Reklama

Do dziś jestem popularny

05/11/2017 08:00
Marek Bednarek to marka sama w sobie. Twórca sportowych sukcesów młodzieży i roztargniony matematyk w jednym. Właśnie stuknęła mu czterdziestka... pracy zawodowej

Czterdzieści lat pracy zawodowej, w tym trzydzieści sześć w szkole to mnóstwo czasu. Gratuluję.

Dziękuję bardzo. A wie Pan, jaka była moja pierwsza praca? Byłem technikiem elektronikiem w Zakładzie Urządzeń Technologicznych w Szczecinie.

To jak Pan został nauczycielem?

To przez żonę. Ona była już nauczycielem, więc stwierdziliśmy, że będzie nam wygodnie, jeśli oboje będziemy pracować w szkole. Razem będziemy np. mieć wolne. Zawsze byłem aktywny sportowo, jako uczeń reprezentowałem szkołę w piłce nożnej, ręcznej i koszykowej, więc pomyślałem, że mogę się sprawdzić jako nauczyciel wychowania fizycznego.

Jednak zaczął Pan od matematyki.

W 1981 roku skończyłem kurs pedagogiczny i podjąłem pracę w Wielkim Buczku jako nauczyciel matematyki. W międzyczasie studiowałem tę matmę.

Reklama

Wychowanie fizyczne i matematyka – to do siebie nie pasuje.

Dlaczego? Matematycy czasem wyglądają na kujonów, a my na studiach mieliśmy niezłą drużynę piłkarską. A w Buczku, choć to była mała szkółka, osiągaliśmy sukcesy sportowe. Na przykład z jedenastoma uczniami w klasie kilka razy z rzędu wygraliśmy mistrzostwa powiatu w piłce ręcznej.

Teraz rozumiem, dlaczego trafił Pan do Lipki…

Taki transfer. Dzieciaki z Wielkiego Buczka wygrywały z uczniami z Lipki, więc pani dyrektor mnie zatrudniła.

Znalazł Pan wspólny język z dziećmi?

Z dziećmi i z rodzicami! Taką miałem łatwość nawiązywania relacji. Od razu, chyba po tygodniu pracy, wiedziałem, że to jest to. Do dzisiaj jestem popularny. W końcu wychowałem jakichś stu pięćdziesięciu młodych piłkarzy. Powiem więcej: rodzice chcą, bym uczył ich dzieci i wuefu, i matematyki. Gdy 1 września czytają, które klasy będę uczyć, to zbieram owacje.

Reklama

Kiedy zaczął Pan pracę w Lipice szkoła nie miała sprzętu sportowego. Wtedy wkroczył Pan…

Moment i uzupełniłem ten sprzęt. Było tak: wokół boiska wkopane były kwarcowe krawężniki, co było bardzo niebezpieczne. Zadzwoniłem więc do trzech kamieniarzy, którzy je kupili. A ponieważ to był mój pomysł, to dyrekcja pozwoliła mi te pieniądze wydać na sprzęt sportowy. Kupiliśmy komplet strojów, ze dwadzieścia piłek itd.

Było czym grać, Pan uzupełnił wykształcenie i był już wuefistą z papierami. Wówczas założył Pan Uczniowski Klub Sportowy „Sokół”.[[pay]]

Jego początki to lata dziewięćdziesiąte, piękne czasy. Grając w piłkę nożną nie tylko reprezentowaliśmy szkołę i gminę, ale też województwo i kraj. To także dzięki współpracy z Salosem z Debrzna. Regularnie graliśmy w finale krajowym, dzięki czemu zwiedziliśmy całą Polskę, byliśmy też za granicą. Zostaliśmy też wicemistrzami Europy, po przegranej w Warszawie z Hiszpanami z Valencji 1:5. Może aż tak nas nie zlali, ale różnica klasy między nami była...

Reklama

Jakie metody nauczania stosuje Pan na wychowaniu fizycznym?

Przede wszystkim pracę indywidualną. Od zawodników urodzonych do sportu wymagam zdecydowanie więcej, a dla tych mniej sprawnych wprowadzam ćwiczenia inne, by mieli satysfakcję z ruchu. Gdy dzieciaki kończą lekcje mają być zadowolone. W 90% udaje mi się to zrobić.
Poza tym gdy moi zawodnicy, grając mecze, zwiedzali, to mieli dodatkową motywację, by się starać. Pochwalę się, że w jednym sezonie jako juniorzy wygraliśmy ligę okręgową z bilansem 115 bramek strzelonych, 9 straconych i kompletem punktów.

„Sokół” nadal działa? Wiem, że Pan już się nim tak nie interesuje jak niegdyś.

W tym roku nie podjąłem pieniędzy z gminy na ten klub, bo działam też w Gminnym Towarzystwie Sportowym, którego drużyna gra obecnie w B klasie. W „Sokole” pracuje za to Krzysiek Redzimski.

Reklama

Sport jest Pańską miłością, a matematyka? Lubi jej Pan uczyć?

Pewnie, że tak. Pasjonuję się nią, w wolnych chwilach rozwiązuję zadania, bawię się liczbami. Niestety nie mam czasu wypracować olimpijczyka, bo popołudniami poświęcam się treningom piłkarskim. Ale zawsze gdy moi uczniowie piszą testy, to osiągają wyniki powyżej średniej powiatu i województwa.

Gwarantuje Pan sukces?

Testy o tym mówią. Trzy lata temu byliśmy na pierwszym miejscu. Nawet mimo słabej klasy w tym roku mieliśmy miejsce trzecie.

Ciekaw jestem, co Pan robi, by zachęcić dzieci do nauki matematyki.

Cały sukces na lekcji polega na uważności. Jestem tak skoncentrowany, żeby to moje skupienie przenosiło się na uczniów. Bez przerwy monitoruję klasę, dzielę uwagę między to co tłumaczę i reakcje uczniów. Po takiej lekcji jestem trochę wypompowany, ale ten sposób przynosi efekty.

Reklama

Tu też dzieli Pan uczniów na tych z drygiem do matmy i bez niego?

W matematyce pracuję na trzech poziomach: uczniowie zdolni z tym, jak Pan mówi, drygiem, rzemieślnicy, którzy nadrabiają pracą i ci, którzy nie nadążają za materiałem. Z nimi też pracuję indywidualnie, ale moim sukcesem jest to, że moi uczniowie nie boją się matematyki.

Niemożliwe.

Tak, bo nie stawiam jedynek przy tablicy. Uczniowie chętniej się wykazują, podchodzą do zadań, bo wiedzą, że nic im nie grozi. Gdy pytam: kto to zrobi, to jest między uczniami wręcz walka: ja, ja, ja! Nawet jeśli popełnią błąd, to ja go skoryguję. Bez konsekwencji.

Reklama

Trzydzieści sześć lat w zawodzie nauczyciela, a Pan twierdzi, że wciąż chce się Panu przeciwstawiać klątwie „obyś cudze dzieci uczył”.

Lubię tę pracę. Mam satysfakcję, gdy moi uczniowie dobrze napiszą testy i gdy osiągną wynik w turnieju piłkarskim. Wie pan, że byli uczniowie pamiętają te sukcesy, a przez to mnie? Czasami próbuję się przed nimi ukryć na ulicy, bo wciąż mnie zaczepiają: dzień dobry, dzień dobry...

Są wdzięczni, po prostu?

Pewnie tak.

Myśli Pan już o emeryturze? W sumie już mógłby Pan na niej być.

Prawa emerytalne nabyłem dziesięć lat temu, bo miałem trzydzieści lat pracy, w tym dwadzieścia pięć przy tablicy. Nie poszedłem na emeryturę, bo nie wyobrażam sobie siebie w domu w kapciach. Póki mam siłę, będę pracować. Zwłaszcza, że mam zadanie do wykonania.

Reklama

Jakie?

Wychować nowych trenerów, którzy mnie kiedyś zastąpią. Mamy akces trzech chłopaków, którzy już za rok będą się tutaj mocniej angażować. Na przykład Krzysiek Redzimski.

Pomówmy o Pana ukochanej piłce nożnej. Uważa Pan, że Lipka wykorzystuje swój potencjał w tym sporcie?

Nie do końca, ale problemem jest to, że młodzi ludzie wyjeżdżają za granicę i do większych miast. Uczę już dzieci swoich absolwentów, a nawet jedną wnuczkę, ale czy one tutaj zostaną? Czy ci chłopcy zasilą szeregi choćby GTSu?

GTS umierał już kilka razy, a Pan z innymi pasjonatami go reanimował. Teraz jakoś działacie.

Największy kłopot był w latach, gdy Lipkę reprezentować przestali żołnierze z jednostki w Debrznie Wsi. Za ich czasów nasi nie mogli przebić się do drużyny i tradycja piłki nożnej w Lipce niemal umarła. Teraz to się zmieniło. Mieliśmy problemy, załamania, ale sprawę trochę uratowało to, że wyszkoliłem te młode roczniki.

Reklama

Zaszczepia Pan w lipczanach jeszcze jeden sport – bule. Skąd ten pomysł?

Bakcyla złapałem we Francji, podczas obozu sportowego z piłkarzami. Spróbowałem i pokochałem tę zabawę. To fajna gra towarzyska, w którą np. gramy ze znajomymi na plaży podczas urlopu nad morzem. W Lipce zaszczepiłem ten sport uczniom, gramy też turnieje z okazji dożynek czy Święta Wsi Krajeńskiej. Pasjonatów tej gry jest u nas ponad dwudziestu.

Marek Bednarek to człowiek o wielu twarzach. Jedną z nich jest biznesmen. W Krajowym Rejestrze Sądowym znalazłem informację, że przez 24 lata prowadził Pan własny biznes.

Najpierw na trasie 22, w okolicach Cieżni, prowadziłem w wakacje restaurację Stara wozownia. Ciężko było, bo dzieci mieliśmy małe, a one były tam z nami… Potem wymyśliłem i prowadziłem w wakacje bar nad jeziorem w Człuchowie. Super sprawa, bo dzieciaki całe wakacje spędzały nad wodą, szybko tam nauczyły się pływać. Ten bar miałem do roku 2015. Prowadziłem też z uczniami sklepik szkolny, a potem już sam sklep przyszkolny. Ze względu na bezpieczeństwo, żeby dzieciaki nie biegały po Lipce po coś do jedzenia czy picia.

Reklama

Gdy pytałem o Pana w Lipce usłyszałem, że jest Pan bardzo nakręcony na sport, szkoli młodzież, organizuje turnieje, ale do spraw formalnych podchodzi po macoszemu.

Taki mam charakter. Nigdy nie byłem mocny w sprawach papierkowych. Sprawozdanie dla gminy albo starostwa? Albo nie napiszę, albo zapomnę… To nie jest moją mocną stroną.

A matematyka? Matematycy chyba są uporządkowani?

Skąd, jeden z najlepszych matematyków, profesor Banach ze Lwowa, matury nie zdał. A potem został profesorem matematyki nie mając trzydziestki. Szacuję, że połowa matematyków to życiowe niedorajdy. Sam na studiach miałem nauczyciela (mocny był, dużo mnie nauczył), któremu zdarzało się przyjść na uczelnię w kapciach!

Żałował Pan kiedykolwiek, że został nauczycielem?

Nigdy, bo nie miałem problemów z uczniami. Lubię ten zawód i z podopiecznymi zawsze znalazłem wspólny język.

Reklama

Rozmawiał Łukasz Opłatek [[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    koleżanka - niezalogowany 2017-11-05 17:21:48

    Znam Marka od wielu lat. Nie uczył moich dzieci,bo tak wyszło, ale jedno powiem jest On świetnym matematykiem (dobrze, jasno i prosto tłumaczy). I tyle.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Kibic - niezalogowany 2017-11-05 15:33:59

    Zawsze mylony z Andrzejem. Dlatego popularny, he, he.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Wiesiek - niezalogowany 2017-11-05 11:46:58

    Znam Marka ponad 30 lat , to dobry kolega i przyjaciel.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości