W ramach wakacyjnego relaksu przypominamy Wam najlepsze teksty tego roku - tym razem w wersji otwartej!

Pierwszy powojenny zakład fryzjerski w Okonku kończy w maju 70 lat. Przewinęły się przez niego całe pokolenia Szawłowskich. W tych murach rozegrało się wiele historii, o których mówią Hanna z Dagmarą
Henryk Szawłowski w 1946 r. otworzył pierwszy, powojenny zakład fryzjerski w Okonku. Mężczyzna przyjechał tu z Raciąża koło Płocka w lipcu 1945 r., po zakończeniu walk. Wcześniej znajdowały się tu trzy jego siostry, które jednak wyjechały. Historia pana Henryka, która działa się podczas wojny, to materiał na całkiem inną opowieść. Wystarczy powiedzieć, że przebywał w hitlerowskim obozie w Działdowie, gdzie już wtedy strzygł niemieckich oficerów. Później przeniesiono go na wschód, do Kaliningradu. Tam pracował w zakładzie „u Niemca”, ale zdołał uciec z powrotem do rodzinnego miasta. Tam został złapany i wywieziony do Niemiec. Na zachodzie doczekał końca wojny, a później znalazł się w Okonku.
Pierwszy zakład znajdował się tuż obok obecnego, czyli tam, gdzie teraz jest Bank Spółdzielczy, a wcześniej był sklep nabiałowy. Jak wspomina córka Henryka, Hanna Stychlerz, tata otworzył interes i szybko musiał go zamknąć.
- Nie szło wtedy pracować. Po pierwsze dlatego, że ludzi jeszcze było mało, a po drugie władza komunistyczna wtedy obłożyła prywaciarzy ogromnymi podatkami, starała się zdusić w zarodku wszelkie inicjatywy – mówi.
Mimo tych przeciwności losu zakład funkcjonował przez dwa lata. Jednak w 1948 r., po wzięciu ślubu z poznaną w Okonku Stanisławą (która przyjechała tu tuż po wojnie z Warszawy), Henryk zdecydował się porzucić zajęcie i zatrudnił się w miejscowych zakładach włókienniczych. Tam przepracował zaledwie pięć lat. W 1953 r., po śmierci Stalina, w Polsce następowała komunistyczna odwilż, czyli złagodzenie represyjnej polityki władz.
- Wtedy dało się już pracować. A pracy było mnóstwo!
Wznowienie fryzjerskiego interesu, już w mniejszym lokalu, położonym tuż za ścianą starego, było strzałem w dziesiątkę. Zapotrzebowanie na takie usługi w Okonku okazało się ogromne. Jak mówi Hanna, tata, który do 1958 r. pracował sam i zajmował się tylko strzyżeniem męskim, miał pełne ręce roboty.
- Tata potrafił pracować w sobotę do późna, a później w niedzielę od rana, tylu było klientów.
Fryzjerskiemu mistrzowi przydałaby się zatem pomoc. Namówił swoją małżonkę Stanisławę, aby ta porzuciła pracę w Banku Spółdzielczym i zajęła się w zakładzie fryzjerstwem damskim.
– Mama w grudniu 1957 r. pojechała na trzy miesiące do Warszawy, żeby uczyć się zawodu. Dzisiaj taka nauka trwa trzy lata – mówi.
Po powrocie mama pani Hanny została rzucona przez męża od razu na głęboką wodę. Jak wspomina córka, mama była tym wszystkim przerażona.
– Pracowała przy kociołkach, trwałych na gorąco, parze. To wszystko było dosyć niebezpieczne – wspomina. Zakład przedzielono na pół, a małżeństwo zajmowało się kobietami i mężczyznami osobno.
Stanisława pracowała w zakładzie do śmierci w 1980 roku. Henryk, oprócz fryzjerstwa, umiłował sobie również sport. Grał w okoneckim Włókniarzu, potem był jego trenerem i prezesem. Wchodząc do zakładu można go było często zobaczyć zatopionego w lekturze „Przeglądu sportowego”. To również Henryk Szawłowski założył koło hodowców gołębi pocztowych w Okonku i przez długie lata był jego prezesem. W jego zakładzie, a latem na ławeczce przed budynkiem, przesiadywali i dyskutowali podobni jemu hobbyści. Przepracował jako fryzjer 61 lat, strzygł niemal do śmierci w 2005 roku.
W ślady rodziców poszła córka Hanna. Jak przyznaje, nie miała za bardzo wyboru.
– W dniu moich piętnastych urodzin tata po prostu zagonił mnie do pracy. A my byliśmy na nich wściekli, że tam pracują, nie chcieliśmy mieć z zakładem nic wspólnego – mówi. Jak wspomina, niechęć do zakładu była spowodowana tym, że rodzice poświęcali na pracę każdą chwilę.
– Nigdy ich nie było w domu, a my jako dzieci po prostu za nimi tęskniliśmy. W dzień do nich chodziliśmy, ale wieczory już spędzaliśmy z rodzeństwem sami. Byliśmy na nich wiecznie źli za to. Wiadomo, że im starsi byliśmy, tym bardziej się przyzwyczajaliśmy i chodziliśmy własnymi drogami.
Młoda Hanna, chociaż wolałaby pracować na poczcie, nie miała zatem wyboru.
– Bałam się, że przez to, że ich ciągle w domu nie ma, to mnie też nie będzie. Bałam się takiego uwiązania, bo to wtedy była prawdziwa służba. Dzisiaj to ja decyduję, kogo i o której przyjmuję – dodaje.
Przez rok obserwowała, jak ojciec z matką pracują, zamiatała, sprzątała, trenowała „na sucho”. Pierwsze próby robiła na ojcu.
– Zawsze tak jest, że szef jest pierwszym klientem. Strzygłam, jak strzygłam, ale ojciec był wyrozumiały i nie krzyczał. Nie pamiętam już, kogo z obcych pierwszy raz obcinałam, ale na początku było tak, że tato zawsze coś tam poprawiał – mówi Hanna, która łączyła ze sobą strzyżenie męskie i damskie.
Z biegiem czasu zaczęła się jednak przekonywać do tego zajęcia. Zauroczyła się w klimacie panującym w zakładzie, polubiła przychodzących tu ludzi, którzy dzielili się swoimi historiami.
– To było wręcz miejsce na cotygodniowe spotkania towarzyskie dla niektórych – dodaje. Kiedy na świecie pojawiły się jej córki, wtedy zdała sobie sprawę, że robi to samo co jej rodzice: żyje zakładem.
Jej córki to Dagmara, Maja, Justyna i Sonia. Dwie ostatnie z tym zawodem nigdy nie chciały mieć nic wspólnego. Maja przez jakiś czas strzygła okoneckich klientów, jednak teraz odkrywa inne aspekty branży beauty. W Okonku tnie jeszcze Dagmara, która to, że będzie fryzjerką, wiedziała od początku.
– Kręciłam się po zakładzie, często odrabiałam tu lekcje – wspomina. Jej talent do nożyczek objawił się wcześnie, gdy mama poprosiła ją o obcięcie grzywki. – Zrobiła to idealnie, bez żadnego przygotowania – dodaje Hanna.
– A w głębi serca też marzyłam o pracy na poczcie – dodaje ze śmiechem Dagmara.
Panie przyznają, że bycie fryzjerem to wbrew pozorom ciężki kawałek chleba. Bywają takie dni, że na nogach trzeba stać nawet 12 godzin, a po takim czasie ma się wszystkiego po prostu dość.
– Nasze choroby zawodowe to problemy z żołądkiem, żylaki i głuchota, od maszynek i suszarek – mówi Hanna. Dagmara dodaje, że stojąca praca wpływa również na wady postawy, a dodatkowo fryzjerki ciągle są narażone na wdychanie różnych aerozoli.
– Z boku to się wydaje fajne zajęcie. Takie ciach, ciach i następny klient. Ale to jest zawód bardzo wymagający, w którym nie masz za dużo czasu dla dzieci i rodziny. Klienci tego nie widzą, a bywało, że mama przed świętami siedziała w zakładzie nawet do 2 w nocy! – dodaje Dagmara, dla której najbardziej wymagającymi okresami w pracy są właśnie te przed świętami czy sylwestrem, kiedy nagle wszyscy chcą mieć zrobione fryzury w jednym czasie.
Oprócz tego fryzjer musi być trochę psychologiem i... dyplomatą. Bywa, że panie stawiane są w sytuacji, kiedy życzenie klienta co do efektu końcowego mija się z tym, na co faktycznie pozwalają jego włosy.
– Trzeba wówczas delikatnie porozmawiać i nakierować na inne rozwiązanie. Lepiej tak niż później spotkać się z niezadowoleniem co do fryzury – mówią.
Najtrudniej pracuje się z małymi dziećmi, które przy pierwszych wizytach potrafią płakać, krzyczeć, wyrywać się z fotela. Dagmara przyznaje, że w takich przypadkach cierpliwa praca przy każdej wizycie jest kluczowa, aby dziecko w końcu zaufało fryzjerowi.
– Zdarzało się, że obcinałyśmy płaczące dzieci na podłodze. Ale fajne jest obserwowanie procesu, jak po którejś wizycie takie dziecko się zmienia – mówi.
Dawne fryzjerstwo z pewnością miało swój urok, jednak ani Dagmara, ani jej mama Hanna nie uważają, że „kiedyś to było czasy”. Jak wspominają, zakład zawsze pękał w szwach od ludzi, którzy potrafili przesiedzieć tu cały dzień, czekając tylko na swoją kolej.
– Że też ktoś wtedy nie wpadł na to, że można się zapisywać na określone godziny. Nie pojmuję tego! – śmieje się Dagmara. I faktycznie, żeby wówczas zrobić trwałą, panie brały cały dzień wolnego od prac domowych czy obowiązków służbowych.
Jak wspominają kobiety, wówczas fryzjerstwo było o wiele trudniejsze niż dzisiaj i… bardziej niebezpieczne.
– Miałyśmy bardziej odpowiedzialną pracę. Klientkom na głowie gotowała się woda, a rurki w tych urządzeniach lubiły pękać. Wrzątek mógł się wylać na klientkę, oparzyć ją dotkliwie. Uczennice stały i tego pilnowały – wspomina. Później technologia robienia trwałych trochę się unowocześniła i zrobiło się prościej.
Panie ubolewają natomiast trochę nad tym, jaki los spotkał klasyczną brzytwę, której w zakładach fryzjerskich już się nie spotka. Wiele lat temu zakazał tego Sanepid, ze względu na higienę i bezpieczeństwo pracy. Brzytwy kute zastąpiły brzytwy na wymienne ostrza.
– Teraz, żeby zadbać o brodę, trzeba iść do barbera. Kiedyś to było w usługach każdego fryzjera. Teraz już się nawet tego nie uczy młodych fryzjerek. Ja jeszcze to potrafię. Kiedyś przyjechał do nas facet, który jechał nad morze z Krakowa i zatrzymywał się u fryzjera w każdej miejscowości po drodze i pytał o taką usługę. Jaki był szczęśliwy, że w końcu na kogoś trafił – śmieje się.
Przez lata pracy w zakładzie uzbierało się sporo zabawnych historii.
– Jedna klientka przed Wielkanocą musiała odczekać swoje osiem godzin w kolejce. Poprosiła mnie, żebym napisała jej usprawiedliwienie dla męża, który był na nią zły, bo byli handlarzami, że w tak gorącym okresie jej nie ma. Co miałam robić, napisałam i postawiłam pieczątkę – śmieje się.
Kiedy indziej klientka zażyczyła sobie, żeby ją przefarbować na blond.
– Wchodzi mąż, przygląda się jej przez dłuższą chwilę i w pewnym momencie mówi: W takich włosach nie wpuszczę cię do domu. Kobieta prosi, żeby przefarbować z powrotem na czarne, bo on mówi poważnie. Cóż, musiałam to zrobić – wspomina Hanna.
Ale chyba najśmieszniejsza sytuacja zdarzyła się bardzo dawno temu, kiedy w Okonku były jeszcze targi. Takie typowe, na których handlowano końmi, prosiakami, kurami, zbożem. Jakaś kobieta przyjechała ze wsi z mężem na wozie, on stał z prosiakami na rynku, a ona, korzystając z okazji, przyszła do fryzjera.
- Po kilku godzinach wpada jej mąż, strzela w zakładzie z bata i krzyczy: Natychmiast ładuj się na wóz! Kobieta, chcąc nie chcąc, siadła na wóz, którym on podjechał pod zakład i odjechali – opowiada.
Chociaż Hanna, pomimo emerytury, jeszcze czynnie siedzi w zawodzie, to zakładem głównie zajmuje się już Dagmara. Czy rodzinny interes doczeka się następców? Syn Dagmary, Jędrek, co prawda szkoli się w Gdańsku na barbera, jednak najprawdopodobniej nie będzie widział swojej przyszłości w Okonku. Córka Mai, Soraja skończyła co prawda technikum fryzjerskie, jednak dalej poszła bardziej w kierunku kosmetyki.
– Pozostałe wnuki jeszcze rosną. Czy będą zainteresowane tym? Ciężko powiedzieć – dodaje na koniec Hanna.
Hubert Nowak

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Bardzo miłe panie niech działają jubileusz wspaniały gratulacje
Gratulacje
Gratulacje
Jak się umie to się ma.
Mile oooooooo????
Z czym do ludzi XD
Pan Heniu to był gość
Miłe? Za wtopy nie potrafiły się zrehabilitować. Dzięki, ale nie.
Bardzo miłe panie niech działają jubileusz wspaniały gratulacje
Gratulacje
Gratulacje