Co zrobić gdy do wykorzystania zostało jeszcze sporo dni urlopu, za oknem szaruga jesienna, a niebawem kolejna polska zima? Ciekawe rozwiązanie tego dylematu podsunęli Ania i Adrian, małżeństwo zapalonych cyklistów, którzy na miejsce życia i pracy oraz na swą bazę wypadową wybrali sobie urocze miasteczko Złotów. Państwo Pe, jak wolą żeby ich nazywać, mieszkają tu już od 9 lat. Nie mając, póki co zobowiązań rodzicielskich, poświęcają się wprowadzaniu w życie swoich rowerowych fantazji. I to nie byle jakich. Wyruszyli z Polski 28 listopada 2014, wrócili 29 stycznia 2015 roku, co daje nam 63 dni na rowerową wyprawę życia. Przepedałowali 4260km. Czy w 20 minutowym filmie jaki zaprezentowali podróżnicy można było w ogóle streścić ich egzotyczną wyprawę. Większość tych dni spędzili w drodze, bo jak sami twierdzą - Zostając w jednym miejscu dłużej niż jedna noc, przyłapywaliśmy się na nudzie. Ważniejszy od miejsc wydaje się być tu sam proces podróżowania.

Państwo Pe byli w Magazynie z filmem ze swojej podróży
Wspólne wyprawy zaczynali, jak sami mówią, standardowo – polskimi drogami, trasą Świnoujście-Hel (Road to Hell), lokalnymi szlakami rowerowymi, zaliczyli Góry Sowie, w tym roku Bory Tucholskie. To jednak nie wystarczyło Państwu Pe, zatem przemierzyli Transylwanię Szosą Transfogaraską (TransRomania). I to Ich jednak nie usatysfakcjonowało, więc „zamiast trzymać się rzeczki” postanowili kreatywnie podejść do kolejnego pieczołowicie uciułanego urlopu i spełnić następne, tym razem nieco bardziej egzotyczne marzenie… Jak na przykład Afryka, ale szalejąca podówczas ebola wybiła im ten pomysł z głowy. - Może zatem Indie –pomyśleli. - Nie, odpada, gwałcą turystów i to obojga płci, grzmią branżowe fora internetowe. Azja wydawała się zatem wyborem idealnym. Padło na Półwysep Indochiński: Tajlandię, Kambodżę, Laos i Wietnam. Ze względu na uwarunkowania klimatyczne najdogodniejszym terminem na podróż w te rejony świata okazuje się być nasza zima - pokrywająca się z tamtejszą porą suchą. Jak wyglądają święta w miejscach, w których świąt się nie obchodzi? Państwo Pe postanowili to sprawdzić na własnej skórze!
…czyli z wietnamskiego: wyprawa, to był kryptonim całej eskapady. Opisywać ją dzień po dniu? Trochę mija się to z celem. O tym co widzieli i co ich spotkało w trakcie włóczęgi opowiadają już z pewnym dystansem, ale mimo to obraz Indochin, który przybliżają zebranym gościom, to wciąż wielobarwny kalejdoskop wrażeń. Ludzie, których wspominają byli przemili i sympatyczni.

Na Półwyspie Indochińskim ludzie są przyjaźni i gościnni
Przyjazne nastawienie, to też po części efekt biedy, która rzuca się w oczy podróżując po prowincji. - Dzieci bawią się kałużami, do jedzenia jest garnek ryżu nagotowany na cały dzień – opowiadają cykliści. Państwo Pe, unikając jak ognia głównych turystycznych szlaków, mieli szansę zobaczyć trochę inną Azję niż ta, którą widujemy na kredowanych folderach reklamowych z agencji turystycznych. –Termika na poziomie 38-40 stopni, gorąco i deszcz – wspomina Pan Pe. Wszędobylskie insekty, węże, pająki, gekony i agresywne psy, to był ich chleb powszedni podczas przemierzania półwyspu. - Byliśmy brudni, ubłoceni, zmęczeni, gubiliśmy się, plany zmieniały się nam w drodze. Raz nawet nocowaliśmy w burdelu... – śmieją się. Sporadycznie korzystali też z pokojów w guesthousach, czy bambusowych domkach przy plaży (jakieś 8-15$ za noc), jeśli zmierzch złapał ich akurat w okolicy takiego noclegu. Z opresji zawsze ratował namiot z moskitierą. Wiedzieliśmy, że wkrótce zapadnie wieczór, ale jechaliśmy, nie wiedząc gdzie będziemy nocować, czy w dżungli, czy na bagnie - Fajne wydaje się to teraz, kiedy się o tym mówi – dodaje od siebie Adrian.

Nocleg w bambusowej chatce na plaży
W Tajlandii noclegi znajdowali często w buddyjskich świątyniach. O tym, że przyjaźnie z tubylcami mogą też być ryzykowne, Państwo Pe przekonali się właśnie w jednej ze świątyń. Uroczy tubylec „pożyczył” sobie sakwę z rowerowymi akcesoriami. Stróże prawa w Azji nie okazali się zbyt pomocni. Największym atutem tamtejszej policji było bowiem poczucie humoru…Kwestia higieny też dawała się we znaki. Niekiedy podróż w nieustającym deszczu skutkowała opłakanym stanem psychofizycznym. Czasem glinianka wypełniona brunatną breją okazywała się łazienką. Żeby nie urazić gospodarza trzeba było wejść i skorzystać, wspomagając się wszechobecnymi na półwyspie szamponetkami. Ciężkie warunki do jazdy rowerem też mocno dawały się we znaki naszym bohaterom. - Kiedy w górach w Wietnamie przyszedł kryzys, to był moment, kiedy naprawdę chciałam wracać do domu – wspomina swoje chwile zwątpienia Ania. Czy Indochiny to bezpieczne miejsce dla turystów? Z tym bywa różnie. - Baliśmy się – przyznają szczerze - ludzie tam jeżdżą i nie wracają. Na internetowych forach można przeczytać jeżące włosy relacje z azjatyckich wypraw. Jednak zapytani, czy chcieliby jeszcze kiedyś powtórzyć swoją wizytę na Półwyspie Indochińskim, Państwo Pe oboje ochoczo potwierdzają. – Kocham Kambodżę – wyznaje Ania –mogłabym się tam przeprowadzić!
Często barierą we właściwym ocenieniu sytuacji bywa nieznajomość języka. –Porozumiewaliśmy się najczęściej na migi, przy pomocy zdjęć. Ogólnie panują tam inne normy dystansu interpersonalnego. Ciężko ocenić, czy ktoś ci grozi, a może ostrzega przed zagrożeniem. Formą porozumienia bywają też, jak wszędzie, łapówki, różnego rodzaju myta. Dobrego naciągacza nie trzeba tam długo szukać. Normalnym jest windowanie cen dla obcych, ale i z tym po jakimś czasie można sobie poradzić, kładąc „uczciwie” odliczoną sumę i nie wdając się w dodatkowe dyskusje ze sprzedawcą.
Jak wygląda prawdziwa azjatycka kuchnia? Spotykane po drodze jadłodajnie serwują egzotyczny mix mięs, warzyw, ryb i ryżu. Pierwsza rzuca się w oczy nieobecność pieczywa. Podróżnicy wiele razy natknęli się na różnego rodzaju kulinarne dziwactwa, co bywało niekiedy przyczyną rewolucji żołądkowych. Adrian wspomina pianki z krwi napotkane w Wietnamie - Rybia wątroba? – zastanawiał się – Nie, to krew ugotowana na parze, a potem pokrojona w zmyślne kawałeczki. – Całkiem smaczne – dodaje Pan Pe.

W Azji jada się kolorowo i różnorodnie
Zdarzyło się też podróżnikom spróbować słynnego azjatyckiego specjału, czyli mięsa psiego - Raz chyba nieświadomie jedliśmy przyznaje Adrian – Mnisi mówili że jada się tylko czarne psy, podobno są najsmaczniejsze. Cóż, azjatycka kuchnia jest pełna niespodzianek. Wiele rzeczy można tam kupić w plastikowych woreczkach, począwszy od zupy, po rybki akwariowe. Różnorodność kuchni wschodniej serwowana na co dzień w przydrożnych jadłodajniach, w końcu musiała jednak znużyć – egzotyczny mix zup z makaronem ryżowym, czy ryżu z różnymi dodatkami, po jakimś czasie może doprowadzić do przesytu.
Wydatki podczas takiego przedsięwzięcia to głównie przelot, bo rowery też mają swoje bilety, nierzadko droższe od ludzkich. Fundusze pochłaniają też wizy i oczywiście części rowerowe, bo dętki podczas takiej wyprawy psują się regularnie. – Na szczęście uniknęliśmy poważniejszych kłopotów – mówią – i poza podstawowymi naprawami wydatków wielkich nie było. Co do rowerów? Jaki bicykl wziąć ze sobą w taką podróż? Jednoślady dostają niezły wycisk, również podczas transportu. Warto przemyśleć, czy kupić drogi wytrzymały sprzęt, czy raczej produkt „z marketu”, który można zajeździć bez większego żalu. Państwo Pe podróżowali rowerami ze średniej półki i udało im się z nimi wrócić do Polski bez większego uszczerbku.
Podróże nierowerowe, czyli na pace pick-up"a, czy eleganckim suv’em z parą biznesmenów były tylko krótkimi przerwami w pedałowaniu. Ekscytująca przejażdżka rozklekotaną ciężarówką szalonego kierowcy w górach Wietnamu, droga przebyta niby-autobusami w Kambodży, na niby-promach pływających po Morzu Południowochińskim, czy autobusem w Laosie, zawsze wymuszone były jakimiś nieprzekraczalnymi okolicznościami . Raz przeszkodą była niekończąca się ulewa, dziura w dętce, innym razem znów tunel, niedostępny rowerzystom. Czasem utrudniał wiatr fenowy, czyli popularny u nas halny, czasem góry i perspektywa wielogodzinnej rowerowej wspinaczki, czy choćby rozległe rozlewiska Mekongu.
W życiu Państwa Pe pojawił się ostatnio dodatkowy urlop do wykorzystania. Jak łatwo się domyśleć, nie zamierzają go spędzić na oglądaniu telewizyjnych tasiemców w zaciszu domowego ogniska. – W środę nas nie będzie. Tym razem wybieramy się do Sri Lanki, na cztery tygodnie. Ten projekt urlopowy nosi nazwę Gamana, co po syngalesku oznacza po prostu Podróż. - Mieliśmy mało czasu na przygotowania, ale damy radę - zapewniają - Mamy teraz honorowy patronat Burmistrza Złotowa i Złotowskiego Korpusu Ekspedycyjnego – zdradzają. Wystarczy się tylko spakować!

Najnowsze przedsięwzięcie złotowskich cyklistów
Czy Państwo Pe wyobrażają sobie podobne, karkołomne wyprawy w pojedynkę? Patrzą po sobie, jakby to było najdziwniejsze pytanie na świecie i szybko odpowiadają - Nie, po co? Owszem zdarza się, że czasem syndrom wspólnego podróżowania daje się nam we znaki, bo odpowiedzialność za siebie jest podwójna. Ludzie jeżdżą żeby sobie coś udowodnić, a my, żeby fajnie spędzić razem czas.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze