Choć data może na to wskazywać, to nie żart. 1 kwietnia Kazimiera i Franciszek Głyżewscy obchodzili rocznicę 60–lecia zawarcia związku małżeńskiego. Doczekali się trójki dzieci, sześciu wnuków i trzech prawnuczek. Jak mijały im te lata?
– Żonę znam od 16 roku życia. Siedem lat ją obserwowałem i zabiegałem o nią – zaczyna z uśmiechem pan Franciszek, pochodzący z Klarynowa, leżącego na granicy gmin Łobżenica i Więcbork. Kazimierę Wnuk z Topoli, późniejszą małżonkę, spotykał m.in. w kościele parafialnym pw. św. Mikołaja w Dźwiersznie Wielkim, ale też na wiejskich zabawach.
– Raz te rozmowy wychodziły lepiej, raz gorzej, jak to w życiu – śmieje się pani Kazimiera. Młodzieńczą miłość przerwała najpierw „Służba Polsce”, do której skierowano pana Franciszka, a później służba wojskowa. Do kobiety swego życia mógł tylko wzdychać we wspomnieniach.
– Na powrót nasze drogi zeszły się na stacji kolejowej w Runowie Krajeńskim. Ja wracałam pociągiem od siostry z Zakrzewa, mąż jechał z pracy, bo był już wtedy kierowcą w PKS–ie w Sępólnie Krajeńskim – mówi pani Kazimiera.
– To była długa droga do domu. Teczkę schowałem i odprowadziłem ją – wtrąca pan Franciszek, uśmiechając się do żony. Zaiskrzyło na dobre.

Przed wojskiem pana Franciszka wcielono to tzw. Służby Polsce
1 kwietnia 1959 roku w kościele w Dźwiersznie Wielkim przyrzekli sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że się nie opuszczą aż do śmierci. Wesele odbyło się w Topoli, w domu rodzinnym pani Kazimiery.
– Świniaki były bite, kurczaki skubane. Moja mama bardzo dobrze gotowała, odziedziczyłam to po niej. Samego gotowania to były ze trzy dni roboty – wspomina ten dzień pani Kazimiera. W rodzinnej kronice zachował się wpis mówiący o tym, że „Wesele było w Topoli, Oj kogo nie bolała głowa po tej swawoli”.
– Trochę się do tego przyczyniłem. Miałem już wtedy pasiekę i na stołach królowała własnej roboty miodówka, która bardzo smakowała gościom – wspomina pan Franciszek. Głyżewscy jeszcze mieszkali w Topoli, gdy ich rodzina się powiększyła. Na świat przyszedł pierwszy syn – Roman. Na początku lat 60–tych rodzina przeprowadziła się do mieszkania przy ul. Władysława Jagiełły w Krajence, które należało do rodzinnego majątku. Już tam na świat przyszło dwoje pozostałych dzieci, Grażyna i Sławomir.

Wesele odbyło się w domu rodzinnym pani Kazimiery w Topoli
Pan Franciszek rozwijał swoją karierę za kierownicą. Był kierowcą w złotowskiej mleczarni, w Wałeckim Przedsiębiorstwie Budowlanym i Przedsiębiorstwach Budowlanych w Złotowie. W 1970 roku zatrudniono go w Zespole Szkół Zawodowych w Krajence, gdzie woził młodzież na wycieczki szkolne i szkolił setki przyszłych kierowców. Pani Kazimiera oprócz obowiązków domowych gotowała w miejscowym przedszkolu. Na początku lat 70–tych podjęli decyzję o budowie domu.
– Męża mam złotą rączkę, sam to wszystko zbudował – talent pana Franciszka podkreśla pani Kazimiera. Wspomina też jego kreatywność.
– Synowie pomagali na budowie. Jak to mama, zawsze starałam się, by byli odpowiednio ubrani, by się np. nie zaziębili. Zdarzyło się jednak, że pogoda się zmieniła i długie spodnie im się nie sprawdzały. Ponieważ były to typowo robocze rzeczy mąż szybko podjął decyzję, że trzeba je skrócić. Wziął siekierę i tak z długich spodni zrobił krótkie. Strasznie śmiać mi się z tego chciało, ale to nie zmienia faktu, że rozwiązał problem, jaki się pojawił – mówi pani Kazimiera, która dbała też, by nikt na budowie nie był głodny.
– Dom powstawał trzy lata, głównie w wakacje. Wtedy był czas, bo w ciągu roku naprawdę dużo pracowałem – mówi pan Franciszek. W 1974 roku zamieszkali w domu, który jest ich azylem do dzisiaj.

Dom samodzielnie budował pan Franciszek, pomagali synowie, a pani Kazimiera dbała by nikt nie był tam głodny
W 1984 roku pan Franciszek musiał zrezygnować z pracy zawodowej.
– Zaczęły się problemy z sercem. Kiedy lekarz mi powiedział, że nie będę mógł już zawodowo jeździć, popłakałem się – mówi. Jako kierowca autobusu zwiedził niemal całą Polskę, nie mając przez czternaście lat ani jednej stłuczki. Pomimo wolniejszego, spokojniejszego trybu życia nie było mowy o bezczynności. Na horyzoncie pojawiła się pasja sprzed lat – pszczelarstwo. Zaczynał od kilku uli, by zbudować pokaźnych rozmiarów pasiekę.
– Był też czas, że mieliśmy nutrie. 250 sztuk. Było wokół czego chodzić. Człowiek imał się różnych zajęć, by coś robić i trochę dorobić – mówi pan Franciszek. Nie zgasła w nim też dusza podróżnika. Nadal szukał okazji, by na wyprawy zabrać żonę, a z czasem i wnuki, które do dziś z nostalgią wspominają te wojaże.

Rodzina w komplecie, w 1963 roku urodził się Sławomir Głyżewski
Kazimiera i Franciszek Głyżewscy doczekali się trójki dzieci, sześciorga wnucząt i trzech prawnuczek. Sędziwy wiek nie zabiera im chęci do życia, cieszą się bowiem z każdej chwili spędzonej w rodzinnym gronie. Zapytani o to, jak zgodnie przeżyć ze sobą 60 lat, uśmiechają się.
– Jak się dba, tak się ma. Trzeba się szanować, wspierać – mówi pan Franciszek.
– W życiu różnie bywało, ale bez męża, dzieci, wnuków, a teraz i prawnuków to wszystko byłoby nic nie warte. Trzeba być cierpliwym i wspólnie pchać ten wózek, zgodnie z tym, co przysięgaliśmy przed Bogiem – w miłości, wierności i uczciwości, dopóki śmierć nas nie rozłączy – dodaje pani Kazimiera.

Jubileusz 60–lecia małżeństwa pani Kazimiery i pana Franciszka
Sz. Chwaliszewski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze