Choć w miniony piątek był 1 kwietnia, a więc prima aprilis, uznawany na całym świecie za dzień robienia sobie kawałów, ta informacja jest prawdziwa. Zawiera jednak mnóstwo nieprawdopodobnych wręcz wiadomości. Oto bowiem 3 marca z jednego z warszawskich urzędów pocztowych został wysłany zwykły (nie priorytetowy, nie polecony) list adresowany do burmistrza Łobżenicy, sygnowany datą 1 marca. Na kopercie próżno szukać nadawcy. Ten pojawia się w nagłówku korespondencji: „Agencja Firm Inwestycyjnych Warszawa”. Poszukiwanie takiej jednostki na stronach internetowych za pomocą najpopularniejszej wyszukiwarki nie przynosi efektu. Idźmy jednak dalej, bo treść niesie w sobie nieprawdopodobne wręcz rzeczy.
„Informujemy, że w roku 2016 zostały zaplanowane środki finansowe w wysokości 147 mln PLN na budowę infrastruktury komunalnej i zakładu pracy (I etap) na terenie gminy Łobżenica. Inwestorem jest konsorcjum z Chin, którego reprezentujemy. Pracownicy urzędu w roku 2014/2015 współpracując z uniwersytetem oraz analitykami zainteresowali firmy zagraniczne inwestowaniem w Łobżenicy, co przyniosło pozytywny efekt”
– interesująco brzmią zapisane na papierze słowa. Jednak dalsza część studzi emocje.
„Z uzyskanych informacji w urzędzie wynika, że osoba prowadząca negocjacje – konsultacje w zakresie inwestycji została zwolniona z pracy w urzędzie. Zdaniem analityków firmy brak stabilności, doświadczenia pracowników urzędu może zakłócić prawidłową realizację planowanych inwestycji. Inwestor po zapoznaniu się z opinią analityków wycofuje się z inwestowania w gminie Łobżenica”.
Nadal pozostawia jednak cień nadziei:
„Pragnę poinformować, że do tematu możemy wrócić w terminie późniejszym”.
U dołu pisma widnieje podpis dr. Jozehfa Voljmanna. Wygooglowanie jego nazwiska niestety nie przynosi odpowiedzi na pytanie, jak doktor Voljmann wygląda, jaką uczelnię reprezentuje, czym się zajmuje, jakie posiada osiągnięcia na arenie handlu zagranicznego i międzynarodowej współpracy.
Jak całą sprawę komentuje burmistrz Łobżenicy?
Z chęcią zaproszę ich do rozmów, jeśli dowiem się, gdzie mam dzwonić, bo niestety nikt nie podał numeru. Nie ma też adresu zwrotnego ani adresu mailowego, by podjąć jakikolwiek dialog. Niemniej jednak, jeśli będzie trzeba jestem gotów lecieć z wiceburmistrzem do Chin i negocjować tę umowę. Nawet jeśli, jak stwierdzono w liście, brakuje nam doświadczenia, zarówno my jak i nasza kadra urzędników bardzo szybko się uczymy i jestem pewien, że sprostamy wymaganiom inwestora. Zrobię wszystko, by odwrócić ten bieg wydarzeń i zyskać dla naszej gminy choć dziesięć procent tego kapitału. Jeśli za sprawą mediów ten odzew trafi do inwestorów z Chin, chcę im przekazać, żeby dali nam szansę. Inna sprawa, że od dwóch tygodni szukamy w urzędzie dokumentów poświadczających tego, że były prowadzone z chińczykami negocjacje – bezskutecznie
Reklama
– mówi Piotr Łosoś.
Czy mówi poważnie? Wydaje się, że na tyle poważanie, na ile wiarygodny jest list od firmy reprezentującej chińskich przedsiębiorców.
W przedstawionych fragmentach zachowano oryginalną pisownię listu
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Raczej jakiś sfrustrowany zwolnieniem pracownik zrobił sobie "jaja". I tyle.
Raczej jakiś sfrustrowany zwolnieniem pracownik zrobił sobie "jaja". I tyle.