Wielu było zaskoczonych, że w tym roku Dni Kwitnących Wiśninie prowadził Lechosław Olszewski. Tym bardziej, że nie brakopinii, iż to najważniejsza osoba wśród organizatorów tej imprezy.Z członkiem stowarzyszenia Gromada rozmawia Piotr Steffen
Dlaczego nie było Pana w tym roku przy Dniach Kwitnących Wiśni? Na imprezie owszem, ale nie tam, gdzie był Pan przez lata – na scenie. Wiem, że było spore grono zaskoczonych tym, że nie prowadził Pan tegorocznej edycji. Powiem tak: niekiedy trzeba zrobić krok do tyłu, żeby wykonać dwa do przodu. Przez ileś lat nie miałem spojrzenia na to, jak Dni Kwitnących Wiśni wyglądają z boku. Powiedzmy, że chciałem ją obejrzeć z perspektywy przeciętnego widza. Poza tym, jest to impreza, która wymaga ogromnego wysiłku organizacyjnego. W poprzednich latach było tak, że po imprezie kilka dni dochodziłem do siebie, tak to wszystko jakoś z człowieka spływało. Zawsze kosztowało to sporo zaangażowania i nerwów.
Czyli zostawił Pan przy organizacji Dni Kwitnących Wiśni sporo zdrowia i postanowił odpocząć? W pierwszych latach tak nie było, bo DKW nie miały jeszcze charakteru tak sporego wydarzenia jak na lokalną imprezę. To był mniejszy festyn, który z biegiem czasu zmienił się w naprawdę wymagające zobowiązanie. A ponieważ jestem w gronie osób, które od początku Dni Kwitnących Wiśni są przy ich organizacji, faktycznie, trochę zdrowia mnie to kosztowało.
Jak wspomina Pan pierwsze edycje? Bardzo dobrze. Ta impreza jest o tyle cenna, że nikt nam niczego nie pokazał. Sami uczyliśmy się na swoich błędach. Uważam, że dzięki temu, w porównaniu choćby do tych właśnie pierwszych edycji, obecnie impreza robiona jest wręcz perfekcyjnie. Oczywiście, jak na możliwości Starej Wiśniewki. Jasne, że wpadki też się zdarzają, ale to normalne. Nie ma rzeczy idealnych.
Jak przyjęto Pana decyzję, że w tym roku odsuwa się Pan nieco od organizacji? Muszę zaznaczyć, że uczestniczyłem w pierwszych spotkaniach organizacyjnych. Dopiero w pewnym momencie zadzwoniłem do przewodniczącego stowarzyszenia Gromada, Marka Drobkiewicza, że w tym roku nie będę prowadził imprezy i przewodniczył tegorocznej organizacji.
Zaskoczył go Pan tą decyzją? W pewnym sensie tak.
Pytał o powód? Tak, przyjechał, rozmawialiśmy... Ale nie chcę mówić o tych rzeczach na łamach prasy. Powiedzmy, że jest pewne drugie dno tej sprawy, ale nie warto roztrząsać tego w gazecie. Uważam, że postąpiłem słusznie, a zrobiłem tak dla dobra imprezy. Tak jak powiedziałem na początku, czasami trzeba zrobić krok w tył, żeby wykonać dwa do przodu. Nie wycofałem się całkowicie, ile mogłem, tyle w tym roku pomogłem, chociaż to zaangażowanie na pewno nie było tak duże jak w poprzednich latach.
[[reklama]] Dlaczego nie chce Pan powiedzieć o tym drugim dnie? Dla dobra naszej społeczności i samej imprezy. Nie chcę psuć atmosfery, bo gdyby jej nie było, prawdopodobnie nie byłoby też Dni Kwitnących Wiśni. Poradzimy z tym sobie we własnym gronie.
Wiem, że grono organizatorów DKW jest bardzo duże, ale spotkałem się z opiniami, i to wypowiedzianymi bardzo serio, że gdyby wskazać jedną osobę, to właśnie Pan jest mózgiem tej imprezy. Od początku jej istnienia. I że Pan najwięcej zostawił tutaj tego wspomnianego już zdrowia. Nie wiem, czy tak jest, ale chyba mógłbym się zgodzić z tym, że zdrowia rzeczywiście zostawiłem najwięcej. Grono organizatorów faktycznie jest spore, po tylu latach każdy wie już, co ma robić, ale faktycznie potrzeba kogoś, kto zepnie wszystko w całość. Chyba nie będzie przesadą, jeśli przyznam, że te obowiązki z reguły spoczywały na mnie. Co nie zmienia faktu, że grono osób, na które można liczyć jest spore, np. dyrektor naszej szkoły, Aleksander Kaszuba. Zdenerwowało mnie, gdy przed tygodniem w rozmowie z nim, w jednym z pytań powoływał się pan na opinię, że rzekomo mało się angażował w życie społeczne naszej wsi. Nie jest to prawdą. Zawsze można na niego liczyć. Co najbardziej zmęczyło Pana przez te szesnaście lat: stres na scenie, to, że trzeba chodzić po ludziach i prosić o pieniądze? Może coś innego? Takie przygotowania przede wszystkim są bardzo czasochłonne. To nie jest tak, że wpadniesz do kogoś, poprosisz o pieniądze, dostaniesz je i w pięć minut wychodzisz. Kiedy prowadzi się jeszcze własną działalność, tego czasu często na wszystko brakuje. Ta świadomość była chyba przez lata najbardziej denerwująca.
Kiedy zaczynał Pan przygotowania kolejnej imprezy? Już po nowym roku? Znacznie wcześniej. Impreza jest na początku maja, mijają wakacje i w zasadzie już po nich myśli się o kolejnej edycji. To są spotkania, zebrania, analizowanie pomysłów, szukanie sponsorów, dogadywanie terminów, mówiąc krótko, to kawał roboty. Ale trzeba też obiektywnie przyznać, że po tylu latach, ta przygotowywana przez amatorów impreza naprawdę ma charakter. Jest wyjątkowa. Uważam, że np. takie występy artystyczne przedszkolaków czy uczniów z roku na rok są na coraz wyższym poziomie. W tym roku obejrzałem je bardzo dokładnie, miałem na to czas i muszę przyznać, że naprawdę mogło się to podobać. Jest w powiecie, inna, porównywalna impreza, przygotowywana przez amatorów na takim poziomie? Przy całym uznaniu dla wszystkich imprez, które organizowane są w naszym rejonie, trzeba zdecydowanie przyznać, że takiej imprezy raczej nie ma. Każdy poświęca swój czas, czasami dokłada swoje pieniądze, to wszystko robią amatorzy. Zawsze przyświecała nam idea, że DKW mają być miłe, lekkie i przyjemne. Mają tu przyjść dorośli, młodzież, dzieci i każdy ma tu znaleźć coś dla siebie. Wydaje mi się, że kolejne lata i tysiące ludzi, którzy do nas przyjechali, byli potwierdzeniem, że ta formuła się sprawdziła. [[nowa_strona]] Dużo zarabiacie na Dniach Kwitnących Wiśni? To pojęcie względne. Nie są to potężne pieniądze, ale zawsze wszystkie zarobione złotówki przeznaczamy w upiększanie naszej wioski. Coś wyremontujemy, coś dokupimy. Z roku na rok jakoś się to kręci.
[[reklama]] Ile zarobiliście przez wszystkie lata? Nie mam w tej chwili takich informacji. Moje podejście zawsze było zresztą takie, żeby przynajmniej nie dokładać. Wtedy będzie dobrze. A ile zarobimy, to już zawsze było inną kwestią. Zdarzyło się, że musieliście dokładać? W jednym roku była taka konieczność. Ale wtedy po prostu przeinwestowaliśmy już przed imprezą. Chcieliśmy zbyt dużo, sporo to kosztowało i stąd tak wyszło. Ja zawsze wyznawałem zasadę, żeby jeść małymi łyżkami, ale równo. Żeby się nie zachłysnąć. Tylko raz tak się stało. Ktokolwiek w Starej Wiśniewce zakładał kiedykolwiek, że impreza tak się rozwinie – że tak będzie wyglądała piętnasta czy szesnasta edycja? Nikt tego chyba nie zakładał. Nie tylko nikt w gronie organizatorów, ale też chyba nikt spośród samych mieszkańców. W Starej Wiśniewce jak oceniają w ogóle najważniejszą w tej wsi coroczną imprezę? Zdarzają się głosy krytyki? Oczywiście. Jednak rzadko są to konstruktywne głosy, raczej wciąż te same opinie wiecznych malkontentów, których chyba nikt i nigdy nie będzie w stanie niczym zadowolić. Wtedy, i najczęściej już po imprezie, słyszymy: że to powinno być tak; to było źle; a coś innego to w ogóle mogliśmy sobie podarować. Nie ma czym się przejmować. Ale jeśli podpowiedzi są mądre, słuchamy ich i wykorzystujemy sugerowane pomysły. Takich opinii wręcz trzeba słuchać, bo nikt nie jest przecież alfą i omegą. Co z tych kilkunastu lat najbardziej utkwiło Panu w pamięci? Zdecydowanie początki. Te pierwsze imprezy wspomina się z największym sentymentem. Mam wrażenie, że wtedy organizacjom kolejnych imprez towarzyszył większy entuzjazm. A może po prostu wynikało to z tego, że człowiek był młodszy... Jak widzi Pan ją za 5, 10, 15 lat? Są następcy, którzy pociągną pasję i zaangażowanie obecnych organizatorów? Trudno powiedzieć. W każdym razie ja z chęcią bym przekazał tę przysłowiową pałeczkę młodszym. Nie ma się co oszukiwać, człowiek się starzeje, wypala, nie ma tyle energii i sił. Ale prawda jest taka, że na razie tych młodszych niewielu widać.
Za rok wróci Pan na scenę jako konferansjer? Na pewno będę przy DKW, bo po tylu latach zaangażowania wręcz byłoby mi żal zostawić imprezę. Ale czy będę akurat na scenie, tego nie wiem.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze