Buławowie ślubowali w 1956 roku. 17 czerwca, w obecności Alfonsa Tomke, odbył się ślub cywilny w zakrzewskim urzędzie gminy. Dwa dni później w miejscowym kościele wypowiedzieli słowa przysięgi przy proboszczu Wiktorze Domachowskim. Do dzisiaj mieszkają na ojcowiźnie jubilata. Pani Weronika, z domu Konitzer, pochodzi z Bocianowa, wybudowania Zakrzewa. Na rodzinnym gospodarstwie wychowała się z siedmiorgiem starszego rodzeństwa. Jej małżonek miał tylko brata.
My mieliśmy spokojne dzieciństwo
– mówi jubilatka. Tego samego nie może powiedzieć jej małżonek.
Jego ojciec pracował jako rzeźnik w Berlinie. Tam poznał matkę, która w 1931 roku przyjechała z ojcem do Zakrzewa. Była ewangeliczką, która przeszła na katolicyzm. Do śmierci posługiwała się tylko językiem niemieckim, polskiego nie znała (stąd tak dobra znajomość tego języka u Brunona Buławy). Jego rodzice prowadzili w Zakrzewie masarnię i restaurację, mieli też pięciohektarowe gospodarstwo. W 1939 roku ojca wcielili do niemieckiego wojska, a matka przez całą wojnę prowadziła sklep.
Gdy Rosjanie tu weszli, matka musiała uciekać z domu
Reklama
– opowiada. Brunon Buława i trzy lata młodszy brat też się ukrywali. Przez jakiś czas u sąsiadów, później w Łobżenicy, gdzie Rosjanie złapali matkę, która trafiła do obozu w Potulicach pod Nakłem.
Ojciec dostał się do radzieckiej niewoli, dlatego przez dwa lata byliśmy z bratem sami. Wtedy ponownie zatrzymaliśmy się u sąsiadów, którzy udzielili nam przez ten czas schronienia.
Weronika i Brunon poznali się w wieku 17 i 19 lat. Po czterech latach złożyli małżeńskie śluby. Zanim do tego doszło, Brunon musiał wypełnić wojskową służbę. Dwadzieścia sześć miesięcy ciężkiej pracy w kopalni.
Pracowałem kilkaset metrów po ziemią w kopalni węgla kamiennego w Bytomiu. Za to, że miałem krewnych za granicą
– opowiada, jak trafił pod ziemię. Mimo wszystko najgorzej tego okresu nie wspomina.
Hanysy to nerwowi ludzie, szybciej robią niż myślą, ale miałem z nimi dobre kontakty.
Praca była nie tylko ciężka, ale też niebezpieczna.
U mnie skończyło się tylko na potężnych odciskach. Inni mieli mniej szczęścia. Jednemu ręce urwało
– wspomina.
Dużo było tych wypadków, niejeden chłop kalectwa się tam nabawił
Reklama
– opowiada. Za sprawą tamtych doświadczeń przez lata Buława był członkiem Związku Represjonowanych Politycznie Żołnierzy Górników. Pełnił funkcję wiceprezesa zarządu okręgowej organizacji w Pile, która swego czasu zrzeszała ponad sześciuset mężczyzn.
W tamtych czasach start w małżeńskie życie łatwy nie był. Buławowie nie różnili się pod tym względem od innych par. Mąż szedł do pracy, żona zajmowała się domem i gospodarstwem. Przez większą część dnia Weronika odpowiadała za wychowanie dzieci. Małżonek zaczynał za ladą w geesowskim sklepie. Dość szybko dostał się do zarządu spółdzielni, gdzie przez osiem lat był wiceprezesem. Odszedł, żeby w Zakrzewie powołać do życia Spółdzielnię Usług Rolniczych. Ekipy remontowo–budowlane, którymi kierował, budowały okoliczne kółka rolnicze i świadczyły usługi dla ludności. – Miałem pod sobą około 180 ludzi. Działaliśmy na terenie powiatu złotowskiego i człuchowskiego – opisuje. Intensywność pracy i odpowiedzialność sprawiły, że po kilku latach Buława zostawił to zajęcie.
Byłem nerwowo wykończony. Miałem taką nerwicę, że się od niej przewracałem
– opisuje, jak wiele go to kosztowało. Głównie dlatego, że w załogach trudno było utrzymać rygor. Niektórzy mężczyźni nie stronili od kielicha.
Musiałem zmienić pracę
– opowiada. Nie zaprzecza, że zawsze był zdecydowany i surowy, ale zapewnia, że nigdy nikogo nie skrzywdził. Po latach ocenia...
Za dobry byłem dla ludzi.
Wrócił do gminnej spółdzielni. Najpierw był pełnomocnikiem zarządu do spraw produkcji. Było to w czasie, gdy prezesem był Edmund Bełka. Dość szybko objął funkcję jego zastępcy, gdy ze stanowiskiem tym pożegnał się Franciszek Kuczyński. Tym sposobem droga do stanowiska prezesa GS Zakrzewo stała już otworem. Spółdzielnią kierował trzynaście lat.
Nie lubię się chwalić
– mówi kilkakrotnie podczas naszej rozmowy, przyznając jednak, że te fakty trudno pominąć.
Przez te trzynaście lat wybudowaliśmy kilka sklepów, piekarnię, rozbudowaliśmy masarnię, kupiliśmy silosy i postawiliśmy wytwórnię wód gazowanych. W planie była jeszcze frytkarnia. Wszystko było już w tym temacie dogadane, ale nie zdążyłem przed odejściem sfinalizować sprawy
– wspomina.
To był w tamtym czasie drugi GS w kraju pod względem finansów, rentowności
– podsumowuje krótkie wspomnienie złotych czasów zakrzewskiej spółdzielni. Na koniec, zapytany o obecną kondycję GS–u, wyraża przekonanie, że gdyby dalej prezesował w spółdzielni, ta wyglądałaby dzisiaj inaczej. Dlaczego przeszedł na emeryturę?
Miałem takie prawo i chciałem z niego skorzystać. Szkoda było zdrowia.
Małżonka nigdy nie miała do męża pretensji, że ten udzielał się na tylu polach. Przyznaje, że czasami odbywało się to jednak kosztem rodziny i domu.
Byłam młoda i zdrowa, więc nie było problemu. Pochodziłam z gospodarki, więc znałam robotę
– podkreśla pani Weronika.
Dzieci i dom to były głównie moje obowiązki, ale prawda jest też taka, że gospodarstwo prowadziliśmy wspólnie. Zawsze dobrze się w tym względzie dogadywaliśmy
– dodaje elegancko ubrana starsza pani.
Do dzisiaj dobrze się dogadujemy
– jej mąż dorzuca z uśmiechem. Jubilaci uważają się za zgodne małżeństwo. Zaradność, pracowitość, wyrozumiałość i dbałość o rodzinę – w tym upatrują recepty na szczęśliwe, małżeńskie życie.
Nie narzekają dzisiaj, nie narzekali też za komuny. Socjalizm nigdy nie przeszkadzał Buławie w realizowaniu się zawodowo czy społecznie. Z jednej strony był członkiem partii – jak sam podkreśla, z konieczności i przymusu, bo tylko tak można było cokolwiek załatwić – z drugiej, przez długi czas był też członkiem rady parafialnej.
Przez lata nigdy nie miałem problemów z tego powodu, że nie odżegnywałem się od kościoła
– wspomina.
Jak w 1989 kaplicę naszą święcili, prymasa Glempa też przyjmowałem
– opowiada z satysfakcją.
O jego społecznej pozycji świadczy także fakt, że przez trzydzieści lat był też ławnikiem i kuratorem sądowym. Jednak przede wszystkim samorządowcem. Radnym był przez siedem kadencji, w tym przez jedną przewodniczącym Rady Gminy Zakrzewo. Z samorządem rozstał się w 2002 roku. Każdy w Zakrzewie wie, że on i Jerzy Podlewski to był nierozłączny duet. Nie neguje opinii, że był prawą ręką byłego wójta.
Od czasu jak Podlewski przeszedł na emeryturę, w gminie nie byłem
– przyznaje.

W sobotniej uroczystości udział wzięło kilkadziesiąt osób
Były wójt i jego małżonka byli wśród kilkudziesięciu osób, które w sobotę 18 czerwca wspólnie z jubilatami świętowały 60. rocznicę małżeństwa. Najpierw w zakrzewskim kościele, później w – a jakże – geesowskiej restauracji „Pod sosną”. Najbliżsi jubilatów to m.in. troje dzieci, siedmioro wnucząt i dziewięcioro prawnucząt.
Dobrze wspominamy wspólne lata
– jubilaci mówią na koniec naszego spotkania.
Trudno uwierzyć, że minęło aż sześćdziesiąt lat
– przyznaje pani Weronika. W zamyśleniu i z nostalgią podkreślają, że są pierwszymi w swoich rodzinach, którzy dożyli tak zacnego jubileuszu. Nie mają już nikogo ze swojego rodzeństwa. Są obecnie najstarszymi świadkami historii ich rodzin.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze