Kiedy dowiedziała się, że jest chora na raka piersi i ma się przygotować na najgorsze, postanowiła, że zawalczy o życie. Nie podda się. Chce żyć, bo ma dla kogo
Kamilla Burelak to młoda, 44-letnia kobieta. To mieszkanka Jastrowia, którą większość mieszkańców rozpoznaje bez trudu na ulicy. Jest kierownikiem Obwodu Drogowego w Jastrowiu w tutejszym oddziale. Zawsze uśmiechnięta, rozmowna. Osoba niezwykle aktywna - w szkole, kościele i nie tylko.
Cios
Wszystko zaczęło się nagle, w czerwcu. Głowę miała pełną planów wakacyjnych. Wyjazd nad morze stał się sprawą priorytetową. Swoją chorobę odkryła przez przypadek. Podczas zwykłej kąpieli wyczuła zgrubienie w piersi. Jeszcze wtedy próbowała się okłamywać, że to pewnie jakieś zmiany, które same ustąpią. Nie ustąpiły. Zaczęły się badania i pierwsze kłopoty. Niemal wszystkie badania musiała zrobić prywatnie, bo gdyby czekała na swoją kolejkę, by przyjęli ją na fundusz zdrowia, wszystko trwało by o wiele dłużej. Usg, biopsja, mammografia. Żmudne badanie i diagnoza. Nie takiej się spodziewała.
Rak piersi
Lekarz zobaczył wyniki i powiedział jej wprost, że ma raka. Gdy usłyszała te słowa wszystko jej się zawaliło. Obwiniała cały świat i wciąż zadawała sobie pytanie - dlaczego ja? Następna myśl, która przyszła jej do głowy - to co z dziećmi, gdy umrze? Zaczęła analizę życia, dawała wytyczne rodzinie. Niedowierzanie i jej, i rodziny. Potem pierwsze załamanie, łzy. Następna myśl: nie poddam się, zaczynam walkę. Pada decyzja, że trzeba operować. – A ja podejmuję decyzję, że najpierw pojadę z córką na wakacje, bo jej obiecałam - mówi. Lekarz ostrzega, że to nie czas na wakacje, ale na wyścig z czasem. Wygraną będzie zdrowie. Przekonał ją, że rak to nie wyrok, to wyzwanie, walka, którą można wygrać. Ale trzeba chcieć walczyć.
[[reklama]] 6 lipca
Na operację Kamilla pojechała do szpitala w Pile. Amputacja piersi, wycięcie węzłów chłonnych. Kolejna huśtawka nastrojów. Zdała sobie sprawę, że coś się skończyło w jej życiu. Trzeba zacząć inne życie. Trzeba dalej się leczyć. Trzeba być pod stałą kontrolą lekarską. Trzeba zmienić swoje przyzwyczajenia. Na duchu podtrzymywała ją rodzina, ludzie. Wciąż ktoś ją odwiedzał, dzwonił. Nie była sama. Ludzie przynosili wodę uzdrawiającą, dzwonili, że się modlą za nią. I to dawało jej motywację do działania. Pomyślała, że trzeba się wziąć w garść. Zwykle to ona wspierała ludzi, teraz sama tego potrzebowała. Postawiła na swoim i pojechała na 2 dni do córki - na wczasy. Potem dalsze leczenie. Jeżdżenie do szpitala na ściąganie chłonki wykańczało ją. - To jest niemiłe, bo boli. Po miesiącu wynik wycinka po operacji. I znowu cios. Komórki rakowe znaleziono w węzłach chłonnych. To oznacza konieczność dalszego leczenia.
Chemia
- Najgorszy moment leczenia to chemia, która zaczęła się we wrześniu - opowiada Kamilla. Miała nadzieję, że operacja skończy wszystkie jej kłopoty, a tu następny kłopot – trzeba zapisać się w kolejkę i długo czekać. A chemię trzeba przyjąć szybko. Pomyślała - ja nie będę czekać, muszę coś wymyślić. I wymyśliła, załatwiła. - Wszędzie trzeba walczyć z naszym głupim systemem opieki zdrowotnej. My, chorzy ludzie, musimy walczyć o swoje zdrowie, a nie mamy na to siły. Ludzie są tak zdesperowani, że kłócą się w poczekalni między sobą - opowiada. Bała się bardzo skutków przyjmowania chemii. - Podczas niej wszystko mnie drażniło: zapachy, ludzie. Wszystko mnie bolało, na nic nie miałam siły. Pierwszy raz w życiu miała ochotę umrzeć. Płakała często. Teraz, z perspektywy czasu, śmieje się z tego, ale wtedy przytaczał ją ten brak siły i energii. Zaczęły wypadać włosy, choć cały czas miała nadzieję, że ją to ominie. Ale nie był to dla niej problem. Polubiła swoją łysinkę. Kupiła perukę, ale nie lubi jej nosić. Większym problemem była proteza piersi, ale i do tego problemu nastawiła się pozytywnie. Po pierwszej chemii pomyślała, że jednak nie da rady. To koniec. I wtedy dostała bodziec od własnego dziecka. Córka zapisała się na scholkę i chciała, by mama poszła z nią na salkę. Postanowiła, że dla niej wstanie i pójdzie. I tak się stało. 4 chemie i 4 inne motywacje. Nauczyła się zarządzać swoim organizmem - muszę wstać, muszę jeść, choć nic nie smakuje. Płakała i jadła. Wspomina, że nie wie, skąd brała wtedy siłę. Wiedziała, że nie może być słaba. Musi normalnie się zachowywać i żyć normalnie dla rodziny, dla siebie. Zawsze była aktywna, miała w sobie dużo energii i potrzebowała powrotu do tego wszystkiego. [[nowa_strona]] Naświetlania
Kolejny etap długiego leczenia. Następna przeszkoda. Znowu trzeba czekać na swoją kolejkę. Spędzić prawie trzy tygodnie poza domem. A ona chciała w Boże Narodzenie być w domu z rodziną. I udało jej się. Tęskniła za domem. Mimo braku sił wpadała na weekendy do domu, by naładować akumulatory sobie i bliskim. Poruszyła niebo i ziemię i święta spędziła w domu. Przed nią jeszcze długa droga do zakończenia leczenia. Chemia zrobiła duże spustoszenie w organizmie i trzeba „naprawiać” wszystkie powstałe szkody. [[reklama]] Ja i moja choroba
- Nie wstydzę się jej. Mówię o niej otwarcie. Cały czas się uśmiecham. Ludzie się dziwią, że jestem chora, a uśmiech nie znika z mej twarzy. Taka jestem. Są grupy wsparcia dla amazonek, czyli kobiet po amputacji piersi, ale ja z nich nie korzystam. Twierdzi, że się już wypłakała ile musiała. Uważa, że jest mocną, silną kobietą. Żyje normalnie, cieszy się rodziną. Od czasu choroby patrzy na życie inaczej. Nie wie, ile jeszcze lat ma przed sobą, ale teraz ceni każdy dzień swego życia. Już nie patrzy na świat jak przed chorobą. - Robię to co lubię. Lubię swój zawód, więc wróciłam do pracy. Udzielam się znowu towarzysko i sprawia mi to przyjemność. Nie zwalniam, wręcz przeciwnie, szukam sobie dodatkowych zajęć. Wtedy nie myślę o tym wszystkim i nie mam czasu na dołowanie się. Nie chcę, by ktoś pomyślał, że się mądruję. Wręcz przeciwnie, każdy z nas inaczej przechodzi swego raka. Ale najważniejsze jest, by się nie poddać. By biernie nie czekać. By tak zarządzić sobą, żeby jak najszybciej wrócić do normalnego życia. Nie warto odkładać wszystkiego na potem. - Cieszę się, że żyję, że mam kochaną rodzinę i tylu przyjaciół. Warto walczyć i docenić co się ma zanim będzie za późno.
Droga od diagnozy do wyleczenia jest długa. System naszej opieki zdrowotnej pozostawia wiele do życzenia. Kłopoty, z którymi chory musi się zetknąć w czasie leczenia wyrastają jak grzyby po deszczu. Skąd chory ma brać siłę, by je pokonać, nie wiadomo. Nie każdy ma przecież w sobie tyle determinacji co Kamilla.
Joanna Kozij
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze