Reklama

Chłopaki - słodziaki. Na miodzie i pszczołach znają się jak nikt inny

22/02/2015 00:00
Wiedzą, jak osłodzić ludziom życie. Co ważne, potrafią to zrobić w zdrowy dla organizmu sposób. - Pszczelarstwo to nie tylko hobby. Dla wielu, w tym dla mnie, to sens życia - mówi Mirosław Wróblewski, nowy prezes koła krajeńsko-tarnóweckich pszczelarzy

Odymiarka zamiast krawata

Mirosław Wróblewski, który od 11 stycznia przewodniczy kołu pszczelarskiemu, pracuje jako przedstawiciel handlowy. Codziennie, nim wsiądzie do służbowego samochodu i ruszy w trasę, zakłada starannie dobraną koszulę. Często bywa, że do tego kompletu dochodzi jeszcze krawat i marynarka. Musi przecież dobrze prezentować się podczas biznesowych spotkań. Co rano sprawdza też stan baterii w telefonie, który nie milknie w tym zawodzie praktycznie przez cały dzień. Do domu wraca kilka-kilkanaście godzin później, po pokonaniu kilkuset kilometrów. Ten scenariusz powtarza się przez pięć dni w tygodniu, jednak gdy przychodzi pierwszy cieplejszy, pachnący wiosną weekend... Wówczas wizytowe ubrania zostają w szafie, garderobę stanowią natomiast pszczelarska bluza i spodnie. Do kompletu dochodzi jeszcze specjalny kapelusz z siatką i ochronne rękawice. Mirosław Wróblewski wychodzi wtedy za swój dom w Augustowie, by zająć się dwudziestoma pięcioma ulami i kilkunastoma tysiącami pszczół, które posiada. - To forma odreagowania po tygodniu ciężkiej pracy, w której wszędzie trzeba być na czas, załatwić mnóstwo ważnych spraw. Praca przy pszczołach też lekka nie jest, bo wiąże się z wysiłkiem fizycznym, ale to pozwala się zrelaksować. Pszczelarstwo to nie tylko hobby. Dla wielu, w tym dla mnie, to sens życia – mówi. Tę pasję niemal ćwierć wieku temu zaszczepił w nim ojciec Antoni, dla którego ta forma spędzania czasu wolnego też była czymś więcej. - To specyfika tego hobby, że przechodzi ono na kolejne pokolenia. Tak działo się niemal wśród wszystkich członków naszego koła. Moi synowie, Dawid i Szymon, choć mają zaledwie po kilka lat, podobnie jak ja przy moim tacie też już przyuczają się, co i kiedy należy przy pszczołach robić. Mają swoje stroje, kapelusze i już nie mogą się doczekać, kiedy znów rozpocznie się sezon – mówi M. Wróblewski.

Rok przy ulach

Sezon dla pszczelarzy zaczyna się na przełomie marca, kwietnia i trwa do końca września, początków października. Zima nie jest jednak okresem uśpienia. - To czas, kiedy się przygotowujemy. Można to porównać do rolników, którzy szykują się do żniw. Muszą mieć sprawny kombajn, ciągniki. U nas gotowe muszą być ramki, na których chodzą pszczoły. Posprzątane, przygotowane na zbiory pomieszczenia gospodarcze, które, zgodnie z unijnymi dyrektywami, powinny być łatwe w czyszczeniu i możliwie sterylne. Działać muszą wszystkie urządzenia, przede wszystkim miodarki, w których odwirowuje się ramki, na których pszczoły zebrały miód. Jest to też dobry czas, by budować nowe ule – mówi Mirosław Wróblewski. Gdy temperatura powietrza zaczyna dochodzić do 10-12 stopni Celsjusza na plusie pszczoły, które zimę przetrwały zgrupowane wokół matki (podkarmione przez właściciela jesienią), budzą się do życia. – Pierwsze, co robi się po zimie, to przegląd i sprzątanie wnętrza ula. Później to już właściwie niemal codzienne zaglądanie, czy w ulach wszystko działa jak należy, czy nie rozwijają się jakieś choroby, które mogłyby wpłynąć na rozwój kolonii. Pszczoły też są bowiem objęte opieką weterynaryjną – mówi nowy szef koła pszczelarskiego, rodem z Augustowa. W sezonie życie pszczoły robotnicy zamyka się w maksymalnie czterdziestu dniach. One wykonują najcięższą pracę, nosząc z terenu kilku kilometrów od ula nektar kwiatowy i spadź, z których powstaje miód. Nieco lżej mają trutnie, które przebywają głównie w ulu i które odpowiadają za zapładnianie matki - dzięki niej kolonia ciągle się odbudowuje. Ciężka praca dotyczy też pszczelarza, który, jeśli chce otrzymać różne gatunki miodów, musi się ze swoimi pszczołami trochę najeździć po okolicy, by znaleźć tzw. pożytki. - Tereny mamy między sobą wzajemnie ustalone. Nikt nikomu z pasieką w paradę nie wchodzi. Jeśli chce się zrobić miód wrzosowy, pszczoły powinny być blisko lasu. Rzepakowy i gryczany - ule stawiamy blisko tych upraw. Żeby pozyskać miód wielokwiatowy powinny mieć dobry dostęp np. do sadów – wyjaśnia M. Wróblewski. Wybieranie miodu rozpoczyna odymienie pszczół dymem z próchna lipowego albo specjalnego brykietu. Sprawia to, że są mniej agresywne, choć lepiej nie podchodzić do nich wówczas bez ochronnego ubrania, zwłaszcza jeśli ktoś ma uczulenie na jad. Ramki, po zdrapaniu zabezpieczającego pszczelego wosku, trafiają do miodarki, najczęściej ręcznie nakręcanej (choć są też już urządzenia wyposażone w silniki elektryczne). Ruch obrotowy sprawia, że z wirówki zaczyna wypływać gęsta, złocista i pełna zdrowotnych walorów ciecz. W dobrym roku okoliczny pszczelarz jest w stanie z jednego ula wyprodukować 15 kg miodu.

Nierówna walka

Jednak życie pszczelarzy nie tylko miodem płynie. - Problem stanowią wahania pogody. Zdarza się bowiem, że w czasie, gdy pszczoły śpią zimową porą, z dnia na dzień robi się ciepło. Pszczoły w ulu się nie utrzyma. Jeśli nagle przyjdzie przymrozek, doznają paraliżu i giną – mówi M. Wróblewski. Poważne zagrożenie płynie też ze strony nieodpowiedzialnych rolników. - Gdy zaczynałem przygodę z pszczelarstwem symbioza pomiędzy nami a nimi była większa. Może dlatego, że produkcja roślinna nie była tak nastawiona na plon i zysk za wszelką cenę. Teraz gdzie tylko możemy staramy się zwracać rolnikom uwagę na to, by opryski stosowali albo wczesnym rankiem, albo wieczorem, by nie truć nam pszczół. Nie tak dawno temu w Bartoszkowie w taki sposób została zdziesiątkowana pasieka składająca się z 26 uli, a to już poważne straty finansowe. Niestety trudno udowodnić, że pszczoła zginęła od oprysku – mówi Mirosław Wróblewski.

My się nie damy!

Takie incydenty (choć coraz częstsze) na szczęście nie odstraszają miejscowych pszczelarzy od ich hobby. Wręcz przeciwnie, ci chcą się rozwijać. Obecnie w kole (działającym od 2 sierpnia 1976 roku), które zrzesza wielbicieli pszczół i miodu z terenów gminy Krajenka i Tarnówka jest dwadzieścia osób. Członkowie łącznie posiadają 540 uli rozlokowanych na terenach obu gmin. - Plany na najbliższe lata są takie, by odmłodzić i powiększyć nasze zastępy. Chcemy zachęcać młodych ludzi do zakładania pasiek, chętnie im przy tym pomożemy. Jest to w dzisiejszych czasach o tyle łatwiejsze, że większość potrzebnego sprzętu można kupić od ręki, chociażby przez internet. Nie kosztuje to też fortuny, a na tworzenie pasieki można zyskać dofinansowanie. Walory zdrowotne wynikające z przebywania na świeżym powietrzu i spożywania miodu są już natomiast bezcenne. Mojej rodziny ani rodzin nas, pszczelarzy, nie trzeba o tym przekonywać – stwierdza Mirosław Wróblewski.

Sz. Chwaliszewski

[[reklama]]
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości