Ostatnie dźwięki wybrzmiewają i w stronę publiczności leci bas, po chwili obok stolika przetacza się bęben perkusji... takiego koncertu jeszcze nie było !
Sobotni koncert w Magazyn Cafe przejdzie do historii. Brudne, riffowe brzmienie, rytm wbijający się w każde członki ciała i przyjemność patrzenia na trójkę mężczyzn, którzy na scenie czuli się niczym we własnym garażu – tak można by w skrócie opisać występ Dead Snow Monster. Byłaby w tym jednak pewna nieszczerość i małostkowość, bo muzyki wrocławskiego zespołu nie sposób ująć w kilku zgrabnych, dosadnych określeniach.
[[reklama]]
Choć koncert trwał niespełna 40 minut, było to najbardziej energetyczne 40 minut mojego życia. Grupa składająca się z minimum, bo jedynie z trzech mężczyzn, udowodniła co znaczy chemia muzyczna pomiędzy ludźmi. Dwaj bracia, wokalista Kamil Kozłowski i perkusista Michał Kozłowski wespół z Sylwestrem Wronieckim to istna rock"n"rollowa bomba. Nietuzinkowy, brytyjski wokal hipnotyzował. Perkusista na swoich bębnach rodem z Led Zeppelin i basista, absolutny wariat z niespożytą energią do skakania, wywoływali uśmiech niedowierzania.
Koncert w Magazyn Cafe był punktem na trasie promującej nowy krążek zespołu pt. „I Wanted to See a Monster”. Usłyszeliśmy więc takie utwory jak „Get your guns” czy „Mass offered for the dead”.
Mając naturalne, ludzkie skłonności do szufladkowania, można by określić ten rodzaj muzyki jak połączenie Jimmiego Hendrixa i White Stripes. To porównanie uświadamia jak mocno Dead Snow Monster powraca do korzeni z lat 60., 70. i 90. . Jak sami twierdzą, inspiracje czerpią z różnych gatunków, ale to Nirvana była dla nich kamieniem milowym. Trudno się z tym nie zgodzić... kiedy ostatni utwór wybrzmiewał, a energia między mężczyznami była napięta do granic możliwości, Sylwester Wroniecki bez zastanowienia rzucił basem wprost pod moje stopy. W ślad za nim poszedł też perkusista, rzuciwszy jednym z bębnów tak, że groteskowo przetoczył się na moich oczach wprost w objęcia czuwającego managera zespołu, Pawła Szumnego. Nie mogłam uwierzyć. Usłyszałam później, że basista i tak od dawna nie lubi swojej gitary, próbując się jej za wszelką cenę pozbyć. Ta, „magicznym” sposobem wciąż działa. Oby więcej było takich gości w naszym mieście - to moje andrzejkowe życzenie.
Gorąco zachęcam do zapoznania się z dorobkiem DSM.
Agnieszka Piec
Już niedługo będziecie mogli przeczytać wywiad z zespołem, na naszym portalu zlotowskie.pl.
Komentarze