Reklama

Jedność się nie kompromituje

06/10/2014 00:00
A że kibice krzyczeli "sędzia kalosz", mecze oglądali z okopów i walczyli o miejsca w autach jadących na mecz? Takie emocje budziła piłka w Zakrzewie w latach 50.i 60. Historię klubu opowiada Łucjan Gabriel

Kazimierz Zych uciekł żonie. Ze złości, że męża nie ma w weekendy w domu, kobieta zabroniła mu jeździć na mecze. Jednak piłka ciągnęła mocno. - Pojechaliśmy po niego, a on powiedział żonie, że tylko nas odprowadzi. I tyle go widziała – Łucjan Gabriel śmieje się na wspomnienie tej historii, a to początek jego opowieści o „Jedności” Zakrzewo.

Łąka między bramkami

- Nie chcę się chwalić, ale w Zakrzewie potrzebowali kogoś, kto to poukłada – 78-latek wspomina rok 1959. Młody Łucjan Gabriel po służbie wojskowej trafia do Zakrzewa, gdzie dostaje pracę w Gromadzkiej Radzie Narodowej. Jego kolegą jest agronom Marian Radtke. To on namawia mężczyznę do przyjścia na zebranie sprawozdawczo-wyborcze miejscowej „Jedności”. - Poszedłem i wybrali mnie na prezesa. Nie wiem, dlaczego tak się stało, widocznie potrzebowali kogoś takiego jak ja – mówi mężczyzna i sięga po kartkę leżącą przed nim na stole. Zapisał na niej najciekawsze historie, jakie miały miejsce podczas jego prezesury.

Pierwsze ze wspomnień dotyczy boiska. W latach międzywojennych Klub Sportowy „Jedność” grał na terenie, gdzie obecnie znajduje się Spółdzielczy Bank Ludowy w Zakrzewie. Na miejscu obecnego stadionu klubu mecze rozgrywała drużyna niemiecka. Po wojnie i za czasów Łucjana Gabriela reprezentacja Zakrzewa grała już na obecnym stadionie. Rywalizowała wówczas w B klasie z drużynami z województwa koszalińskiego. - Stadion to były dwie bramki, a pośrodku łąka. Kosili ją kosami sami zawodnicy i kibice. Ławki też sami robili. Trzy kawałki drewna, tyle żeby było na czym usiąść – opowiada kibic Czarnych Nakło, bo ten klub w dzieciństwie i wczesnej młodości dopingował Łucjan Gabriel.

[[reklama]]

Za rękaw i z boiska

Z ławkami związane jest kolejne wspomnienie byłego prezesa. Jedna była szczególna. - Mieliśmy zagorzałych kibiców – seniorów. Przychodzili i godzinę przed meczem i zajmowali swoje miejsca. Wara, żeby ktoś im tam usiadł – Ł. Gabriel żywo gestykuluje. - Taki był np. Bronisław Brzostowicz, inwalida chodzący o lasce, który dużo wcześniej w te niedziele na boisko przychodził. A krzyczeli ci seniorzy najbardziej ze wszystkich kibiców – dodaje były działacz najstarszego klubu piłkarskiego na Ziemi Złotowskiej.
Skoro mowa o krzykach, to mistrzem w wyrażaniu słownej dezaprobaty dla poczynań zawodników lub sędziego był Marian Radtke. - Potrafił powiedzieć do słuchu, a był tak nerwowy, że jak tylko coś było nie tak ze strony sędziego, to on zaraz był na boisku – pan Łucjan odczytuje zapiski z kartki. - To samo z zawodnikami. Jak któremuś nie wyszło zagranie, to Marian rzucał obelgami, a czasem i wszedł na boisko, i za linię takiego sprowadził – dodaje mieszkaniec Zakrzewa, którego od kilku minut w opowiadaniu wspiera małżonka.
- Podczas meczu Radtke obiegł boisko z pięćdziesiąt razy, bo zawsze był nie z tej strony co sędzia. On tym żył – mówi Gizela Gabriel, która przez lata zajmowała się miejscowymi harcerzami.

Z „chłodziarki” do okopów

Mimo nerwów i dużych oczekiwań kibiców, w „Jedności” nigdy nie brakowało zawodników. Za prezesury Ł. Gabriala było ich ponad trzydziestu – istna klęska urodzaju. - Musieliśmy wybrać z tego najlepszych, bo „Jedność” nie mogła się kompromitować – wspomina były prezes, który sam nigdy nie był czynnym zawodnikiem. Kierownikiem drużyny był Witold Jęsiek i to on pomagał wybierać najlepszych. - Nieraz były kłótnie między zawodnikami o to, kto ma grać. A oni grali dla siebie, dla kibiców i dla przyjemności – pani Gizela zaczyna zdanie, a jej mąż szybko je kończy: - A grali za butelkę oranżady.

Bezinteresownie na rzecz zespołu działali także rodzice zawodników. - Mama Albina Szopieraja, pani Urszula, podjęła się prania strojów. Całe linki były u niej zajęte przez te trykoty. Robiła to za darmo, tylko dlatego, że jej syn u nas grał – opowiada Łucjan Gabriel.

Kibice nigdy nie opuszczali „Jedności”. Dopingowali swój klub w Zakrzewie i na wyjazdach. Także tych dalszych, gdy zespół mierzył się z drużynami spoza koszalińskiej B klasy. Byli w Czaplinku, Szczecinku czy Człuchowie. - Wyjazdy to były czyste hece. Zawodnicy zbierali się przed domem kultury, Jęsiek był na posterunku i na to podjeżdżał samochód. Raz było to auto dostawcze z plandeką, raz „chłodziarka” (najczęściej wynajmowało nam je w Spółdzielni Transportu Wiejskiego w Złotowie). A że kibice też chcieli jechać, to na ważniejsze mecze, jak w Okonku, leciały dwa samochody. Kibiców zabieraliśmy tych, którzy nam pasowali – Ł. Gabriel wciąż nie wypuszcza notatek z ręki. Znany był z tego, że wszystko miał skrupulatnie zapisane. Jednak mecz z Czarnymi Czarne opowiada z pamięci. - Tam grali wojskowi pochodzący z różnych stron kraju, a tu przyjechali tacy chłopcy z Zakrzewa – zaczyna działacz sportowy. - Ile nerwów tam potraciliśmy... Mecz był bardzo zacięty, a my oglądaliśmy go z okopów. Tak, żeby go nie widzieć. Jedni pociągali z piersiówek, Władysław Wrzeszcz trąbił na trąbce i udało się – wygraliśmy 1:0.

Życzę „Jedności” jak najlepiej

W Zakrzewie żyją jeszcze kibice, którzy pamiętają tamte mecze. Łucjan Gabriel wspomina choćby swojego sąsiada Edwarda Manikowskiego, który przez wiele lat był bramkarzem w zakrzewskim klubie i dziś chodzi na niemal wszystkie mecze. To dowód na to, że z „Jednością” trudno zerwać. Sam Łucjan Gabriel, choć prezesem przestał być w połowie lat 60., długo służył radą kolejnym działaczom, a i dziś interesuje się tym, co w klubie piszczy. - Bazę mają dobrą, ale dużo młodych ludzi wyjechało. Mimo to ja im życzę jak najlepiej – mówi powojenny działacz.

Łukasz Opłatek

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości