Reklama

Internat łączył na całe życie

20/07/2013 08:41
Internat "Rolniczaka" zostanie zlikwidowany - to pewne. Jednych to nie obchodzi, inni żałują. Z sentymentem mury te wspomina Bolesław Piotrów

O sobie
Do internatu szkoły trafiłem 31 lat temu. W kwietniu zmarł dyrektor Reguła, a obowiązki pełnił Stanisław Lumer. Zapowiedział, że jeden z kolegów odchodzi na emeryturę i żebym wrócił (pracowałem kilka miesięcy w szkole już wcześniej). Ja dojeżdżałem wtedy do pracy do Kleszczyny. Potem się okazało, że pan odchodzi, ale chce wykorzystać jeszcze rok urlopu, wobec czego nie mogą mnie przyjąć na etat. A ja już rozwiązałem umowę.
Ostatecznie znalazłem etat jako wychowawca w internacie. Przez trzy lata. Miałem szczęście pracować w czasach, gdy młodzieży było bardzo dużo.

Aczkolwiek nie była to łatwa praca. Rano trzeba było przyjechać o 6:30 na pobudkę, potem własne dzieciaki trzeba było do przedszkola rozprowadzić, lecieliśmy z żoną na złamanie karku. Po południu też w internacie, w weekendy. To mogło być i było z uszczerbkiem dla rodziny.
A na 16 trzeba być i bez żadnych numerków, bo nie ma lepszego oceniającego niż uczniowie. Nieraz się dowiadywaliśmy później od nich, że coś tam przyuważyli...

Internat
Internat był nieodłączną częścią szkoły. Jeszcze kiedy szkoła była w zamku, potem nad jeziorem, gdzie dzisiaj jest Zabajka 2.
Były to fajne czasy. Sprzyjał temu i niedowład komunikacyjny, bo nie było takiej siatki połączeń, zajęć było bardzo dużo i na dojazdy nie było czasu. W związku z tym był okres, gdzie 50-60% uczniów szkoły było w internacie. To był fenomen.

Szkoła
To było wszystko tak ładnie powiązane. Otwierano na przykład zasadnicze szkoły ogrodnicze, po dwie równoległe, jak powstawało ogrodnictwo. Nam się jawiło, że to było takie sensowe i mądre, że ci ludzie, którzy skończą szkoły zawodowe, będą mogli pójść do technikum i będą mieć możliwość uzupełniania wykształcenia. Ciąg był zagwarantowany, nie było takich ślepych uliczek, że ktoś kończy zawodówkę i koniec. Bo przecież nie każdy odnajdywał się od razu w technikum.
Natomiast błędem było, i to jest do dzisiaj, przeświadczenie że każdy musi mieć maturę. Albo że prawie wszyscy studia. To bez sensu jest. Mój kolega, a pierwszy szef w Złotowie mawiał, że dopóki nie kupujemy świadectw maturalnych w kiosku, to musimy wymagać.
Ale, jak 5, czy 7, czy 12% uczniów nie zdało matury, to nikt nikomu głowy nie urywał. Natomiast od pierwszej dekady tego wieku zaczęło się rozliczanie za to jaki procent zdał i dlaczego taki, a nie inny.
Czytam na przykład, że w Lotyniu zaczynają psy wieszać na nauczycielach, bo w jednej klasie, gdzie zawsze był bardzo dobry wynik, nagle okazało się, że kilkanaście procent ma wyniki poniżej średniej powiatowej. To ma prawo się zdarzyć.

Młodzież w internacie
Mówimy często „ta dzisiejsza młodzież!”. Młodzież zawsze była jednakowa: zawsze ciekawa życia, trochę niepokorna i krnąbrna. Ale zawsze fajna.
Jeżeli była jakaś praca do wykonania w internacie, to ja nigdy nie spotkałem się z odmową ze strony młodzieży. Wszyscy traktowaliśmy internat jako nasz. Często inicjatywa wychodziła właśnie od uczniaków (często od największych rozrabiaków): może byśmy pojechali na ziemniaki albo zrobili jako internat jakieś przedstawienie?

Numery, które wycinali
O wielu numerach dowiaduję się dopiero na spotkaniach klasowych. Były przypadki, gdzie trzeba było bronić chłopaka, bo został przyłapany po alkoholu w mieście czy rozróbę zrobił. Informacja z policji przychodziła do szkoły, a konkluzja była taka, że taki człowiek nie może chodzić do szkoły. Często broniliśmy takiego chłopaka jak niepodległości, bo było widać, że to wartościowy człowiek. Nieraz to byli bardzo dobrzy uczniowie, którzy kończyli potem studia.

[[reklama]]

A jak była taka poważna kolizja z prawem, to rozmawialiśmy z internatem innej szkoły, że takiego człowieka musimy usunąć i skierować do innej, trochę karnie. Mieliśmy więc z Bydgoszczy, czy Szubina uczniaków, a z kolei tam jakiegoś swojego człowieczka trzeba było posłać. Został ukarany, ale szansę ukończenia szkoły musiał mieć.

Były takie historie, że sieć miejska nie nadążała za dostarczaniem wody. Szkoła była na końcu rury i jak ludzie w maju, w czerwcu zaczęli podlewać ogródki, to do internatu mało co docierało. A jak 150 ludzi było w internacie i zaczęli się kąpać, to mieli do nas pretensje, że wody nie ma.

Na szczęście uniknęliśmy groźnych historii, jak ta w Gołańczy, gdzie w internacie była salmonella, a bardzo często, jak była burza w Paryżu (tak żartowaliśmy), to w internacie nie było prądu. Jak nie było prądu przez noc, to potem jedzenie trzeba było wyrzucić – trudno. A rano młodzież chciała jeść. Naprawdę załoga stawała wtedy na wysokości zadania.

Uczeń - uczeń
Były przypadki epizodyczne, że ktoś zapisywał się do internatu, a po dwóch miesiącach rodzice go zabierali. Bo ktoś go prześladował, albo mu się tak wydawało.

Ale z drugiej strony spotykam wiele par, które dzięki mieszkaniu w internacie są do dziś razem. Pamiętam takiego chłopczyka zza Lipki. Przyszedł do nas po zawodówce, namiętny palacz. Nie skończył szkoły i poszedł do wojska. Jego dziewczyna chodziła do technikum hodowlanego. A potem ich dzieci przyszły do nas do szkoły, mieszkały w internacie i szkołę skończyły.

Rygor
W nocy porządku w internacie pilnowała taka pani – stróżka na etacie. Tylko na noc przychodziła. A internat był podzielony na skrzydło męskie i żeńskie.
Mieszkanie zbiorowe wymaga surowych zasad, bo nie można myśleć tylko o sobie. To co mi dogadza, innym może przeszkadzać. To nie zawsze było przyjmowane z pełnym zrozumieniem przez uczniów.
Zresztą inne rygory były w latach 60., a inne w 80, czy 90.

Koniec
Od 20-25 lat liczba uczniów w internacie się zmniejszała, nawet przy rosnącej liczbie młodzieży w szkole. Myśmy tłumaczyli to tym, że wiara robiła prawo jazdy. Bywało, że w klasie maturalnej znaczna ilość dojeżdżała, coraz więcej było żądań, by powiększyć parking.
Do tego sieć komunikacyjna się zagęszczała. To naturalna kolej rzeczy. To nie to, że nagle coś się stało, że nie chcą mieszkać w internacie. Poza tym kiedyś bardzo bogaty był program stypendialny, więc mieszkać tam się opłacało.

Teraz jest jasne i czytelne, że internat zostanie zamknięty. Ja trochę emocjonalnie do tego podchodzę, bo troszkę życia tam się zostawiło, ale taka jest kolej rzeczy. Nie ma dzieci, trudno się mówi.
Jednak likwidacja internatu osobiście mnie boli, bo się jedzie na swoje dawne miejsce pracy, a tu są już inne instytucje, chociaż związane z rolnictwem.

Wysłuchał i spisał Łukasz Opłatek

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama