Warsztat samochodowy w Smolnicy. Z zewnątrz niepozorny, choć liczba stojących na podwórzu aut wskazuje, że pracy tutaj nie brakuje. Na tej nieruchomości rządzą Krzysztof Michoński i Jacek Mrozik. Z zawodu mechanicy, z pasji... Niespełnieni kierowcy rajdowi? Śmieją się głośno na takie pytanie, rajdowych ambicji nie zdradzają, ale przyznają, że jakaś żyłka ciągnąca do ścigania w nich jest. To oni wpadli na pomysł zorganizowania w Lipce wyścigów złomków. Widowiskowa impreza odbyła się przed kilkoma tygodniami.
Skąd pomysł? – To jest doświadczenie iluś naszych startów w innych podobnych imprezach – mówi Michoński. – Zaczęło się od wyjazdów do Kościerzyny, gdzie odbywa się największa tego typu impreza w regionie. Kolega pokazał nam na youtube jak to wygląda i nas zachęciło – uzupełnia Mrozik. To on właśnie kilka tygodni temu stanął podczas lipkowskich zawodów w płomieniach. Na wspomnienie tego wydarzenia tylko się uśmiecha. Wiedział, że pojawił się ogień, ale się nie zatrzymał. Sądził, że to jakiś drobiazg i że samo się ugasi. – Dopiero, gdy widziałem strażaków, jak podbiegają, wiedziałem, że trzeba przystopować – opowiada, gasząc umorusaną ręką papierosa. Nie wystraszył się? – Samochód tak szybko nie wybuchnie – mówi z przekonaniem. – Eksplozje to tylko w filmach – śmieje się Michoński. Widząc auto kolegi w otoczeniu ognia też się nie wystraszył. Choć przyznają, że do tej pory płomienie zobaczyli na takich zawodach pierwszy raz. – Jak pianą już gasili, to myślałem, że koniec, że mam po ściganiu – przyznaje. A przecież wygrał. Co się właściwie stało? – Wąż od wspomagania dotknął kolektora wydechowego. Szybka naprawa i pojechałem dalej.
Dodajmy, że bez wspomagania.
Gdy przed trzema laty ścigali się pierwszy raz w Kościerznie, na zmianę jeździli jednym autem. Już przy debiucie poszło im dobrze, bo zajęli drugie miejsce. Od dłuższego czasu nosili się z zamiarem przeniesienia takiej zabawy do Lipki. – Brakowało nam osoby, która zajęłaby się papierkami – przyznaje Krzysztof Michoński. Znają Aldonę Ziach ze stowarzyszenia „Nad Głomią” w Głomsku. Ona i kierowana przez nią organizacja wzięła mechaników pod swoje skrzydła i wspólnymi siłami zrobili w Lipce kilkugodzinną, bardzo udaną imprezę.
Trochę bali się o bezpieczeństwo. Ale jeszcze bardziej o to, że nie będzie odpowiedniej liczby uczestników. Dwudziestu zawodników było minimalną liczbą, żeby impreza się zbilansowała, żeby nie trzeba było do niej dopłacać. Tyle właśnie załóg wystartowało w wyścigach. Miejsca na przygotowanie toru nie było niby za wiele, ale ta właśnie ciasnota okazała się atutem. Stosunkowo krótkie okrążenie, pełne zakrętów, na których było najwięcej emocjonującej walki. Stąd tak wiele pracy mieli strażacy, którym za całodzienne zaangażowanie Michoński i Mrozik są bardzo wdzięczni. Duet mechaników chce powtórzyć wyścigi. Może nawet zrobić z nich cykliczne wydarzenie. Po cichu myślą jednak o zmianie trasy. Ma być jeszcze bardziej widowiskowo. Czy już od najbliższej edycji? – Chyba nie. Raczej od ewentualnej trzeciej – zapowiadają. Przyznają, że po tylu ciepłych ocenach odnośnie pierwszej imprezy, dostali pozytywnego kopa.
Tym bardziej, że pierwsze zawody pokazały, że jest je dla kogo robić. Z samej tylko Lipki zgłosiło się kilku uczestników. – To zabawa dla każdego. Trochę żyłki, odpowiednie auto i można się ścigać – Mrozik mówi o niewielkich wymogach tej samochodowej rozrywki. – Kilkaset złotych na jakieś stare auto i na kilka wyścigów powinien wystarczyć. Najważniejsze, żeby dodatkową konstrukcją wzmocnić silnik, bo musi jak najdłużej wytrzymać – dodaje Michoński, podkreślając, że najczęściej podczas wyścigów padają sprzęgła i przeguby. – Co by nie powiedzieć, to na pewno najtańsza zabawa w sportach motorowych, które są przecież bardzo drogie – podkreśla. Niebezpieczeństwo? – Jakieś zawsze jest, ale wcale nie takie, na jakie wygląda z zewnątrz – ocenia. – Wbrew pozorom to nie jest wcale jazda na złamanie karku. Jest w tym wszystkim jakaś kontrola. Ja w każdym razie wiem, na ile mogę sobie pozwolić – zapewnia Mrozik. Zgodnie twierdzą, że to przede wszystkim zabawa, a dopiero na drugim miejscu rywalizacja. Który z nich jest lepszy? Na to pytanie reagują milczeniem i uśmiechami.
– Zniszczeń samochodu nie widzimy, chyba że ewidentnych. Więcej dostrzegają kibice. Chyba, że kapcia się złapie, to się mocno czuje. Jak nas doganiają, to też wiadomo, że coś jest nie tak – Michoński opowiada o wrażeniach podczas wyścigu z wnętrza auta. – Tam jest taki hałas, że nic nie wiadomo. Człowiek jest skupiony tylko na jeździe – dodaje jego kolega. – Tłumiki ściągamy właśnie po to, żeby słyszeć w ogóle samochód.
Żeby brać w tym udział, trochę na autach trzeba się znać. Stąd zapewne najczęściej w takich wyścigach uczestniczą mechanicy. To ich takie zawodowe hobby. Choć nie tylko mechaników. Dla przykładu, Kazimierz Bieluszko, który też ścigał się w Lipce, prowadzi przecież hurtownię. Także jeździ z sukcesami. W Lipce był trzeci, w Złotowie, na podobnej imprezie zorganizowanej tydzień później, zajął drugie miejsce. Przy czym to mechanik czerpie z tego podwójną frajdę. Dlaczego? – Chodzi o to, żeby poczuć samochody z drugiej strony. Nie tylko je naprawiać, ale czasami też zepsuć – argumentuje Krzysztof Michoński. Ponawiamy pytanie: który jest lepszy? Panowie ponownie się śmieją. – Może pociągniemy zapałkę? – pyta Krzysztof Michoński.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze