Każdego roku przez złotowski „psychiatryk” przewija się blisko 1700 osób. Około połowa z nich to ludzie cierpiący na alkoholowy zespół abstynencyjny (duża część przechodzi delirium tremens, czyli popularne majaczenie alkoholowe). Gros z nich to mężczyźni. - Kobiety częściej dotykają depresja oraz uzależnienie od leków – mówi ordynator Oddziału Psychiatrycznego Andrzej Tandeck, dodając, że oprócz osób zmagających się z tymi dwoma schorzeniami pod jego opiekę najczęściej trafiają także schizofrenicy, cyklofrenicy (zaburzenia afektywne dwubiegunowe), osoby z zespołami urojeniowymi i depresyjnymi, a także zaburzeniami psychotycznymi (często pourazowymi), adaptacyjnymi (związanymi z występowaniem sytuacji stresowych) oraz tymi związanymi z wiekiem (psychozy starcze). W Złotowie swego czasu przebywały też osoby, które – wyrokiem sądu – zamiast do więzienia trafiały na leczenie psychiatryczne (detencja; internacja). Zdarzali się więc m.in. mordercy i dzieciobójczynie.
[[reklama]]
Wieszanie najgorsze
Stany, w jakich chorzy trafiają do szpitala są naprawdę różne, dlatego pracownicy oddziału psychiatrycznego muszą być gotowi praktycznie na wszystko. Jedni pacjenci zachowują się wręcz dobrze, w drugich natomiast dosłownie wstępuje diabeł. - Połamane stoły i krzesła, powybijane szyby, potłuczone umywalki – wylicza A. Tandeck – w zasadzie nie da się przed tym uciec. Jeszcze większy problem rodzi się, kiedy pacjenci swoją agresję przenoszą nie na przedmioty, ale na innych leczonych, personel (zdarzyło się, że pacjent pobił sanitariusza, uderzył pielęgniarkę) lub na samych siebie. Często zdarza się, że osoba, która kwalifikuje się do leczenia szpitalnego miewa myśli samobójcze. Właśnie dlatego przy przyjęciu na oddział jest zmuszona oddać wszystkie rzeczy, które ewentualnie mogłyby posłużyć do wyrządzenia sobie (lub innym) krzywdy. Sporządza się wówczas odpowiedni rejestr i po wypisie ich własność jest pacjentom zwracana.
Choć personel na wszystkie możliwe sposoby stara się dbać o bezpieczeństwo pacjentów, dramatycznych sytuacji nie zawsze da się uniknąć. - Targnięcia na swoje życie zdarzają się w każdej tego typu jednostce, nam również nie udało się ich uniknąć – mówi A. Tandeck, dodając, że niestety bywają i te skuteczne. - Oczywiście staramy się do nich nie dopuszczać, ale nie jesteśmy w stanie chodzić za każdym pacjentem krok w krok – opowiada. Każda z osób, która myśli o odebraniu sobie życia ma w karcie odpowiednią adnotację i na nią personel zwraca szczególną uwagę. Pytanie tylko, jak daleko można się posunąć w ingerowaniu w prywatność. Problematyczna zazwyczaj jest kwestia korzystania z toalety. Obserwowanie pacjenta, gdy ten korzysta z ubikacji jest trudne do przyjęcia, sprawdzanie co minutę, co dzieje się w środku, też nie ma sensu. Niepokój zaczyna budzić dopiero dłuższa nieobecność, a w trakcie przykładowych 10 minut w łazience może się stać naprawdę wiele. - Najmniejszą szansę na uratowanie mają osoby, które wybierają śmierć przez powieszenie – mówi ordynator. - W razie przedawkowania leków jest czas, by przepłukać żołądek, krew płynącą z podciętych żył można zatamować, ale zgon w wyniku powieszenia następuje bardzo szybko – wyjaśnia.
Bez klamek?
Wielu z nas – za sprawą filmów – wyobraża sobie, że w ściany pokoju mieszczącego się na oddziale psychiatrycznym są obite gąbką, a w drzwiach nie ma klamek. - To nieprawda – prostuje A. Tandeck i tłumaczy, jak naprawdę „psychiatryk” wygląda. - Mamy 3 oddziały: obserwacyjny, terapeutyczny i rehabilitacyjny. W miarę poprawy stanu zdrowia pacjenci kolejno przechodzą z jednego na drugi, jednak do ostatniego (ze względu na brak konieczności) nie wszyscy docierają. Każdy z przeznaczonych dla osób ze schorzeniami psychicznymi pokoi jest wyposażony w łóżka, nocne stoliki, krzesła i szafy. Kiedyś były też umywalki, zdemontowano je jednak ze względu na notoryczne niszczenie. Na tzw. detoksie warunki są bardziej domowe. Klamek – za wyjątkiem tych wewnętrznych w izolatkach – nie brakuje. Pokoje są 1, 2 i 3-osobowe, czasami zdarza się, że dostawia się czwarte łóżko. O przepełnieniu jednak mówić nie można, na przyjęcie nie czeka się dłużej niż kilka bądź kilkanaście dni (kolejki najczęściej dotyczą detoksu). Przypadki nie mogące czekać przyjmowane są w zasadzie „od ręki”. Łącznie oddział dysponuje 90 łóżkami. Stołówka i korytarze są monitorowane.
Na własną rękę
Filmy raczą nas nie tylko obrazem pokoi bez klamek, ale i scenami, w których to sanitariusze przyjeżdżają do domów z kaftanem bezpieczeństwa i zabierają pacjenta do szpitala. Rzeczywistość jest jednak inna. - Nie wysyłamy karetek – wyjaśnia ordynator. - Robi to tylko Szpitalny Oddział Ratunkowy. Zlecenie na transport może także wystawić lekarz rodzinny. Samemu trzeba też zadbać o uzyskanie skierowania do leczenia psychiatrycznego. W przypadku kiedy chory nie widzi potrzeby terapii, zdecydować za niego może rodzina. Trzeba jednak pamiętać, że wbrew woli chorego można postąpić tylko w dwóch przypadkach, tj. kiedy stanowi bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia dla siebie samego oraz gdy stanowi zagrożenie dla innych.
Do szpitala w Złotowie trafiają osoby z całego terenu byłego województwa pilskiego oraz z powiatów ościennych, tj. wałeckiego i sępoleńskiego.
Nic na siłę
Wbrew pozorom wśród sanitariuszy i pielęgniarek dużej rotacji nie ma. - Nikogo nie zmuszamy do tej pracy, każdy, kto się na nią decyduje wie, jaki jest jej charakter. Zdarzało się, że część osób nie wytrzymywała presji i rezygnowała, ale zazwyczaj były to osoby, które przyszły tutaj z braku alternatyw i zwyczajnie nie poradziły sobie – wspomina nasz rozmówca. Jakich predyspozycji oczekuje się od potencjalnych pracowników? Z pewnością powinni być oni wyrozumiali i odporni na stres. Powinni również umieć łagodzić i rozwiązywać konflikty, a także powściągać swoje i cudze emocje. Ważne jest też, by umieli koić niepokój pacjentów i mieli w sobie na tyle dużo stanowczości i pracowniczej determinacji, by starannie wykonywać wszystkie swoje obowiązki. - Praca tutaj ma inny charakter niż np. na oddziale wewnętrznym – przekonuje A. Tandeck. Tam pielęgniarki wejdą do sali, położą na stoliku tabletki i wiedzą, że pacjent je przyjmie. Tu trzeba pilnować nie tylko tego, by pacjent wziął je do ręki i włożył do ust, ale też aby je połknął. A często zdarzają się próby oszustwa.
Ponadto sanitariusze, których obowiązkiem jest m.in. czuwanie nad bezpieczeństwem pacjentów i personelu oraz pomoc w pielęgnacji leczonych, muszą mieć ukończony kurs, który uczy ich, w jaki sposób stosować bezpośrednie środki przymusu. Prowadzą go funkcjonariusze złotowskiej policji. Warunkiem jest także pełna sprawność intelektualna – a z tym (w czasach kiedy w szpitalach można było odbywać służbę zastępczą) bywało różnie.
Pielęgniarki natomiast muszą oczywiście posiadać dyplom i mieć specjalizację w zakresie pielęgniarstwa psychiatrycznego.
W głowie się miesza?
Jak na psychikę człowieka wpływa praca w takim miejscu? Czy to prawda, że długoletni pracownicy oddziałów psychiatrycznych sami z czasem zaczynają mieć problemy? - Pracuję tu już 30 lat i nie uważam, żeby to mi szkodziło – dementując te przypuszczenia mówi z uśmiechem A. Tandeck. - Łatwo nie jest, trzeba mieć olbrzymią cierpliwość i zrozumienie dla odmienności. Słyszymy tutaj wiele przykrości, spotykamy się z wulgarnością i agresją, ale najważniejsze to nie brać tego wszystkiego do siebie. Zresztą zdarza się, że Ci, którzy pamiętają co zrobili, po powrocie do stanu chociażby względnego zdrowia potrafią przyjść i przeprosić – opowiada.
Źle nie jest także pielęgniarkom. - Lubię swoją pracę i nie chciałabym pracować nigdzie indziej – mówiła nam jedna z nich. - Oczywiście pacjenci są trudni, więc czasami wszyscy mamy dość, ale w zasadzie to po kilku wolnych dniach chce już się do pracy wracać. Jeśli miałybyśmy mówić o jakichkolwiek zmianach, to dotyczyłyby one wyłącznie spraw finansowych. Pensje mogłyby być trochę wyższe – podsumowała.
Patrycja Koplin
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze