutego 1983 roku, dokładnie pamiętam, ładowałam w ten piec, a tu jest pruski mur i się belki przy kominie zajęły

– pani Ala wciąż mówi z przejęciem, więc trudno orzec, czy to wspomnienie porusza ją bardziej.

A w sklepie mieliśmy wszystko wybite wiórowymi płytami, żeby było ładnie i polakierowane było kilka razy. Wszystko się nam spaliło w sklepie, a tutaj wszystko było zakopcone

– pokazuje mieszkanie na piętrze.

Ona miała śmierć kliniczną. Może panu powiedzieć, jak na drugim świecie jest. Poważnie

– pan Henryk przewraca żywo oczami, ale żona go ignoruje.

Miałam obok kuchni dwie butle z gazem. Widziałam, że ogień tam idzie. Pomyślałam, że je wyrzucę, bo jak wybuchną, to wszystkie kamienice obok rozwali. Weszłam w ten dym, wyniosłam jedną butlę na zewnątrz i szłam z powrotem, ale nie doszłam. Straciłam przytomność

– druga butla nie wybuchła, ale tego pani Ala już nie widziała. Z piwnicy wyciągnął ją milicjant Pieścikowski. Tymczasem pozostali domownicy ratowali, co się dało: dziesięcioletni Rafał trzyletnią siostrę, a ich ojciec instrument.

Matka była kierowniczką sklepu, a że na Targach Poznańskich na zakończenie kierownicy mieli pierwszeństwo kupna tego, co zostało, to kupiła mi ten akordeon. Kosztował 27.500 zł, droższego nie było

– pan Henryk przynosi z pokoiku obok 65-letni instrument z pożółkłymi klawiszami. Nic mu się nie stało. Gorzej było z synem.

On był na tyle mądry, że otworzył na dole okno i psa wyprowadził, i Baśkę na dwór wystawił

– ludzie odebrali i sam wyskoczył. Ale na boso wszystko - twarz kobiety zdradza ból serca.

On od tego czasu źle się uczył, nie zdał... Chodziłam z nim do psychiatrów, nikt mu nie pomógł. On jakiegoś szoku dostał czy coś. Nawet jak to zostało odbudowane, on w nocy nie spał, bo to ciągle mu się śniło

– to była największa strata Cherków. Nikt nie myślał o 300 tys. zł spalonego towaru i straconych oszczędnościach.

Przedtem normalny był, chodził do szkoły i grał bardzo dobrze. Lepiej ode mnie

– pan Henryk pokładał w synu wielkie nadzieje. Niestety…

Kupujta co chceta

Po miesiącu od pożaru Cherkowie wrócili do handlu. Sklep wyremontował im świetny fachowiec - Alojzy Dywan z synem Markiem.

Jak otworzyliśmy sklep przed Wielkanocą, to ludzie walili drzwiami i oknami. Nie dawaliśmy rady

– wspominają właściciele lokalu przy placu Paderewskiego. Wtedy w asortymencie mieli już ubrania i buty. Garsonki i sukienki przywoziła im kobieta z Trzcianki.

Kobiety się przebierały w te garsonki, jak on je zachwalał

– kobieta pokazuje na męża.

Że wyglądają jak gwiazdy filmowe. No taki był bajerant... Nie ma tu już takich sprzedawców

– A. Cherek przyznaje, że czasem towar wręcz sam się sprzedawał. Trzeba było tylko lekkiej zachęty.

Jak trzynastki w pegeerach dostawali albo po wykopkach przyjeżdżali, ojciec przyprowadzał dzieci i mówił: kupujta co chceta. No to Heniek zaraz: dla ciebie to, a dla ciebie to... Jak on umiał sprzedawać, Boże! A krawaty? Facet przyszedł po krawat, to kupił pięć, tak on umiał sprzedawać

– każdy mąż chciałby, aby druga połówka go tak zachwalała.

A teraz już kapeć do niczego

– siwobrody staruszek szuka zaprzeczenia w oczach żony.

Znajduje wspomnienie zegarków i kalkulatorów. I je Cherkowie mieli jako pierwsi w mieście.

Stałam przed witryną i ryczałam, że muszę mieć ten biały kalkulator

– wspomina pani Asia. A pani Ala przyznaje, że choć elektroniczne liczydła szły jak ciepłe bułeczki, to ona im nie ufała.

Nie wierzyłam, że takie coś może dobrze policzyć. Ja wciąż liczyłam na liczydle. Do tej pory umiem

– mówi emerytka.

Kronika Cherka

Przywiązanie do dawnych technologii zdradza także Henryk Cherek. Gdy przestaje mówić, że żadnego wywiadu nie będzie, coraz szerzej odchyla swój pancerz. Ze schowka wyjmuje Phillipsa. Co najmniej 30-letnia kamera nie ma ani jednej rysy.

Pojechałem po nią specjalnie do Pewexu w Pile. Kosztowała majątek. Gdybym pokazał panu moje wszystkie kasety, to by pan tego w rok nie obejrzał

- okazuje się, że pan Heniu był wieloletnim kronikarzem placu Paderewskiego.

Wszystko mam ponagrywane. Jak ten blok budowali, ten cały postój taksówek, wszystkich pijaczków. Ja wszystko z okna filmowałem. Jak Bąbel kiosk budował, każdy drobiazg z życia placu...

- H. Cherek przeprasza na chwilę, a za kamerę chwyta jego żona.

On bardzo szanował swoje rzeczy. Nie dał dotknąć. Jak szłam śluby koleżankom nagrywać, to tyle nakazów dostałam... Jego prosili, ale Heniek to jakiś lewicowy. Jak zobaczył księdza, to się trząsł

– dobrze, że nie widzi, jak pod dotykiem pani Ali rozpada się gąbka osłaniająca mikrofon. Niczym okruchy jego pamięci.

Polska cwaniakami stoi

Gdy dochodzimy do lat 90-tych pani Ala może wreszcie na cały etat ponarzekać na transformację.

Jak ten przewrót nastąpił, to wszystkich nas zniszczyli. Pamiętam jak przyszedł Gałązka, taki rzemieślnik, to mówił, że na leki nie ma. Wszystko stanęło od razu, a on takie płoty robił, różne rzeczy

– kobiecie żal polskiego rzemiosła. Dziś wszystko jest chińskie.

U nas też coraz mniej szło. Kto chciał, handlował wszystkim. Tu przed drzwiami szmaty rozkładali, łóżka polowe przed wystawą

– pan Henryk drapie się po białej brodzie i podpala papierosa. Nie był tak zły na konkurentów w postaci Hübnera czy Koronkiewiczów, którzy podglądali wcześniej jego towar i ceny, jak na ten wolnorynkowy handel. Bo wraz z nim wzrosła ilość cwaniaków.

Narobili towaru, nie mogli tego opchnąć, to przychodzili do sklepu. Jeden miał naganiaczy takich, co się zachwycali, że takie coś będzie i chcą to kupić. Dwóch, trzech stało z tyłu: oj, panie Cherek, ja takie coś chcę, takie coś szukam. Heniek jak zobaczył, że są od razu klienci, nabrał tego masę, a to była chała

– tym razem pani Ala przynosi papierowe okulary z kolorowymi foliami w miejscu szkiełek. Że niby 3d. Innym razem złotowscy sklepikarze nabrali się na alkomaty, a kiedy indziej na proporczyki ze Złotowa (sprzedali je po latach).

Czasy się zmieniły, młodzi poszli do przodu, a my nie umieliśmy się już odnaleźć

– przyznają.

Handel zakończyli w 2000 roku.

Nie mogłam uzbierać na ZUS. Poszłam do urzędu, dziewczyny policzyły mi lata pracy i powiedziały: niech pani się zwija

– dziś Alina i Henryk Cherek żyją skromnie. On ma 800 zł emerytury, ona 1300. Dodatkowe pieniądze mają z wynajmu lokalu pod restaurację. Sklep na parterze prowadzi ich córka.

Ale ja to nagadałam się... Wstyd

– kończy rozmowę pani Ala.

No bo ty byle co klepiesz

– strofuje ją pan Henryk i pokazuje kolejne zdjęcia ze swojej młodości. Z długą gęstą brodą, stoi za ladą i zachwala swój towar. I takim zapamiętali go złotowianie. Zmarł w poniedziałek 22 sierpnia 2016 roku. Dziś odbył się jego pogrzeb.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    pask - niezalogowany 2016-08-26 09:40:50

    a ty żydzie pewnie nie dorobiłeś się i krew cię zalewa.Od gimbusów mnie nie wyzywaj bo gimbus to Autobus dla dzieci a ty używasz słow ,których nie znasz ich znaczenia.Nawet języka polskiego nie znasz więc spieprzaj.....

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Bingo - niezalogowany 2016-08-25 21:59:40

    Fajna historia, ten czlowiek zostanie w pamięci wielu złotowian

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    do pask - niezalogowany 2016-08-25 21:30:57

    Większość Zydów klepała biedę, fortuny dorobiali się wyjątki. Ale skąd taki gimbus jak ty może o tym wiedzieć.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości