- Moje dzieje rodzinne swój początek mają na obcej ziemi – w Niemczech. To właśnie tam, po napaści Niemców na Polskę, trafił mój ojciec. Pochodzący z Kraśnika Franciszek, z zawodu studniarz, jak wielu młodych i silnych mężczyzn został wywieziony na roboty przymusowe. Niewolnicza praca przy produkcji cegieł w Guben nad Odrą trwała trzy lata – potem zamieniono mu ją na pracę u bauera. Mama Michalina, która wychowała się w Bochni, podzieliła los swojego przyszłego męża – w 1940 roku również trafiła na roboty przymusowe do Niemiec. To tam, na obcej ziemi, przyszła miłość. Młodzi poznali się w obozie liczącym trzy tysiące osób - za oknem szary dzień, Zygmunt Pikuła krąży w białym kitlu pomiędzy gabinetem a salą, w której w ciężkim stanie leży mały pacjent. Lekarz konsultuje się z kolegami po fachu w sprawie jego leczenia, a w międzyczasie opowiada. - Obóz, w którym przebywali rodzice, wyzwolili [[pay]] Amerykanie. To właśnie oni urządzili pokazowe śluby dla siedmiu polskich par. Chcieli w ten sposób podnieść nastrój wśród ludzi ciężko doświadczonych przez wojnę, dać im nadzieję na lepsze jutro – po chwili wracamy do rozmowy. - W grupie szczęśliwców znaleźli się zakochani w sobie Franciszek i Michalina – dodaje Z. Pikuła.
Także siostry pani Michaliny poznały swoich partnerów w obozie. Tam jednak drogi rodzeństwa się rozeszły. Jedna z sióstr wyjechała do Francji, druga do Kanady. - Mama uwierzyła w świetlaną przyszłość Polski i namówiła męża na powrót do ojczyzny - Zygmunt Pikuła nie kryje dumy z patriotycznej postawy swych rodziców. I to mimo że start w ojczyźnie był trudny. - Najpierw Szczecin, potem Gdańsk – lekarz wspomina tułaczkę rodziców. Wreszcie otrzymali nakaz osiedlenia się na Ziemiach Odzyskanych. Trafili do Sanogóry, gdzie przydzielono im poniemieckie gospodarstwo rolno-leśne. To tam urodził się pan Zygmunt, a także jego dwie siostry i czterej bracia. Ojciec, wykorzystując doświadczenie nabyte podczas robót u bauera uwierzył, że zapewni rodzinie i sobie lepsze życie. W skład majątku wchodził las, a to gwarantowało spełnienie marzeń o dostatnim życiu. Niestety, 1947 rok przyniósł nacjonalizację. Lasy zostały państwu Pikułom odebrane. - Za stawianie sprzeciwu decyzją ówczesnych władz ojciec trafił na kilka miesięcy do więzienia. I tak prysły marzenia o spokojnym, dostatnim życiu – wspomina lekarz ze Szpitala Powiatowego w Złotowie. Mimo trudności Franciszek Pikuła starał się pokierować życiem swoich dzieci tak, by zdobyły one zawód dający im lepszy start w dorosłe życie.
Jedna z sióstr Zygmunta została pielęgniarką, młodszy brat ukończył technikum, a pozostali szkoły zawodowe. Po liceum w Miastku Zygmunt Pikuła postanowił podjąć studia w Wojskowej Akademii Medycznej w Szczecinie, lecz nie uzyskał zgody ówczesnego decydenta w Koszalinie. - Takie były czasy... – wspomina mężczyzna, którego chciano wówczas skierować do odbycia zasadniczej służby wojskowej. - Wiedziałem, że gdy pójdę do wojska to studia po dwóch latach służby będą tylko mrzonką. Przed wojskiem uchronić mnie mogła jedynie dalsza nauka. Rozpocząłem ją więc w dwuletnim studium elektroradiologii w Szczecinie. Po jego ukończeniu,w 1968 roku, rozpocząłem studia w Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie – opowiada pan Zygmunt. Kiedy odbywał staż w Szczecinku namawiano go do podjęcia pracy na oddziale chirurgicznym. Bezskutecznie. Zygmunt Pikuła, z uwagi na swoje warunki fizyczne, wybrał pediatrię.
Pikułowie nie byli bogaci. Pan Zygmunt od czwartego roku studiów, nie chcąc finansowo obciążać rodziców, zdecydował się na pobieranie stypendium, które powiązane było z nakazem pracy w Okonku, w rejonie fundatora owego stypendium. Kiedy ten obowiązek wygasł, dano mu możliwość wyboru miejsca pracy: Koszalin lub Złotów. Wybrał drugą z miejscowości, gdzie zaoferowano mu mieszkanie w bloku. To nie jedyny powód, równie ważna była atmosfera panująca na oddziale dziecięcym. Zafascynowany miastem, jeziorami wokół Złotowa oraz przyrodą tego miejsca postanowił tu zamieszkać. Z dala od miast akademickich, w czasach, gdy podstawowym środkiem lokomocji był rower.
Jak w 1979 roku wyglądał oddział dziecięcy w Złotowie? Głównym sprzętem na nim były słuchawki, aparat EKG, RTG oraz laboratorium z podstawowym wyposażeniem. - Często w trudniejszych klinicznych chorobach zmuszeni byliśmy do korzystania z usług laboratorium w Pile lub innych dużych ośrodków. To powodowało wydłużenie diagnostyki, co z kolei przekładało się również na samopoczucie lekarzy pracujących w przedłużającym się stresie - przyznaje pracownik oddziału, przez który przechodzi blisko 1000 dzieci rocznie. - Na szczęście w tych odległych czasach starsi, doświadczeni lekarze chętnie dzielili się wiedzą i umiejętnościami z młodszymi kolegami, co pozwalało na uspokojenie rytmu pracy – wspomina Zygmunt Pikuła.
- Miałem szczęście poznać nieocenionych współpracowników, którzy dzielili się ze mną wiedzą praktyczną i teoretyczną. To niezapomniani lekarze: Nadzieja Łabęcka-Goertz, Alfons Wysocki, Jolanta Nowicka, Elżbieta Cisek-Makowska, ordynatorzy złotowskiego oddziału dziecięcego – wylicza pan Zygmunt. Obecny kierownik tego oddziału nie omieszka pochwalić też dzisiejszego zespołu lekarskiego i pielęgniarskiego. - Na naszym oddziale leczymy średnio tysiąc dzieci rocznie. Z tej liczby około 5-10% to przypadki trudne kliniczne, często uszkodzone neurologiczne (np. z niedoborem wagi lub odporności). Jeśli do tego dojdzie stan zapalny o różnym stopniu nasilenia oraz stres opiekunów dzieci, to jest to czynnik bardzo obciążający psychikę lekarza – twierdzi pediatra.
Zawód lekarza jest obdarzony dużym prestiżem społecznym, cieszy się ogromnym zaufaniem. Tak było zawsze, jednak w dawniejszych czasach nie szło za tym należyte wynagrodzenie. - Lekarze przez lata, by na przyzwoitym poziomie utrzymać swoje rodziny, musieli dorabiać - mówi Zygmunt Pikuła, który 20 lat był lekarzem kolejowym. Dzięki temu korzystał z ulg na przejazdy PKP i na noclegi w domu kolejarza.

Lekarz-rodzic-dziecko - w leczeniu małych pacjentów ta realacja jest nie do przecenienia
- Na szczęście te czasy minęły i od 7-8 lat standard życia znacznie się poprawił. Ja i moi koledzy lekarze nadal dużo pracujemy, lecz nie z przyczyn ekonomicznych, a z powodu braków kadrowych – zdaniem medyka trudną sytuację na rynku lekarskim pogłębia emigracja. - Na dyżurze spędziłem prawie 1/3 mojego życia. Dzięki wyrozumiałości żony, która prawie cały ciężar prowadzenia domu i wychowana dzieci wzięła na swoje barki, mogłem w pełni zaangażować się w pracę zawodową – złotowianin dziękuje małżonce. Jej trud docenia tym bardziej, że i ona była czynna zawodowo. - Także z dzieci jestem dumny. Córka jest lekarzem kardiologiem, syn oficerem policji. Oboje mają rodziny, a ja jestem szczęśliwym dziadkiem – zaznacza szef oddziału dziecięcego szpitala w Złotowie.
Skoro mowa o dzieciach, to nie sposób nie wspomnieć o ich tysiącach leczonych przez Zygmunta Pikułę. On sam twierdzi, że większość swoich pacjentów pamięta i rozpoznaje, choć niektórych leczył lata temu. Za to jego rozpoznają wszyscy i przekazują wyrazy sympatii. - O, nasz doktor – mówią nawet ludzie z Okonka, w którym pracowałem w latach 70-tych – mówi lekarz. Jego zdaniem najważniejsze w tym zawodzie jest właściwe podejście do pacjenta. Dobry pediatra niemal od razu wie, co może dziecku dolegać. - Po tylu latach pracy spotkałem się już chyba z każdym przypadkiem – uważa nasz rozmówca. Zaskoczony jest za to rosnącą roszczeniowością rodziców. - Ich postawa jest silnie stresogenna dla medyka prowadzącego leczenie – mówi 68-latek.
Nieliczny czas poza pracą zawodową pan Zygmunt wykorzystuje łącząc przyjemne z pożytecznym. Na odreagowanie stresów pozwalają mu ogród i działka nad Jeziorem Zaleskim. - Kilkudniowe wyjazdy do atrakcyjnych miejsc w kraju i za granicą też dają odpoczynek od codzienności. Kondycji fizycznej i umysłowej służą również wyjazdy na narty w Alpy. Od pewnego czasu w wypadach tych towarzyszy mi wnuczka, która mnoży radość z eskapad – opowiada pan Zygmunt, który właśnie skończył telefoniczną konsultację z anestezjologiem. Sytuacja jest nerwowa, ale on dobrze odnajduje się w takich chwilach. - Lubię swoją pracę. Jeżeli zdrowie będzie mi dopisywać, a pacjenci i dyrektor wciąż będą mnie potrzebować, to będę pracował – zapewnia mężczyzna, który mógłby być już na emeryturze. - Kontrakt o pracę mam jeszcze na dwa lata, zapału i sił pewnie starczy mi na dłużej – przekonuje i wraca między pacjentów.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Najlepszy lekarz jakiego znam. Dyspozycyjny, pamieta pacjentów, wypisuje tanie leki i pyta jakie leki mam w domu, żeby nie naciagac na koszty. Lekarz z powolania. Dzieki temu ze uparcie powtarzal swoja diagnoze, moja córka przeszla sparwnie i szybko operacje, a jego przypszczenia sie potwierdzily. Syna wyciagnal z astmy. Doktor z powołania
A ja mam złe wspomnienia ze spotkania z tym lekarzem. Trafiłam w nocy z dzieckiem na oddział, wezwałam pogotowie, bo po raz pierwszy nie byłam w stanie zbić dziecku gorączki, a temperatura wyniosła powyżej 40 i rosła dalej. Pikuła skrytykował mnie, stwierdził min., że spanikowałam, bo wygląda na to że dziecku nic nie jest. Następnie było faszerowanie antybiotykami, cały czas nie było diagnozy, minęły 2-tygodnie, dopiero przy wypisie zrobiono zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej, które wykazało ciężkie zapalenie płuc i telefon do mnie, że jednak nie mogą wypisać dziecka, chyba że na moje życzenie, oczywiście konieczne było dalsze leczenie u lekarza rodzinnego. Podpisałam papiery, bo dziecko bardzo źle znosiło pobyt w szpitalu, poza tym było w sali razem z zakaźnymi ...
LEKARZ Z POWOŁANIA ODDANY MAŁYM PACJENTOM , PROFESJONALNY I RZECZOWY , NIGDY NIE BAGATELIZUJE NAWET NAJMNIEJSZYCH OBJAWÓW CHOROBOWYCH. KIEDYŚ LECZYŁ MNIE ... A TERAZ ZDROWIE MOICH DZIECI ODDAJE W JEGO RĘCE ... DZIĘKUJĘ ZA PANA DOŚWIADCZENIE I URATOWANIE ŻYCIA MOJEJ CÓRCE ... DZIĘKUJĘ ŻE PAN JEST, ŻE NIESIE PAN POMOC MAŁYM PACJENTOM BEZWARUNKOWO MAŁO KIEDY SPOTYKA SIĘ TAKICH LUDZI .... ŻYCZĘ KOLEJNYCH WIELU LAT PRACY I URATOWANYCH DZIECIACZKÓW ...
Bylam ostatnio z dzieckiem na oddziale Pana doktora i bylam zaskoczona pozytywnie. Diagnoza byla prawidlowa leczenie skuteczne a pielegniarki bardzo mile sam Pan doktor uprzejmy interesujacy sie dziecmi zagladal co chwile do nas a co najwazniejsze tlumaczyl rodzica co jest dziecku na czym polega choroba i jak widzial zdenerwowanie natychmiast pocieszal. Moim zdaniem to najlepszy oddzial ja bylam zadowolona
Chyba wodonercze, a nie wodogłowie?
Nie zapomnę oburzenia żony pana doktora, że nie czekamy na klatce schodowej, zamiast na korytarzu mieszkania, gdzie przyjmował prywatnie. Była bardzo mrozna zima, córka z wysoką temperaturą, zresztą innych kilkoro dzieci również nie przybyło tam na pogaduchy. To była pierwsza i ostatnia wizyta w tymże gabinecie. Pozdrawiam
mi po samym węchu wyczuł że zachorowałem na cukrzycę
Ja nie mam dobrego zdania o doktorze, leczył mi syna na astmę której nigdy nie miał....A teraz leczę konsekwencje po inhalatorach i lekach które stosował na rzekomą astmę. .
A mojemu dziecku określił na co jest uczulony i zrobił to w ciągu jednego tygodnia, podczas, gdy inni lekarze "ściemniali" i leczyli na wszystko, tylko nie na alergię. Polecam doktora.
Mojemu bratu Pan Lekarz przedstawiony powyżej chciał wyciąć zdrową nerkę kiedy był dzieckiem... powiedział, że ma wodogłowie... Dziś mój brat ma 23 lata i dzięki profesorowi z Poznania ma dwie ZDROWE nerki i jest zdrowy.
Pamiętam dra Pikułę z dzieciństwa i dr Nadzieję Goertz także - to byli najlepsi lekarze w trudnych latach osiemdziesiątych. Dzisiejsi lekarze nie mają ani takiego podejścia ani umiejętności diagnostycznych a tym bardziej terapeutycznych a mają do dyspozycji znacznie większe możliwości techniczne, nowocześniejsze leki,niedostępne dawniej terapie. Dzisiejszy lekarz ma inne dylematy, bo ma limit skierowań na badania i musi wybrać czy zrobić CT komuś kto ma początek objawów czy temu, któremu już nic nie pomoże...
Najgorszy lekarz jakiego znam. Mojego syna doprowadził do stanu krytycznego którego konsekwencje ma do dzisiaj.
Wspaniały lekarz z dobrym podejściem do rodziców i pacjentów.Ma dużą wiedzę moim dzieciom bardzo pomógł
Najlepszy lekarz jakiego znam. Dyspozycyjny, pamieta pacjentów, wypisuje tanie leki i pyta jakie leki mam w domu, żeby nie naciagac na koszty. Lekarz z powolania. Dzieki temu ze uparcie powtarzal swoja diagnoze, moja córka przeszla sparwnie i szybko operacje, a jego przypszczenia sie potwierdzily. Syna wyciagnal z astmy. Doktor z powołania
A ja mam złe wspomnienia ze spotkania z tym lekarzem. Trafiłam w nocy z dzieckiem na oddział, wezwałam pogotowie, bo po raz pierwszy nie byłam w stanie zbić dziecku gorączki, a temperatura wyniosła powyżej 40 i rosła dalej. Pikuła skrytykował mnie, stwierdził min., że spanikowałam, bo wygląda na to że dziecku nic nie jest. Następnie było faszerowanie antybiotykami, cały czas nie było diagnozy, minęły 2-tygodnie, dopiero przy wypisie zrobiono zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej, które wykazało ciężkie zapalenie płuc i telefon do mnie, że jednak nie mogą wypisać dziecka, chyba że na moje życzenie, oczywiście konieczne było dalsze leczenie u lekarza rodzinnego. Podpisałam papiery, bo dziecko bardzo źle znosiło pobyt w szpitalu, poza tym było w sali razem z zakaźnymi ...
LEKARZ Z POWOŁANIA ODDANY MAŁYM PACJENTOM , PROFESJONALNY I RZECZOWY , NIGDY NIE BAGATELIZUJE NAWET NAJMNIEJSZYCH OBJAWÓW CHOROBOWYCH. KIEDYŚ LECZYŁ MNIE ... A TERAZ ZDROWIE MOICH DZIECI ODDAJE W JEGO RĘCE ... DZIĘKUJĘ ZA PANA DOŚWIADCZENIE I URATOWANIE ŻYCIA MOJEJ CÓRCE ... DZIĘKUJĘ ŻE PAN JEST, ŻE NIESIE PAN POMOC MAŁYM PACJENTOM BEZWARUNKOWO MAŁO KIEDY SPOTYKA SIĘ TAKICH LUDZI .... ŻYCZĘ KOLEJNYCH WIELU LAT PRACY I URATOWANYCH DZIECIACZKÓW ...