Reklama

Daję ludziom zdrowie. Wywiad z chirurgiem Karolem Lassotą

21/04/2017 19:00
Karol Lassota to legenda szpitala w Złotowie. Z wielu powodów. Nam opowiada o tym, co zawdzięcza komunistom, pociągu lekarzy do pieniędzy i używek, sprawach sądowych i lekarskim powołaniu

Dlaczego został Pan lekarzem?

Medycyna to u nas tradycja rodzinna. Ojciec był lekarzem weterynarii, mama lekarzem stomatologii, ciocia również. Kiedyś to były zawody pewne. Dlatego moja siostra jest kardiologiem, a ja chirurgiem. Ona skończyła Akademię Medyczną w Szczecinie, a ja w Poznaniu. Siostra jest już na emeryturze. Przez całą karierę pracowała w Pile na oddziale kardiologicznym.

Pańska rodzina do Złotowa trafiła po wojnie, z nakazem pracy.

Tata był weterynarzem i dostał tu przydział. Wcześniej nie mieliśmy ze Złotowem nic wspólnego. Ja urodziłem się już w Złotowie, blisko szpitala, w domu na Szpitalnej 6. Odbierała mnie pani Żółtowska, położna. Po latach, gdy była po osiemdziesiątce, trafiła do szpitala, bo uwięzła jej przepuklina. Operowałem ją, może nawet uratowałem jej życie i tak sobie pomyślałem, jak to dziwnie ludzkie losy się splatają.

Reklama

Studiował Pan w stolicy Wielkopolski i mógł tam zostać, a jednak wrócił Pan do Złotowa. Dlaczego?

Wróciłem, bo pasowała mi atmosfera tego miasta. Dużo roślinności, znajomych, tu grałem w hokeja w drużynie Sparty. Po prostu mnie tutaj ciągnęło.

Dlaczego wybrał Pan chirurgię?

Jako dziecko lubiłem jeździć z ojcem i oglądać, jak przeprowadzał operacje na zwierzętach. Gdy byłem starszy, chętnie mu pomagałem – czasem pozwolił mi coś związać, potem podawałem narzędzia, coś zszyłem. Ale największy wpływ na mój wybór miał doktor Sztykowski. To on tworzył w szpitalu w Złotowie niepowtarzalną atmosferę i zarażał nas, młodych lekarzy, swoją pasją do pracy. Był naszym ojcem.

Reklama

Pewnie łatwiej Panu wymienić tych, których nie operował w Złotowie i okolicach niż tych, którzy wyszli spod Pana skalpela.

Dużo tego było. Pracę zacząłem w 1982 roku, więc w tym minie mi 35 lat w tym zawodzie.

Podobnie jak Pańska siostra, całe życie w jednym szpitalu.

Nie chcą mnie puścić! Żartuję, zawsze można odejść, ale jestem tutaj postrzegany jako osoba niekonfliktowa i nigdy nie miałem większych problemów. Poza tym po prostu polubiłem ten szpital.

Pańska sprawność podczas operowania jest niemal legendarna.

To trochę dzięki szkole. Urodziłem się leworęczny, ale w szkole nie pozwalano dzieciom pisać lewą ręką. Wiązano ją za plecami, a długopisy przekładano do prawej. Dlatego ją wytrenowałem. Oburęczność, paradoksalnie, zawdzięczam komunistom.

Reklama

To dopiero 30% wywiadu. W dalszej części zadałem m.in. takie pytania:

Bodajże wszyscy lekarze w szpitalu w Złotowie pracują na kontraktach, a Pan uparł się, że zostanie na umowie o pracę. Dlaczego?

Podczas jednego z posiedzeń Rady Społecznej Szpitala wstawił się Pan za pielęgniarkami. Jako jedyny lekarz. Co Pana do tego skłoniło?

Swego czasu w szpitalu w Złotowie także był problem z alkoholem.

Po tylu latach pracy i przy tak dużym doświadczeniu puszczają jeszcze Panu podczas operacji nerwy?

Przejdźmy do Pana pasji. Miłością do koni zapałał Pan w dzieciństwie.

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Bodajże wszyscy lekarze w szpitalu w Złotowie pracują na kontraktach, a Pan uparł się, że zostanie na umowie o pracę. Dlaczego?

Bo umowa o pracę daje jasny zapis stosunku do pracy. To kodeks pracy decyduje, jakie mam prawa i obowiązki, a umowy kontraktowe są tak różnorodne i co rusz zmieniane, że właściwie nie chronią pracownika. Ci ludzie nie mają zwolnień lekarskich ani urlopów. To jest cywilizacja, do której chcemy dążyć? Na kontraktach pracuje się jak w feudalizmie, a przecież nie chcieliśmy tego stosunku międzyludzkiego. Jestem zwolennikiem świata cywilizowanego, w którym jest czas na pracę, ale i na odpoczynek. Nie jestem więźniem pracy także dlatego, że mam hobby.

Reklama

Do niego zaraz wrócimy, ale najpierw zapytam, dlaczego Pańscy koledzy i koleżanki decydują się na kontrakty?

Dla pieniędzy. A ja uważam, że pieniądze to nie wszystko. Jestem wolny, bo mam możliwości zarobkowania poza szpitalem. Mam prywatny gabinet, hodowlę koni i gospodarstwo rolne. Zasadziłem unijny las, z którego czerpię korzyści.

Podczas jednego z posiedzeń Rady Społecznej Szpitala wstawił się Pan za pielęgniarkami. Jako jedyny lekarz. Co Pana do tego skłoniło?

To, o czym już mówiłem. Kontrakt jest wygodny dla dyrekcji, ale nie jest dobry ani dla pielęgniarek, ani dla lekarzy. On sprawia, że ludzie np. po czterech dniach od przebytej operacji przychodzą do pracy, co nie jest właściwe.

Kilkadziesiąt godzin z rzędu w pracy to większe ryzyko popełnienia błędu, prawda?

Oczywiście, że tak. Kierowca ciężarówki na przykład ma tachograf i jeśli przekroczy godziny pracy, to dostanie pokaźny mandat, a na lekarza, który siedzi dwa, trzy dni na dyżurze nikt nie zwraca uwagi. A przecież on walczy często o ludzkie życie.
Pan tego nie pamięta, ale jeszcze w latach osiemdziesiątych dyżur lekarski nie był traktowany jako praca. To nie był pełny wymiar pracy i płacono za niego połowę stawki godzinowej. Dziś Kodeks Pracy dokładnie reguluje czas pracy lekarza, mówi, ile może pracować, a ile musi mieć przerwy. Nie dotyczy to kontraktów.

Reklama

Tyle że bez kontraktów mogłoby się okazać, że mamy za mało lekarzy.

Tak było np. w Niemczech, gdzie po uregulowaniu tych kwestii nagle zabrakło 14 tysięcy lekarzy. Tyle że Niemcy mieli pieniądze, więc ściągnęli specjalistów np. z Polski. Tak samo robią Szwedzi czy Norwegowie. Tam nie ma czegoś takiego jak kontrakt lekarski. Kolega pracuje w Norwegii i jeśli np. okaże się, że zajmował się pacjentem krócej niż pół godziny, to dostaje karę. W Polsce pani dyrektor by go pochwaliła, że dużo ludzi załatwił w danym czasie, a tam jest za to nagana i kara.

Czytałem artykuł o lekarzach, którzy nie radzą sobie ze stresem i są przepracowani (niektórzy pracują w kilku placówkach jednocześnie), przez co zażywają psychotropy i podejmują próby samobójcze.

Polska nie prowadzi badań np. dotyczących alkoholizmu u chirurgów, a z danych światowych wynika, że występuje on w tej grupie znacznie częściej niż w innych grupach zawodowych. Mówi się nawet o 40%. Czasami słyszymy w mediach, że na dyżurach kogoś się złapie. Tak, ale są to przeważnie alkoholicy, ludzie chorzy, którzy nie mają do końca świadomości tego, co robi z nimi to uzależnienie. Alkohol panuje nad świadomością człowieka. Alkoholizm powinno się leczyć, a nie nazywać np. lekarza pijakiem. A że lekarze radzą sobie ze stresem pijąc alkohol, to prawda.

Reklama

Swego czasu w szpitalu w Złotowie także był problem z alkoholem.

Był, nie ukrywam tego. Nie chcę podawać nazwisk, bo Złotów jest małym miastem i pewnie wiele osób i bez tego wie, o kogo chodzi. Na szczęście większość osób wychodziła z tego nałogu, choć trzeba było włożyć w to dużo wysiłku. Tak niestety jest, że jesteśmy grupą zawodową mocno narażoną na tego typu zagrożenia.

To jak Pan radzi sobie ze stresem?

Mam hobby i uprawiam sport. Poza tym od piętnastu lat z kolegami z branży kąpiemy się zimą w jeziorze w Kujanie - mamy nieformalny klub morsa. Jeżdżę też z grupą rowerową po Europie, w tym roku zamierzamy pokonać trasę wzdłuż polskiego wybrzeża. To wystarcza, by odreagować.

Reklama

Po tylu latach pracy i przy tak dużym doświadczeniu puszczają jeszcze Panu podczas operacji nerwy?

Czasem tak, ale raczej panuję nad sobą. Zwykle jestem skupiony na tym, by moje ręce nadążały za myśleniem. Myślę naprzód, przewiduję, a gdy operuję jestem w rodzaju transu.

Medycyna się zmienia, ale inni są też pacjenci. Lekarze skarżą się, że chorzy wymuszają na nich pewne rzeczy. Lekarka z przytoczonego artykuł odmówiła pacjentowi wypisania dokumentu (formalnie nie mogła tego zrobić), a ten nazwał ją złym człowiekiem. Miał Pan podobne sytuacje?

Pacjenci wymuszają wypisanie pewnych dokumentów czy przepisanie leków, to jest nagminne, jednak najczęściej robią to z niewiedzy. Nieznajomość prawa i procedur jest w Polsce porażająca.

To się nazywa basen. Dzięki takim kąpielom i późniejszym wizytom w saunie lekarz mniej choruje

Nadal, jak za komuny, pacjenci przychodzą podziękować i wręczyć lekarzowi gratyfikację?

Taka wdzięczność wśród pacjentów zawsze była. Ludzie przynosili bomboniery czy koniaki, ale nigdy przed zabiegiem. W czasach komuny, kiedy niczego nie było, przyszła do gabinetu starsza pani i wręczyła nam kopertę z kawą i puszkę szprotek. Powiedzieliśmy, że tego nie chcemy, a ona: Tak, jakbym przyniosła wam coś lepszego, to byście wzięli… Od razu podziękowaliśmy i przyjęliśmy ten dar. Nie traktowałem tego jako łapówki, ale wiedziałem, że gdybym brnął w odmowę, to bym jej zrobił krzywdę. Ona chciała nam się po prostu odwdzięczyć. Na tym przykładzie nauczyłem się, że jak ktoś przyniesie bombonierkę czy kwiaty, to się nie odmawia.

Reklama

Nie boi się Pan oskarżeń o branie łapówek?

W telewizji dużo się o tym mówi, dlatego ludzie rzadziej przychodzą, a raczej przysyłają kartki lub listy z podziękowaniami. Lekarz to zawód zaufania publicznego. My dajemy ludziom zdrowie, a oni w jakiś sposób chcą się odwdzięczyć. Uważają, że dając coś od siebie będą zdrowsi.

Z drugiej strony pacjenci nie mają oporów przed oskarżaniem lekarzy o błędy w sztuce medycznej.

Powstało wiele firm, które zarabiają, prowadząc sprawy ludzi, którzy czują się przez lekarzy czy szpitale pokrzywdzeni. Wręcz czyhają obok szpitala, licząc na okazję złapania lekarza na błędzie.

Miał Pan takie sytuacje?

Gdy nie mieliśmy tutaj jeszcze oddziału dziecięcego weszła ustawa, że bez wydzielenia sal dla dzieci nie możemy ich operować (a robiliśmy to do tej pory). Mimo to zoperowałem dziecku wyrostek i poszło ono w dobrym zdrowiu do domu. Z medycznego punktu widzenia uratowałem mu zdrowie, a może i życie. Ale matka pojechała do Piły i tam lekarz powiedział jej, że nam nie wolno dzieci leczyć. Więc Pani przyszła do mnie i mnie zaszantażowała, że jak dam jej 3 tys. zł, to nie pójdzie z tą sprawą do sądu. Nagrałem to, ale w sądzie nie miało to żadnego znaczenia. Pani oddała sprawę do sądu, ale on jej nie przyjął. Ale przyjął to sąd lekarski. Musiałem walczyć aż do Sądu Najwyższego, gdzie zostałem uniewinniony. Sprawa trwała pięć lat.

Reklama

A inne sprawy?

Miałem je, ale ze wszystkich się wybroniłem.

Sprawa zaszycia chusty chirurgicznej w ciele pacjentki ciągnie się od kilu dobrych lat.

Chodziło o zabieg ginekologiczny, a myśmy z kolegami brali w niej udział jedynie podczas usuwania tej chusty. Inne sprawy przeciwko szpitalowi, w tym te chirurgiczne, też są i nawet teraz jakieś się toczą.

Ma Pan 60 lat i, dzięki pracy w szczególnych warunkach, mógłby Pan przejść w tym roku na emeryturę. Część pańskich kolegów po skalpelu też jest tego bliska, a nowego narybku jest mało.

Póki co z pracy odchodzić nie zamierzam. Nie poradzą sobie beze mnie - żartuję. Ale faktycznie jestem mocno związany z tym szpitalem i chcę tu jeszcze popracować. A co do następców, to ich nie ma. Chirurgii nikt nie chce robić, nie wiem, dlaczego. Uważam, że w szpitalu w Złotowie można się więcej nauczyć niż w najlepszej klinice. Tam nosi się teczki za bardziej doświadczonymi kolegami, a do stołu trudno się dopchać. A my tutaj bardzo szybko staliśmy się pełnoprawnymi chirurgami. Jeśli kierownik specjalizacji czuwa nad młodym lekarzem, ma na niego oko, to szybko może on zostać chirurgiem. Bez praktyki na pewno się nim nie zostanie. Z książki się chirurgii nie nauczy. I studia też jej nie uczą.

Reklama

To co zrobimy bez Pańskich następców?

Wszystko idzie ze Wschodu na Zachód. Tak jak Niemcy wzięli lekarzy od nas, tak my weźmiemy tych z Ukrainy. Anglicy załatwiają sprawę Hindusami, a Norwedzy, którzy nie mają żadnej uczelni medycznej w kraju, bazują tylko na kupowaniu lekarzy z innych państw. Oferują mieszkania, dobrą płacę, świadczenia socjalne, darmową naukę języka.

Tam nawet zarobki są jawne.

Wszystko jest wywieszone na tablicy i jest pełna jasność. Moje zarobki (płaca zasadnicza to 5050 zł brutto) też mogą być jawne, nie mam czego się wstydzić. Niech się wstydzą ci, którzy mi płacą. Mimo to nie żałuję tego, że zostałem w Złotowie.

Pańscy synowie nie kontynuują rodzinnych tradycji. Żaden nie wybrał medycyny.

Starszy syn ma firmę międzynarodową, zajmuje się grafiką komputerową. Ma szerokie kontakty, jeździ w interesach po całym świecie, od USA po Australię. To bardzo wąska branża i bardzo dobrze płatna. Młodszy syn także skończył informatykę, ale poczuł miłość do muzyki. Cztery lata temu nauczył się grać na gitarze, ma swój zespół i chce występować. Za to moja siostrzenica jest najmłodszym doktorantem w Polsce, zrobiła habilitację i pracuje w Poznaniu w Klinice Endokrynologii. Natomiast jej siostra kończy weterynarię na tej samej uczelni we Wrocławiu co mój tata.

Przejdźmy do Pana pasji. Miłością do koni zapałał Pan w dzieciństwie.

Nie wszyscy pamiętają, że w Złotowie był PGR, w którym dyrektorem był pan Pełka, wielki miłośnik koni. Konie kochała także pani Adamczak z Krajenki, która w latach 70-tych była posłem. I ona na tzw. wybudówce miała hodowlę. W najlepszym okresie było tam około trzydziestu klaczy zarodowych. Ogiery do nich przywożono ze stadniny państwowej ze Stargardu Szczecińskiego. Przyjeżdżali tam studenci z Akademickiego Klubu Jeździeckiego „Sopot wyścigi” i razem z nimi w tej stadninie spędzałem wakacje. Oporządzałem konie i za darmo na nich jeździłem. Pierwszego konia, gdy chodziłem do liceum ogólnokształcącego, kupił mi ojciec. Trzymałem to piękne zwierzę w lecznicy, tam gdzie teraz mieści się Urząd Gminy Złotów.

Wyjeżdżając na studia sprzedał Pan swojego wierzchowca, ale po powrocie do Złotowa zaraz kupił Pan nowego konia.

Nadarzyła się okazja na kupno konia „papierowego”, klacz pochodzenia dwustronnego ze stadniny w Dobrzyniewie. Sprzedawali ją za mniejsze pieniądze, bo nie mogli jej zaźrebić. A ja, ze względu na swoją wiedzę medycyną i weterynaryjną, wraz z kolegami weterynarzami, których ojciec tu w Złotowie wychował, bez problemu wprowadziliśmy ją w ruję i zaczęła rodzić mi źrebaki. Przez rok stała u Leszka Piotrowskiego, a potem kupiłem gospodarstwo w Śmiardowie Złotowskim.

Podobno konie z Pańskiej hodowli mają niezłą renomę.

Pierwsze dwa źrebaki miałem po ogierze sprowadzonym z Rosji. Nazywał się Oder i był wnukiem ogiera, który wygrał olimpiadę w Moskwie. To był hit, że trafił tutaj, na Złotowszczyznę. Oder stał u pana Piotrowskiego i dzięki temu rok po roku uzyskałem od niego dwie klaczki, które stanowiły podstawę mojej hodowli. Obie żyją do dzisiaj. Wydały mi dwanaście źrebiąt, z których część jest w Norwegii, a ogier jest w Kanadzie. Moje konie wygrywały czempionaty, więc bardzo łatwo było zainteresować nimi potencjalnych kupców. Konie to moja wielka miłość.

Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    "Wdzieczna"pacjentka - niezalogowany 2017-09-07 22:40:25

    Widziałam wielu lekarzy ale tak nieprzyjemnej persony dawno. Lekarz który traktuje pacjentów taśmowo zero empatii zrozumienia. Życzyłbym sobie aby na takiego lekarza nigdy już nie trafic.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    pacjent xa - niezalogowany 2017-04-24 10:54:14

    Nie musi być miły ważne, że skuteczny

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    wstyd - niezalogowany 2017-04-23 16:57:26

    ty powyżej.Delikwent ? to chyba ty jesteś.nie krytykuj innych bo jesteś gorsza od innych,DELIKWENTKO .

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości