- Nie wiedziałem, że można tego dokonać w tak łatwy sposób – Maciej Brandt mówi o uratowaniu komuś życia. Wyraźnie zestresowany siedzi za stołem, nieśmiałym uśmiechem próbuje zasłonić niepewność. Czy to możliwe, by ten szczupły 21-latek zgodził się na przepuszczenie całej swojej krwi przez „wirówkę”? I to trzy razy? Przecież zemdlał przy pierwszym podejściu do oddawania krwi...
- To było z osłabienia. Nie jestem wrażliwy na jej widok – wyjaśnia złotowianin, który właśnie oddał szpik osobie chorej na nowotwór.

Maciek czuje wewnętrzną potrzebę pomagania. I pomaga z uśmiechem
Maciej Brandt chce pomagać. Dlatego zaraz po osiemnastce został honorowym dawcą krwi (oddał jej już ok. 3 litrów), a niedawno zarejestrował się w bazie dawców szpiku Fundacji DKMS. Zrobił to, gdy zobaczył list z fundacji, który otrzymała jego siostra. - To co dajesz wraca do siebie ze zdwojoną siłą. Chciałbym, będąc w potrzebie, móc na kogoś liczyć – student UAM-u zdradza swoją motywację.
Zapisał się jako potencjalny dawca szpiku, ale nie spodziewał się szybkiego odzewu. - Niektórzy czekają całe życie i pewnie się nie doczekają, bo znaleźć bliźniaka genetycznego wcale nie jest łatwo – Maciej wspomina moment, gdy odebrał telefon z DKMS. Czekał wówczas na przystanku na autobus. Czy nadal chce komuś pomóc? Tak. - Skoro się raz zdecydowałem, to nie będę się wycofywać. W Fundacji mówią, że bardzo dużo osób wycofuje się zaraz po telefonie lub po badaniach wstępnych. To jest świństwo, bo przecież biorca ma zerowaną odporność, by mógł przyjąć komórki dawcy. On czeka na ciebie, a ty zostawiasz go samego? - 21-latek daje do zrozumienia, że nie rzuca słów na wiatr.
W podtrzymaniu decyzji wspierali go dziewczyna i znajomi. - Jeszcze nie znałem mojego bliźniaka genetycznego, a już czułem, że jest mi bliski – mówi, gdy pytamy, o czym myślał, wiedząc, że ktoś czeka na jego pomoc.
Po wstępnych badaniach, na pięć dni przed pobraniem szpiku, Maciek Brandt otrzymywał hormon wzrostu. Chodziło o to, by jego organizm wzmógł produkcję komórek macierzystych. Ich nadmiar trafił do krwi. - Zawsze myślałem, że zostanie dawcą oznacza, że lekarze coś mi zabiorą. A oni przez wirówkę wzięli z mojej krwi nadmiar komórek macierzystych i zostawili mnie w stanie sprzed pięciu dni. Wieczorem czułem się jak nowo narodzony – samo pobranie zajęło nieco ponad cztery godziny. - Wcześniej myślałem, że nie ważne jest to, komu pomagam. W trakcie pobrania i po myślałem już: kurczę, kto to jest... - zdradza złotowianin. Na dziś wiadomo, że szpik Maćka trafił do 60-letniego Austriaka. W ciągu 100 dni od przeszczepu będzie wiadomo, czy zabieg się powiódł. Jeśli pojawią się komplikacje, chłopak będzie do dyspozycji. - Przez dwa lata jestem dla tego pana zarezerwowany – uśmiecha się nieśmiało. - A potem wrócę do bazy ogólnej DKMS, bo chciałbym dalej pomagać...

Wielkie serce - w tym przypadku to nie przenośnia
Postawa Macieja jest godna pochwały. Zwłaszcza, że on sam twierdzi, że nie jest bohaterem. - Absolutnie. Pomaganie nic nie kosztuje. Ja przecież niczego nie straciłem – twierdzi młody mieszkaniec Złotowa. - Ja się pomęczę dzień czy dwa, a moja krew może komuś uratować życie. Jakie to porównanie? - pyta i zachęca innych do pomagania.
Do bazy dawców szpiku zapisać się można przez stronę internetową DKMS, można też zgłosić się do Zespołu Szkół Ekonomicznych w Złotowie, w którym działa Drużyna Szpiku.
Po dwóch latach od przeszczepu M. Brandt będzie mógł poznać swojego bliźniaka genetycznego. Fundacja pomoże im nawiązać kontakt. Oczywiście jeśli będą tego chcieli. - Niemiecki może być problemem, ale podobno fundacja zapewnia tłumaczenia, więc chętnie zapytam, np. mailowo, jak pan się czuje – zapewnia Maciej.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze