Skoro tak pan słyszał, to pewnie tak jest. Najlepiej mogłyby o tym powiedzieć osoby, które przychodzą na te zajęcia. Ja nie chcę tego oceniać, ale z tego co widzę, dzieci i młodzież z chęcią uczestniczą w naszych spotkaniach. Niektórzy to już dorośli, bo mają powyżej 18 lat, a mimo to chętnie tutaj przychodzą. Bywają też rodzice najmłodszych dzieci, bo niektóre z maluchów nie mają jeszcze trzech lat. Takie również przychodzą.
Faktycznie świetlica właściwie od lat intensywnie funkcjonuje, ale nie chcę porównywać tamtego okresu i obecnego. Tym bardziej, że wcześniej nie bywałam tutaj regularnie, sporadycznie zaglądałam. Powiedzmy, że teraz jest po prostu inaczej. Polega to przede wszystkim na tym, że udostępniłam dzieciom media, zabieram na zajęcia swój sprzęt. Dzięki temu możemy np. spędzać czas przy karaoke czy na tańcach zumby. W tenisa stołowego, podobnie jak mój brat, również potrafię grać, z czego niektóre dzieci bardzo chętnie korzystają. Jest tutaj jeden chłopiec, który ma do tego sporą smykałkę.
Reklama
Bardzo niezręcznie, przede wszystkim ze względów rodzinnych, ale formalnie sytuacja była wyjaśniona przez gminę. Musiało dojść do zmiany, bo zgodnie z przepisami opiekun świetlicy musiał mieć odpowiednie przygotowanie pedagogiczne. Brat go nie posiadał, ja tak. Od lat pracuję w oświacie jako nauczyciel. Aktualnie uczę w Starym Gronowie. To był jedyny powód zmiany. Zgodziłam się, choć absolutnie nie chciałam nikomu wchodzić w paradę, obojętnie, czy był to mój brat, czy byłaby to inna osoba. Tym bardziej, że ta świetlica to było w zasadzie pół życia Bogdana. Miałam i mam tego świadomość.
Wręcz przeciwnie. Choćby z tego względu, że zastępowałam osobę, która miała wyrobioną reputację i jest bardzo znana w naszym środowisku, nie tylko wśród dorosłych, ale też w gronie dzieci i młodzieży. Przyznaję, że trudno mi było przebić tę barierę. Mam nadzieję, że czas pokazał, że dałam radę.
Reklama

- Bardzo zależy mi na tym, żeby na świetlicy te dzieci znalazły to, czego czasami brakuje im w domach czy w szkole - mówi Dorota Wizner
Rzeczywiście, część środowiska jest trudna. Bywają konflikty, które trzeba załagodzić. To nie jest tak, że te zajęcia są jedynie kilkugodzinną przyjemnością. Czasami trzeba zobaczyć pewne problemy i na nie zareagować. Trzeba też współpracować z rodzicami tych młodych ludzi, którzy popadają między sobą w konfliktowe sytuacje. Te sytuacje bywają bardzo trudne. Na szczęście póki co daję sobie radę.
Reklama
Mam nadzieję, że tak, skoro reagują na moje uwagi czy podpowiedzi, dawane przecież zawsze w dobrej wierze. Ich zaufanie do mnie nie jest oczywiście tak duże, żeby dzieci czy młodzież mówiły o największych prywatnych bolączkach. Chociaż czasami widzę po niektórych osobach, że ewidentnie coś je męczy. Nieraz próbuję pytać, dotrzeć, żeby pomóc. Nie zawsze się udaje. Nie zawsze muszę też pytać, bo jak mieszka się w środowisku od lat, zna się jego problemy i można się domyślić, co jest przyczyną kłopotliwej sytuacji.
Na pewno w każdym miejscu pracy jest taki moment, gdzie pytamy siebie: co ja tutaj robię? Mnie takie sytuacje również dotknęły. Ale już wiem, po co jestem na tej świetlicy, co tam robię i czego oczekują ode mnie dzieci i młodzież. Mam poczucie, że to bardzo wartościowe zajęcie. To nie jest tak, że otworzy się świetlicę, coś się włączy i przesiedzi się te kilka godzin. Czasami są nawet we mnie pokusy przewegetowania tych godzin, ale tak się nie da. Podopieczni na to nie pozwolą. Nie wypoczywam na świetlicy. Zajęć jest sporo, bo odbywają się cztery razy w tygodniu, łącznie piętnaście godzin tygodniowo. Standardowo jest tam średnio ponad dwadzieścia osób.
Reklama
Dopóty, dopóki będzie potrzeba i dopóki będę miała siły. Bo potrzeba funkcjonowania świetlicy w naszym środowisku jest ogromna. Wyobraża pan sobie, co by było, gdyby nie było tego miejsca? Co można byłoby zrobić z 20 czy 30 dziećmi, z których niektóre przebywają tutaj do godziny 20.00? Nie wyobrażam sobie takiej gromadki biegającej beztrosko po wiosce. Oczywiście to funkcjonowanie świetlicy w takiej formie jest możliwe dzięki wsparciu większej grupy osób, od pani Ani Dróżdż z Gminnej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych i Narkomanii, po sołtys Karinę Małaszniak i członków rady sołeckiej.
To nie jedyne wspólne przedsięwzięcie, bo we wcześniejszych miesiącach przygotowywaliśmy inne uroczystości, m.in. na Dzień Matki. A prawda rzeczywiście jest taka, że, przynajmniej teoretycznie, dzieci czy młodzież trudniej tutaj do czegokolwiek zmobilizować, bo to nie jest przecież szkoła i nie ma żadnego przymusu. Udaje nam się jednak i oby tak dalej.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze