Dla prawdziwych skaterów nie ma granic wiekowych. Są robiące tricki dwulatki, z drugiej strony jeden z członków teamu Sektor 9 Victor Earhart, zwany ojcem chrzestnym downhillu, na ekstremalnych zjazdach szalał po siedemdziesiątce. Skater świat postrzega trochę inaczej niż zwykły przechodzień. Mózg deskorolkowca pracuje inaczej. Ludzie widzą schody, a deskorolkowiec szansę na flipa, inni widzą kawałek marmuru, który skaterowi jawi się jako wyzwanie do kolejnej niebezbiecznej ewolucji. Na deskorolkach profesjonalnie zaczęto jeździć w latach 60.
To surferzy przenieśli się z fal na ulice
Reklama
– wyjaśnia Mateusz.
W Polsce ten trend zawitał znacznie później, ale rozwija się bardzo szybko. Najgorzej z tym wygląda u nas, w Wielkopolsce, czego nie mogę zrozumieć, bo jesteśmy w końcu bogatym regionem. Na południu ludzie budują takie skateparki, że buty spadają. To są wielkie, kryte obiekty, wyglądające jak w Stanach Zjednoczonych. Ciężko w to uwierzyć, tym bardziej po naszych długich lokalnych bojach o choćby małą rampkę. Ale dla prawdziwych skaterów cały świat to jeden wielki skatepark, jedna wielka miejscówa...
Reklama

Mateusz Gmys – twórca Nibiru Skateboards Workshop w swoim żywiole
Jak miałem 9 lat na rolkach jeździłem agresywnie, czyli freestajlowo, na rurkach, na murkach, ale w końcu mnie to znudziło. Jak miałem 10 lat, ziomki już w Złotowie jeździli, mieli takie wielkie „ryby”. Załoga pojawiała się na POM–ie. Ktoś mnie tam kiedyś zabrał, żebym sobie zobaczył. No i zobaczyłem… Łepki jeździli na deskach. Wróciłem do domu i oznajmiłem rodzicom, że chcę mieć blat, bo inaczej zwariuję. Pojechaliśmy do sklepu sportowego do Piły i kupiliśmy chińską deskę Jet 5. Wyglądem przypominało to profesjonalny sprzęt, ale nim oczywiście nie było
Reklama
– śmieje się Mateusz.
Pewnego ranka wstałem i postanowiłem nauczyć się ollie [matka wszystkich tricków, polega na podskoczeniu do góry razem z deską, wylądowaniu i odjeździe z uśmiechem na twarzy – red.]. Postanowiłem sobie, że nie pójdę ani na obiad, ani na kolację, dopóki tego nie zrobię. Trzaskałem cały dzień, aż do wieczora, mama wołała z balkonu i w końcu mi się udało. Zmęczony, ale dumny z siebie mogłem spokojnie pójść spać. Tak to się wszystko zaczęło
– wspomina swoje początki Mateusz. Na desce jeździ do dzisiaj, z różnymi przerwami, wzlotami i upadkami.
Całe życie się uczę, jakbym miał czas, to jeździłbym codziennie i strasznie bym wymiatał
– zapala się skater.
Nie wiem tylko, czy bym to przeżył, bo bym naprawdę latał… W głębi duszy była zawsze deskorolka. Poza muzyką to jest jedyna pasja, która tak naprawdę się liczy.
Zamiana pasji w sposób na życie długo chodziła Mateuszowi po głowie.
Myślałem o tym od kilku lat, zawsze czegoś brakowało, a to czasu, a to chęci, o pieniądzach nie wspominając. Trzy lata temu postanowiłem w końcu zabrać się do roboty. Wiedziałem już, że sam chciałbym robić deskorolki, pozostało się dokształcić. Dniami i nocami siedziałem w internecie, czytając dużo, oglądając filmy instruktażowe i zdobywając wiedzę. Po półtora roku wiedziałem już skąd zdobyć prawdziwy fornir z Kanady, specjalny klej do desek. Oszczędzałem pieniądze, we wszystkim pomagał mi też od początku mój ojciec Kazimierz, który z zamiłowania jest stolarzem, a na jego głowie były od początku maszyny
Reklama
– podkreśla Mateusz. Wiedza i znajomość branży pana Kazimierza pomogły wystartować z kosmicznym pomysłem syna.
Półtora roku później robię swoje deski i jestem z tego znany w Polsce.
Jak to się robi? – Mój zakład mieści się w Złotowie, lubię tam być sam i robić deski – mówi skromny twórca Nibiru Skateboards...
Kup pan deskę – Swoista subkultura deskorolkowa ma wielu odbiorców, zatem i wielu potencjalnych klientów. – Moje blaty kupić można...
Blaski i cienie – Nie sądziłem, że pójdzie to tak szybko, chciałem robić deskorolki, a tu nagle wywiady dla Red Bull Skateboarding, czy Disaster Magazine...
Mój zakład mieści się w Złotowie, lubię tam być sam i robić deski
– mówi skromny twórca Nibiru Skateboards.
Do produkcji używam klonu kanadyjskiego, który jest gatunkiem bardzo twardym i bardzo odpornym na zużycie i ścieranie, do tego elastycznym, a więc idealnym do produkcji desek. Biorę siedem warstw prostokątnego forniru [cienkie płaty drewna mające grubość od 0,1 do 8,0 mm – red.], na każdą z nich nakładam klej [w tym przypadku chodzi o profesjonalny klej przeznaczony do produkcji deskorolek od firmy Franklin International – red.]. Później wkładam to do prasy hydraulicznej, w której zamocowana jest drewniana forma, dająca właściwe deskorolce wygięcia. Wyprofilowana deska po kilku godzinach schnięcia gotowa jest do dalszej obróbki. Nawierca się otwory pod tracki, czyli miejsca w których zamontować należy kółka, potem deskę frezuje się w dany kształt. Następnie jest ręcznie szlifowana. Do każdej sztuki podchodzę indywidualnie, każda jest trochę inna, w zależności, czy chce się z niej korzystać na streecie, w basenach, czy na rampach. Deskę lakieruje się i nakłada na nią grafikę metodą sitodruku, albo heat transfer. W ten sposób powstaje gotowy blat. Na koniec zamyka się je w hermetycznej folii i trafiają do skateshopów
Reklama
– opisuje proces złotowski skater. Gotowe wyprofilowane blaty schną sobie spokojnie, aż do chwili, kiedy przyjdzie zamówienie. Wtedy ruszam do pracy. Na finalizację przedsięwzięcia mam trzy dni. Sitodruk też robię sam. To tania, wygodna i dająca sporo frajdy technika, choć można się przy tym nieźle ubrudzić. Jest to sito z naświetloną grafiką naciągnięte na drewnianą ramę. Potem trafia na to farba, którą przeciska się raklą. Dużo jest takich firm, które robią tylko grafiki, deski kupując już gotowe. Moje blaty od początku do końca są mojego autorstwa. Na razie muszę ciężko pracować z tym co mam, ale w przyszłości nie wykluczam eksperymentów. Na rynku z pewnością wyróżnić się można grafiką. Dobre grafiki to podstawa, one tworzą otoczkę wokół marki. Powstają po wspólnych burzach mózgów z Emilem Derą moim teamriderem i grafikiem. Potem on opracowuje je w świecie wirtualnym i przesyła do mnie.

Każda blat jest recznie frezowany i szlifowany
Swoista subkultura deskorolkowa ma wielu odbiorców, zatem i wielu potencjalnych klientów.
Moje blaty kupić można m.in. w internecie, ze strony nibiru–skateboards.com, są też inne profesjonalne sklepy dla skate’ów, które w ofercie mają moje produkty, choćby znany w całej Polsce sklep Miniramp z Poznania. Deskę można kupić w dwóch wersjach w zależności od metody nakładania grafiki. Blaty amerykańskich firm najczęściej produkowane są w Chinach albo w Meksyku. Moje są tak samo dobre, żeby nie powiedzieć, że lepsze, bo więcej serca jest w nie włożone i robi je, co by nie mówić deskorolkowiec. Moja propozycja nawet dla początkujących deskorolkowców, to nie kupować deski z marketu, która po jednej dobrej akcji już nie pojeździ. Lepiej wydać 250 zł i kupić najtańsze z profesjonalnych rzeczy. Kiedyś nie było takiego wyboru, łapało się to, co było pod ręką, nikt nie patrzył, co za ciuchy masz na sobie, skąd masz deskę i kto ją wyprodukował. Ważne były tricki, które trzeba było wykonać. Teraz ludzie patrzą w jakich butach jeździsz, jakie logo ma twoja deska.
Reklama

Skater świat postrzega tochę inaczej niż zwykły przechodzień
Nie sądziłem, że pójdzie to tak szybko, chciałem robić deskorolki, a tu nagle wywiady dla Red Bull Skateboarding, czy Disaster Magazine. Jak na rok działalności to szok. Bardzo się w to zaangażowałem
– wyjaśnia Mateusz, który świetnie zdaje sobie sprawę, że naturalną koleją rzeczy będzie rozszerzanie asortymentu.
Chciałbym pójść w ciuchy. Czapki, bluzy, normalna rzecz dla firm robiących deski. W prawdziwym skateshopie pierwsze, co rzuca się w oczy to przytłaczająca ilość deskorolek, a właściwie samych desek, czyli blatów. Jeśli idę ulicą i widzę napis „Skateshop”, a w oknie wisi bluza Prosto, to nie jest to właściwy adres
Reklama
– kwituje Mateusz.
Cały czas się to rozwija bardzo szybko, może aż za szybko. Dużo po prostu działam, gdybym sobie leżał, to wszystko by nie przyszło. Pracuję non stop, nawet jak śpię to o tym myślę. O kontakt z klientami też troszczę się sam, staram się sprawdzać czy są zadowoleni z moich produktów. Tacy klienci będą wracać. Deski się sprzedają, mam swój Team, czyli ludzi, których sponsoruję, a oni w zamian jeżdżą na zawody i prezentują tam moją firmę. Team stanowią Tomek Skałecki, Albert Azjan, Krystian Beutlich i Emil Dera. Każdy ma swoje triki, każdy wymyśla też swoje własne ewolucje. Każdy z nich jest też trochę inny, bo to nie sport tylko styl życia. Rywalizacja pojawia się tylko na zawodach. Na co dzień bardziej opłaca się wzajemnie nakręcać, uczyć się od siebie i inspirować. Na tym to wszystko polega
– wyjaśnia założyciel Nibiru Skateboards Workshop.
Są plusy i minusy własnego interesu, ale ja mam to szczęście, że robię to co kocham.
Rozmawiał Leszek Chełmowski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Naprawiam rowery...też chcę reklamę w zlotowskie
Mało fajny jesteś skoro sugerujesz, że Mateusz działa na lewo, nie ma firmy założonej i nie płaci podatków. O sprzedaż też się nie martw, teraz nie trzeba mieć sklepu stacjonarnego żeby sprzedawać ;)
Czy tylko ja nie zrozumiałem sensu tego komentarza?
Boisko sobie zróbcie gdzieś za miastem lub na wsi i co popołudnia mogą pasjonaci tam się spotykac.Założyć KLUB.Będzie więcej chętnych do zakupu tych deskorolek. Narty biegowe też możesz produkować .Założyć Firmę+sklep i zarejestrowac w Urzędzie Skarbowym i w Zus-ie.Powodzenia.
Naprawiam rowery...też chcę reklamę w zlotowskie
Mało fajny jesteś skoro sugerujesz, że Mateusz działa na lewo, nie ma firmy założonej i nie płaci podatków. O sprzedaż też się nie martw, teraz nie trzeba mieć sklepu stacjonarnego żeby sprzedawać ;)
Czy tylko ja nie zrozumiałem sensu tego komentarza?