4,5 kilometra wpław w lodowatych wodach Zalewu Orawskiego. 225 kilometrów na rowerze dookoła Tatr, 55 w biegu. Po trudnym, górskim terenie. Przewyższenie? Osiem tysięcy metrów. Ostrzeżenia? Organizatorzy fundują je już na wstępie: „Myślisz, że jesteś z żelaza, bo ukończyłeś jakiegoś Ironmana? Nie jesteś! Zmierz się z Hardą Suką. Ona pokaże ci, czym jest prawdziwa stal”.
Katarzyna Borkowska zdaje się nie rozumieć znaczenia słów „nie dam rady, to ponad moje siły”. Zejść z trasy, poddać się? To nie w jej stylu. Ona walczy, nie łamie postanowień – zwłaszcza tych noworocznych. Nie wierzy tym, którzy mówią, że się nie da. Umiera, by móc narodzić się na nowo, złapać oddech pełną piersią i poczuć uderzenie endorfin.
Konsekwentnym trzeba się urodzić. Siłę mięśni należy wypracować. Samemu. Bez skomplikowanych programów treningowych czy biegowych aplikacji. Właśnie tak trzy lata temu zaczynała Katarzyna Borkowska.
Powód, dla którego postanowiłam się poruszać był prozaiczny: po ciąży i przed latem chciałam zgubić kilka kilogramów
– wspomina nasza rozmówczyni.
Pierwszy morderczy dystans? Kilkaset metrów okupione koszmarnym wysiłkiem i przepełnione myślami „a po co mi to?”. Kiedy człowiek znajdzie odpowiedź na to pytanie to już pół sukcesu. Ano po to, żeby mieć czas dla siebie. I żeby poprawić sylwetkę – to na początku. Teraz – by pokonywać kolejne ograniczenia, łamać bariery – wydawałoby się – nie do złamania. Ale pomału... Nie wszystko od razu, a jednak w tempie. Znaczącym[[pay]].
Zaczęłam biegać w kwietniu i by samą siebie zmotywować do treningów i systematyczności od razu zapisałam się na pilski Ćwierć–maraton Muzyczny, który startował w maju. Czy dałam radę? Dałam, ale myślałam, że na trasie umrę
– dziś na to wspomnienie na twarzy Katarzyny Borkowskiej pojawia się uśmiech. Był i wtedy – na mecie, bo przecież nasza rozmówczyni się nie poddaje.
Nie ukończyć biegu? Wstydziłabym się przed samą sobą
– dodaje.
Jak najbardziej w jej stylu są za to wyzwania, dlatego niespełna cztery miesiące później postanowiła wziąć udział w pierwszym w życiu półmaratonie. Stąd od maratonu dzielił ją już tylko krok. Mieszkanka Józefowa, rodowita złotowianka zdecydowała, że nie ma na co czekać. W czasie, gdy większość Polaków dokonuje poważnych postanowień, a więc w sylwestra i ona zdecydowała: pokonam maraton. Przynajmniej. A może nawet triathlon.
Nasza rozmówczyni bardziej skłoniła się w kierunku tego drugiego, dlatego styczeń, a potem i kolejne miesiące upłynęły jej pod znakiem basenu. Na wiosnę postanowienie z przełomu roku zaczęło nabierać realnych kształtów.
Kupiłam rower, pierwszą szosówkę. Nie wiedziałem wtedy, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem, dlatego nie chciałam inwestować. Wybrałam starą kolarzówkę
– wspomina. To na niej za plecami zaczęły znikać pierwsze dziesiątki kilometrów. Doprowadziły one Katarzynę Borkowską do pierwszego triathlonu – na dystansie sprinterskim. 750 metrów pływania, 20 kilometrów do pokonania rowerem, 5 – biegiem. To był prawdziwy test wytrzymałości. Pierwsza próba przyszła w wodzie.
Opaska startowa ześlizgnęła mi się z kostki podczas pływania. Trzeba było ją łapać
– wspomina. Dalej:
Wyszłam z jeziora na boso, ubrałam buty i wsiadłam na rower. Podczas jazdy nic mi specjalnie nie dokuczało, ale kiedy zaczęłam biec poczułam pod stopami kamienie. Dystans był tak krótki, że szkoda mi było czasu by zatrzymywać się i je wyjmować, więc biegłam dalej
– Katarzyna Borkowska twierdzi, że do bólu można się przyzwyczaić. Zawody ukończyła więc z zakrwawionymi stopami. To się nazywa hart ducha.
Następny sylwester przyniósł kolejne postanowienie: Ironman. Nim jednak Katarzyna Borkowska podjęła to wyzwanie, po drodze było jeszcze kilka „zwykłych” triathlonów i Half–Ironmen (1,9 km pływania, 90 kilometrów jazdy rowerem i 21 kilometrów biegu). Zawody wymagające, bo po pagórkowatym terenie i w palącym słońcu. To był chrzest. Wstęp do pełnego dystansu.
Na Ironmana czas przyszedł po trzech latach treningów, we wrześniu 2015 roku, w Malborku.
Niejednoznacznie oceniałam swoje siły, nie wiedziałam, czy mi się uda. Przed samym startem byłam przerażona
Reklama
– opowiada nasza rozmówczyni. Siły i optymizmu dodawała jej myśl, że tym razem miała profesjonalne przygotowanie – realizowała plan treningowy skonstruowany przez specjalistę. Nie znaczy to, że było łatwo. I tym razem pogoda spłatała figla.
Pływanie poszło gładko, ale pod sam koniec dystansu zaczęłam marznąć. Woda miała temperaturę 5ºC. Na rowerze nie zdołałam się rozgrzać
– nie do wiary. Przecież do pokonania było 180 kilometrów.
Padał deszcz, wiał wiatr, trzeba więc było zdwoić wysiłki. Na trasie musiałam pożyczyć od mamy kurtkę, ale na niewiele się to zdało. Przyznaję szczerzę: popłakałam się i na trasie sama siebie pytałam „po co mi to?”.
Reklama
Odpowiedź przyszła po czternastu godzinach i pięćdziesięciu czterech minutach, na mecie: dla chwili euforii, triumfu, które całkowicie przesłaniają kryzysy. Dla ogromnej radości, która ogarnia człowieka po nadludzkim wysiłku. I dla spełnienia.
Wyzwania to specjalność Katarzyny Borkowskiej. Przed nią kolejne – Harda Suka, ultratriathlon, którego trasa wytyczona jest w polskich Tatrach. W porównaniu z tymi zawodami Ironmen to pikuś, lekka przebieżka.
„Myślisz, że dasz radę? Prześpij się i przemyśl to dobrze, bo kiedy będziesz płakać z zimna i bólu na ostrej tatrzańskiej grani nie będzie komu Cię przytulić i pocieszyć. Będziesz tylko Ty, Twoje cierpienie i Twój strach. Ośmielisz się?”
– pytają organizatorzy.
Nie wiem, czy dam radę, ale chcę spróbować
– mówi nam Katarzyna Borkowska. To fighterka – nie mamy wątpliwości, że da radę. Zatem... „Do zobaczenia w piekle!”. [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze