Reklama

Dostarczycielka radości

10/09/2015 06:05
Wynajęta na godzinę musi przebrać, umyć, pocieszyć. I tak sześć razy dziennie. Opiekunka środowiskowa to zawód przyszłości?

Brzydzę się. Jest nieznośna. Boli mnie kręgosłup. Pracuję i nie mam czasu... Jest wiele powodów, dla których dzieci nie zajmują się chorymi i niedołężnymi rodzicami. Są też w Złotowie osoby starsze, które nie mają rodzin, a potrzebują opieki. Rękę do nich wyciąga pomoc społeczna. Często jest to dłoń pani Małgorzaty.

Siłaczka

Waży 54 kilogramy, ale w czarnej sukni do ziemi wygląda na jeszcze lżejszą. Nie widać jej stóp, więc sprawia wrażenie, jakby się unosiła. Jak uwierzyć w to, że siłuje się z osobami dwa razy cięższymi od niej? Leżącymi i wpółleżącymi... - Miałam fantastyczną nauczycielkę, która pokazała mi parę chwytów. Wiem, jak złapać podopiecznego, by go nie uszkodzić– pani Małgorzata od ponad trzech lat opiekuje się chorymi i samotnymi mieszkańcami Złotowa. - No i wiem, jak to robić, by nie zrobić krzywdy sobie – dodaje, poprawiając okulary przeciwsłoneczne. Na spotkanie nie przyjechała rowerem, bo ma przerwę. Jednośladu natomiast używa do odwiedzania podopiecznych. - Mam osoby „rozłożone” po całym mieście. Zaczynam na Westerplatte, potem jadę na Dworzaczka, Kujańską, Słowackiego, znowu na Kujańską, jeszcze Jastrowską, a kończę na Brzuchalskiego – pani Małgorzata wyliczyła, że jeżdżenie po mieście autem byłoby nieopłacalne. Uwija się więc, bo wynajmują ją na godziny.

Reklama

Więzień własnego ciała

Pan Andrzej ma 61 lat i sprawny umysł. Tylko ciało zepsute. Nawet z kaczki nie skorzysta. Jest pampersowany. Jego pani Małgorzata odwiedza najpóźniej. - Muszę go umyć i przebrać wieczorem, bo przecież nie pójdzie spać o 18:00. Jego umysł pracuje normalnie – kobieta tłumaczy, że najtrudniej jest być więźniem własnego ciała. Nie móc się obrócić czy wstać do toalety i mieć świadomość, że jest się zależnym od kogoś obcego. Kogoś na 60 minut.

- Tyle mam czasu, żeby do danej osoby wpaść, przewinąć ją, umyć, nakarmić, podać leki i poćwiczyć. Rozmawiamy w międzyczasie – to się nazywa wielozadaniowość. - Przy osobach leżących ta godzina to jest mało, ale to zależy od rodziny. Za tyle płaci i ja muszę uwijać się tak, by się w niej zmieścić. Jak się spóźnię, bo zimą nasze ścieżki i chodniki często nie są odśnieżone, to muszę zostać dłużej. Choć z drugiej strony czasem wykonuję pracę ponad ten czas. Nie zostawię przecież osoby do połowy rozebranej czy bez opatrunku – pani Małgorzata odgania kolejną osę. Boi się ukąszenia, bo jest uczulona, a za godzinę musi być u podopiecznego.

Reklama

Aniołek zrobi kaszkę

Pani Lusia ma 96 lat i zmienia się w dziecko. Wielu rzeczy nie rozumie i już nie potrafi. Może i lepiej, że czeka na Gosię, bo sama zrobiłaby by sobie krzywdę. - Otwieram drzwi, mówię: Dzień dobry pani Lusiu, a ona odpowiada: Boże, mój kochany aniołek zrobi mi kaszkę manną... - opiekunka ma klucze do wszystkich podopiecznych. Na wszelki wypadek.

Pani Lena gotuje sama, ale ktoś musi jej zrobić zakupy. Dobrze też, jeśli czasem zmierzy ciśnienie. No i po prostu dotrzyma jej towarzystwa.

Pani Tereska radzi sobie sama, tylko porozmawiać nie ma z kim. Tu godzinka to stanowczo za mało. Tak, za rozmowę też się płaci. - Najczęściej ze starszymi ludźmi rozmawiam o polityce. Oni ten temat uwielbiają. Nie denerwuję ich, sami zaczynają mówić, że np. prezydent latał za nasze pieniądze w prywatnych sprawach. Czasem opowiadają o swoich rodzinach, co przydarzyło się córce czy synowi – mimo ponad pięćdziesięcioletniej różnicy wieku pani Małgorzata świetnie dogaduje się z podopiecznymi. Najczęściej uśmiechem. - Ostatnio pani Tereska mi powiedziała: nie wiadomo, jak źle bym się nie czuła, jak wchodzisz czuję w twoim głosie radość. Tak trzeba. Miałabym przyjść do podopiecznego z nosem na kwintę i opowiadać mu smutne rzeczy? Taka osoba potrzebuje radości, uśmiechu i wsparcia.

Reklama

Mam dość

Krzysztof ma silne ręce. Zanim los posadził go na wózku używał ich w ringu. Na niego uśmiech opiekunki nie działa. Przynajmniej nie od razu. - Były zgrzyty między nami. Przez pierwszy tydzień odzywaliśmy się do siebie jak wrogowie. Z czasem przywykł jednak do tego, że jestem. Wcale nie był taki zły jak ludzie mówili. Musiałam go podnosić, sadzać na wózek, a on dużo mi pomagał, bo ręce miał sprawne – pani Małgorzata o nikim nie mówi złego słowa zwłaszcza o zmarłym. - Jak się przebywa z chorymi, starymi i niedołężnymi, to trzeba mieć dużo serca i cierpliwości – twierdzi, gładząc ciasno związane włosy. Przyznaje jednak, że czasem ludzie, których spotyka, wysysają z niej energię. Nadużywający alkoholu, agresywni, zgorzkniali… - Potrafi ktoś chodzić za tobą i mówić: tego nie rób, tego nie dotykaj. Albo zadzwonić po godzinach z pytaniem, dlaczego zabrałam mu mleko z lodówki. Tłumaczę spokojnie: mleko stoi w lodówce... „Nie ma!”. Jest. „Nie ma! Przecież sprawdzałem!” Proszę zobaczyć na drzwiach... „Jest. Na razie...” - kontakt do opiekunek mają zwykle rodziny podopiecznych, ale udostępniają je chorej mamie czy tacie. Tak zaczyna się „praca” po godzinach.

Zresztą rodziny to często największy minus tej pracy. Płacą, więc wymagają? W porządku. - Problem w tym, że często wiedzą wszystko lepiej. Jak zrobić opatrunek też, choć z odleżynami mają styczność po raz pierwszy, przy mamie właśnie – może w ten sposób zagłuszają wyrzuty sumienia?

Reklama

Na szczęście każdy medal ma dwie strony: - Są osoby, które odsuwają się na bok i tylko patrzą, uczą się. Zdarza się też, że pomagają mi, proponując na przykład, bym w święta zrobiła sobie wolne, bo one zajmą się w tym czasie mamą. No i mam godzinę wolnego...

Umierają, ale nie przy mnie

Czasem po przekręceniu zamka nie słychać „Dzień dobry” ani pytania o kaszkę. Bywa, że opiekunki wita śmiertelna cisza. - Mnie się to nie zdarzyło, ale koleżanki znajdowały podopiecznych martwych – pani Małgorzata liczy, że jej to nie spotka. Dlatego ściśle przestrzega zaleceń lekarzy i prowadza podopiecznych do przychodni. Choćby namawiać ich miała kilka dni. - Momentami stawiają opór. Pytają: Po co mi to? Pójdę, jak będę chora. A to, że przyjmują garść tabletek jest nieważne.

Reklama

Cierpliwość w kontaktach ze staruszkami to podstawa. Nawet ich upór można przekuć w coś pozytywnego. - Miałam pod opieką panią, która uwielbiała chodzić do lekarza, by od niego słyszeć, że nic jej nie jest. Trzy razy w tygodniu mówiła: „Idziemy do lekarza, bo źle się czuję”. Szłyśmy, lekarz mówił, że jest ok i wracałyśmy. To był doskonały spacer – śmieje się złotowianka. Nie przestaje się śmiać, gdy zapewnia, że kocha swoją pracę i nigdy jej nie rzuci. - Ta radość w oczach mojej Lusi czy Tereski... To, że się cieszą, że jestem z nimi i im pomagam jest niesamowitym uczuciem...

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości