A że kibice krzyczeli "sędzia kalosz", mecze oglądali z okopów i walczyli o miejsca w autach jadących na mecz? Takie emocje budziła piłka w Zakrzewie w latach 50.i 60. Historię klubu opowiada Łucjan Gabriel
Kazimierz Zych uciekł żonie. Ze złości, że męża nie ma w weekendy w domu, kobieta zabroniła mu jeździć na mecze. Jednak piłka ciągnęła mocno. - Pojechaliśmy po niego, a on powiedział żonie, że tylko nas odprowadzi. I tyle go widziała – Łucjan Gabriel śmieje się na wspomnienie tej historii, a to początek jego opowieści o „Jedności” Zakrzewo.
Łąka między bramkami
- Nie chcę się chwalić, ale w Zakrzewie potrzebowali kogoś, kto to poukłada – 78-latek wspomina rok 1959. Młody Łucjan Gabriel po służbie wojskowej trafia do Zakrzewa, gdzie dostaje pracę w Gromadzkiej Radzie Narodowej. Jego kolegą jest agronom Marian Radtke. To on namawia mężczyznę do przyjścia na zebranie sprawozdawczo-wyborcze miejscowej „Jedności”. - Poszedłem i wybrali mnie na prezesa. Nie wiem, dlaczego tak się stało, widocznie potrzebowali kogoś takiego jak ja – mówi mężczyzna i sięga po kartkę leżącą przed nim na stole. Zapisał na niej najciekawsze historie, jakie miały miejsce podczas jego prezesury.
Pierwsze ze wspomnień dotyczy boiska. W latach międzywojennych Klub Sportowy „Jedność” grał na terenie, gdzie obecnie znajduje się Spółdzielczy Bank Ludowy w Zakrzewie. Na miejscu obecnego stadionu klubu mecze rozgrywała drużyna niemiecka. Po wojnie i za czasów Łucjana Gabriela reprezentacja Zakrzewa grała już na obecnym stadionie. Rywalizowała wówczas w B klasie z drużynami z województwa koszalińskiego. - Stadion to były dwie bramki, a pośrodku łąka. Kosili ją kosami sami zawodnicy i kibice. Ławki też sami robili. Trzy kawałki drewna, tyle żeby było na czym usiąść – opowiada kibic Czarnych Nakło, bo ten klub w dzieciństwie i wczesnej młodości dopingował Łucjan Gabriel.
[[reklama]]
Za rękaw i z boiska
Z ławkami związane jest kolejne wspomnienie byłego prezesa. Jedna była szczególna. - Mieliśmy zagorzałych kibiców – seniorów. Przychodzili i godzinę przed meczem i zajmowali swoje miejsca. Wara, żeby ktoś im tam usiadł – Ł. Gabriel żywo gestykuluje. - Taki był np. Bronisław Brzostowicz, inwalida chodzący o lasce, który dużo wcześniej w te niedziele na boisko przychodził. A krzyczeli ci seniorzy najbardziej ze wszystkich kibiców – dodaje były działacz najstarszego klubu piłkarskiego na Ziemi Złotowskiej. Skoro mowa o krzykach, to mistrzem w wyrażaniu słownej dezaprobaty dla poczynań zawodników lub sędziego był Marian Radtke. - Potrafił powiedzieć do słuchu, a był tak nerwowy, że jak tylko coś było nie tak ze strony sędziego, to on zaraz był na boisku – pan Łucjan odczytuje zapiski z kartki. - To samo z zawodnikami. Jak któremuś nie wyszło zagranie, to Marian rzucał obelgami, a czasem i wszedł na boisko, i za linię takiego sprowadził – dodaje mieszkaniec Zakrzewa, którego od kilku minut w opowiadaniu wspiera małżonka. - Podczas meczu Radtke obiegł boisko z pięćdziesiąt razy, bo zawsze był nie z tej strony co sędzia. On tym żył – mówi Gizela Gabriel, która przez lata zajmowała się miejscowymi harcerzami.
Z „chłodziarki” do okopów
Mimo nerwów i dużych oczekiwań kibiców, w „Jedności” nigdy nie brakowało zawodników. Za prezesury Ł. Gabriala było ich ponad trzydziestu – istna klęska urodzaju. - Musieliśmy wybrać z tego najlepszych, bo „Jedność” nie mogła się kompromitować – wspomina były prezes, który sam nigdy nie był czynnym zawodnikiem. Kierownikiem drużyny był Witold Jęsiek i to on pomagał wybierać najlepszych. - Nieraz były kłótnie między zawodnikami o to, kto ma grać. A oni grali dla siebie, dla kibiców i dla przyjemności – pani Gizela zaczyna zdanie, a jej mąż szybko je kończy: - A grali za butelkę oranżady.
Bezinteresownie na rzecz zespołu działali także rodzice zawodników. - Mama Albina Szopieraja, pani Urszula, podjęła się prania strojów. Całe linki były u niej zajęte przez te trykoty. Robiła to za darmo, tylko dlatego, że jej syn u nas grał – opowiada Łucjan Gabriel.
Kibice nigdy nie opuszczali „Jedności”. Dopingowali swój klub w Zakrzewie i na wyjazdach. Także tych dalszych, gdy zespół mierzył się z drużynami spoza koszalińskiej B klasy. Byli w Czaplinku, Szczecinku czy Człuchowie. - Wyjazdy to były czyste hece. Zawodnicy zbierali się przed domem kultury, Jęsiek był na posterunku i na to podjeżdżał samochód. Raz było to auto dostawcze z plandeką, raz „chłodziarka” (najczęściej wynajmowało nam je w Spółdzielni Transportu Wiejskiego w Złotowie). A że kibice też chcieli jechać, to na ważniejsze mecze, jak w Okonku, leciały dwa samochody. Kibiców zabieraliśmy tych, którzy nam pasowali – Ł. Gabriel wciąż nie wypuszcza notatek z ręki. Znany był z tego, że wszystko miał skrupulatnie zapisane. Jednak mecz z Czarnymi Czarne opowiada z pamięci. - Tam grali wojskowi pochodzący z różnych stron kraju, a tu przyjechali tacy chłopcy z Zakrzewa – zaczyna działacz sportowy. - Ile nerwów tam potraciliśmy... Mecz był bardzo zacięty, a my oglądaliśmy go z okopów. Tak, żeby go nie widzieć. Jedni pociągali z piersiówek, Władysław Wrzeszcz trąbił na trąbce i udało się – wygraliśmy 1:0.
Życzę „Jedności” jak najlepiej
W Zakrzewie żyją jeszcze kibice, którzy pamiętają tamte mecze. Łucjan Gabriel wspomina choćby swojego sąsiada Edwarda Manikowskiego, który przez wiele lat był bramkarzem w zakrzewskim klubie i dziś chodzi na niemal wszystkie mecze. To dowód na to, że z „Jednością” trudno zerwać. Sam Łucjan Gabriel, choć prezesem przestał być w połowie lat 60., długo służył radą kolejnym działaczom, a i dziś interesuje się tym, co w klubie piszczy. - Bazę mają dobrą, ale dużo młodych ludzi wyjechało. Mimo to ja im życzę jak najlepiej – mówi powojenny działacz.
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze