Ciarki i łzy to najlepsze, co może dać jej widz. Marzy, by przekuć talent w popularność, ale surowych jajek jeść nie będzie. Magdalena Stefaniak - diwa operowa z Krajenki
Dlaczego utrudnia Pani sobie drogę do publiczności?
Nie wiem, skąd takie stwierdzenie. Publiczność jest wszędzie, nasuwa się raczej pytanie: „Do jakiej publiczności?”. Swoją drogą nie czuję, żebym w jakikolwiek sposób utrudniała sobie drogę do odbiorców, wręcz przeciwnie. Czuję się wyjątkowa, bo muzyka, którą wykonuję, taka właśnie jest. Uważam też, że talent się zawsze obroni.
Mogłabym jednak poruszyć fakt, iż to mnie starano się utrudnić, a raczej odrzucono możliwość pomocy, gdy tej pomocy potrzebowałam w kwestii rozwoju talentu. Wszystko co robię, co daje mi możliwość rozwoju, zawdzięczam wyłącznie własnej pracy, uporowi i rodzicom.
Mówię „utrudnia” mając na myśli to, że muzyka poważna nieczęsto wchodzi pod strzechy. Z czego to wynika?
To prawda, niestety nie każdy ma dostęp do teatrów, oper czy sal koncertowych. Dużo można by mówić na temat przyczyn. Przede wszystkim lokalizacja powoduje, że ludzie nie czerpią, nie mają możliwości upajać się tego typu sztuką, ze względu na to, że „to za daleko”, „nie chce mi się”, „nie mam czasu”. Z przykrością muszę stwierdzić, że do tego zalicza się również lenistwo bądź odgórne założenie „ja tego nie lubię” (choć nigdy nie doświadczył). Warto wspomnieć, że zbyt mało rozpowszechniane są koncerty muzyki operowej. Można nie tylko dobrze bawić się przy muzyce popowej czy dobrze zmiksowanych kawałkach, ale także chociażby przy fragmentach operetki „Księżniczka Czardasza”, „Giuditta”, a nawet przy Walcu Musetty z opery „Cyganeria”. Bardzo ważny w rozpowszechnianiu, we wprowadzaniu ludzi w klimaty dość elitarne jest wkład i zaangażowanie władz i ośrodków kultury. To właśnie oni mają największe możliwości i środki na przybliżenie słuchaczom prawdziwego kunsztu muzycznego i sztuki belcanta. Niektórych może nie być stać na bilet w loży teatru, jednak po to są różnego rodzaju przedsięwzięcia, po to jesteśmy my, artyści, żeby z nas czerpać. Kiedyś teatr był instytucją, do której najczęściej uczęszczała społeczność, był zaszczytem, a kontakt z muzyką był wyznacznikiem poziomu kultury osobistej. Uczono się obowiązkowo pisać, tańczyć, śpiewać i grać na instrumencie. Myślę, że kolejną przyczyną jest też fakt, że wielu posiada słaby kontakt z muzyką już od najmłodszych lat, a nawet jest jej całkowity brak, co odbija się nie tylko na postrzeganiu klasycznych form muzycznych, ale również na rozwoju osobistym, uwrażliwieniem chociażby na sprawy rzeczywiste. „Muzyka uszlachetnia i uwrażliwia” - to fakt, nie mit.
Może jest tak także dlatego, że by docenić wartość muzyki poważnej trzeba się na niej znać?
Ja totalnie nie znam się na tańcu, a oceniam to, co widzę (uśmiech). Każdy z nas ma uszy, każdy posiada zmysły, każdy potrafi ocenić, czy coś mu się spodobało czy nie, czy wywołało to emocje czy może było nudne. Jesteśmy tylko ludźmi i nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkich dziedzin życia. To jasne. [[reklama]]
Wartość muzyki poważnej może ocenić tyko praktykujący. Nie twierdzę, że każdy musi się znać ani też lubić, ale przecież nie można lubić czegoś, czego się nie doświadczyło. Nie raz ani nie dwa, wiele razy spotkałam się już z ludźmi, którzy po zakończeniu koncertu, zalani łzami, dziękowali. To był pierwszy raz, gdy zetknęli się z tego rodzaju materią, niewidzialną ale poruszającą struny serca i duszy. To jest naprawdę piękne.
Kiedy Pani tak „spoważniała” i stwierdziła, że rzuca Pani piosenki popowe, które dotąd Pani śpiewała, na rzecz arii operowych?
(śmiech) Nigdy nie rzuciłam piosenek popowych, uwielbiam każdy rodzaj muzyki. No! Może nie do końca… Śpiewam cały czas, choć nie na szeroką skalę, dla siebie, bliskich, ale to już nie moja branża.
Myślę, że dużo rzeczy, sytuacji wpłynęło na tę dojrzałość, ale nie będę zdradzać jakie. Opera stała się częścią mojego życia. Pewne partie wymagają świadomych doświadczeń życiowych. Oczywiście do wielu ról jestem już gotowa, np. Mozart w moim wieku jest jak najbardziej wskazany. Natomiast partie w operach Verdiego wymagają zdecydowanie większej dojrzałości emocjonalnej i fizycznej. Mówię to wszystko dlatego, bo wykonywanie ról to nie tylko wyśpiewanie sznuru nut, oddechy i dobrze brzmiący dźwięk. By śpiewać, trzeba znać osobowość postaci, jej rozterki, przejścia, problemy itp. Gdy sami doświadczymy w realnym świecie podobnych emocji, bólu, radości i innych stanów ducha, łatwiej jest odtworzyć daną osobowość. [[nowa_strona]] Marzy Pani o popularności?
Oczywiście. To rzecz jasna jeden z moich celów w życiu.
W muzyce poważnej trudniej o uznanie niż w innych gatunkach. Co ma Pani takiego, co pozwala
Pani wierzyć, że odniesienie Pani sukces na wielkiej scenie?
To dość oryginalne pytanie i nie ukrywam, że moja odpowiedź może wzbudzić kontrowersje (śmiech). Czuję się trochę jakbym wypełniała rubrykę „opisz siebie w kilku zdaniach”. Uważam, że posiadam ogromny talent, bardzo szeroką wiedzę i umiejętności w zakresie sztuki operowej. Nie mogę pominąć wszelkich cech zarówno osobowości, jak i aparycję, która odgrywa bardzo ważną rolę w tym zawodzie.
Śpiewa Pani sopranem. Taki głos daje większe możliwości niż niski alt?
Właściwie tak. Pod względem różnorodności materiału muzycznego sopran ma możliwość śpiewania większej ilości partii. Ponadto rzadko zdarza się, aby przy możliwości wyboru dwóch głosów wybrano alt. Sopran jest raczej na pierwszym miejscu. Aczkolwiek ja bardzo lubię niskie głosy.
[[reklama]] Kończy Pani studia na wydziale wokalno–aktorskim Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu. Proszę zdradzić, na czym polegają takie studia.
To studia dość specyficzne. Przede wszystkim na roku jest nas garstka, około 10 osób. Dzięki temu jesteśmy bardziej ze sobą zżyci. Praca na tym wydziale to 75% praktyki, a reszta to teoria. Poza śpiewem i emisją głosu czy pracą z akompaniatorem mamy zajęcia z tańca, kształcenia słuchu, aktorstwa, ruchu scenicznego, a obecnie pracujemy nad operą Mozarta „Wesele Figara”, która będzie wystawiona w Teatrze Wielkim w kwietniu przyszłego roku, ze scenografią i kostiumami. Dla nas to czysta przyjemność, ale i wielu rzeczy musimy sobie odmawiać. Zajęcia to nie wszystko, to zaledwie ¼ mrówczej pracy, którą musimy wykonać. Większość sukcesu to praca samemu, ćwiczenie w salach do późnych godzin wieczornych. Nie zawsze jest kolorowo.
O ćwiczeniach głosu śpiewaków krążą legendy. Na czym polega ta praca?
Rozumiem, że chodzi o picie surowych jajek? Nie zrobię tego! Fuj (śmiech).
Przede wszystkim kwestia pracy i ćwiczenia głosu to całkowicie indywidualna sprawa. Aby zacząć pracę nad materiałem, trzeba się dobrze rozśpiewać. Do tego służą tak zwane wprawki, a jest ich mnóstwo. Wszystko zależy od tego, komu jakie służą i powodują zamierzony efekt. U mnie to wygląda w ten sposób, że po półgodzinnych wprawkach nie śpiewam, ale daję strunom odpocząć. Po pewnym czasie powtarzam wprawki i przystępuję do pracy nad utworem. Śpiewam, opracowuję momenty oddechowe, pracuję nad frazą i legatem, właściwym osadzeniem dźwięku i interpretacją. [[nowa_strona]] No dobrze, to proszę zdradzić, jak długo może trwać wydany przez Panią dźwięk...
Przyznam, że nigdy nie starałam się tego zmierzyć, bo uważam to za zupełnie zbędną rzecz. Poza tym to zależy od formy fizycznej, psychicznej, czynników atmosferycznych, stresogennych i wbrew pozorom wielu, wielu innych, których kiedyś, na początku edukacji nie byłam świadoma.
Szkło ma szanse w starciu z Pani głosem?
(śmiech) Oczywiście, że ma. Mnie się jeszcze nie zdarzyło, choć kieliszki drgały. Często się z tego śmiejemy z przyjaciółmi.
Mówi Pani, że „dzień bez muzyki to dzień stracony”. Zamęcza Pani rodzinę Schubertem, Mozartem, Moniuszką?
Moja rodzinka lubi, gdy śpiewam, nigdy nie narzekają, wręcz przeciwnie. Przez cały czas wspierają mnie, pod każdym względem w tym co robię. Wiele im zawdzięczam. Nie śpiewam arii, pieśni czy innych form operowych w domu, w mieszkaniu, ćwiczę tylko na uczelni. Fakt, muzyka towarzyszy mi przez cały czas, to jeden z najważniejszych elementów mojej egzystencji.
Nie powie mi Pani, że sąsiedzi nigdy nie mieli Pani dość... [[reklama]]
Hm… nie moi, ale przyjaciół - owszem. Ostatnio była sytuacja, gdy po raz kolejny śpiewałam na ich życzenie w mieszkaniu. Zapukała nam do drzwi sąsiadka z pretensjami, że już trzeci dzień ktoś u nich wyje. Śmiechu było co niemiara. Odtąd postanowiliśmy, że nie będę śpiewać u nich przez tydzień.
Jak, wykonując np. pieśń „Auf dem wasser zu singen”, wyraża Pani siebie? W końcu temu ma służyć muzyka.
Śpiewanie tego czy innego utworu to przede wszystkim doskonała okazja do podzielenia się emocjami. Moimi emocjami i przeżyciami z życia codziennego. Jakiekolwiek by one nie były, można je przekształcać, modyfikować i wykorzystywać do tego, by inni podczas słuchania przeżywali utwór wraz ze mną. Oczywiście, trudno jest wytłumaczyć poziom nasycenia emocjami przez wykonawcę, słuchacz po prostu to czuje. Wie, kiedy jest to tylko dźwięk, a kiedy dźwięk jest przesłaniem. Ciarki, łzy to najpiękniejsze, co można ofiarować artyście po wysłuchaniu wykonania. [[nowa_strona]] Pomówmy o kontuzjach. Wbrew pozorom śpiewak operowy jest na nie narażony, prawda?
To prawda, jest wiele chorób, dolegliwości, które powodują niedyspozycję głosową. Tak naprawdę dopóki jesteśmy zdrowi, nie zwraca się uwagi na to, co mogłoby się przydarzyć. Guzki śpiewacze, niedomykalność strun głosowych, afonia to kilka najbardziej powszechnych. Do tego zalicza się bardzo często nieprawidłowe ćwiczenie głosu, sama tego doświadczyłam. U mnie afonia spowodowana była na własne życzenie, przećwiczeniem głosu po przebytej chorobie. Przesadziłam i skutki były przykre, bo śpiewać nie mogłam przez ponad tydzień, choć tak bardzo dużo miałam do zrobienia i tak bardzo chciałam…
[[reklama]] W jaki sposób dba Pani o głos?
Przede wszystkim mierzę siły na zamiary. Głos mam jeden, struny też, a przede mną wiele lat życia i, co najważniejsze, śpiewania. Przy okazji struny nawilżam olejkiem i ziółkami. Oczywiście odpowiednie ubieranie się, w taką pogodę to podstawa. Nie znoszę zimy!
Niedługo skończy Pani studia. Jakie perspektywy ma absolwent Akademii Muzycznej?
Wiele mam planów, marzeń, ale zdecydowanie w tym momencie skupiam się na „małych cegiełkach”, bo to one powodują, że mogę zbudować coś, co pomoże mi w przyszłości osiągnąć zamierzony sukces.
Rozmawiał Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze