Alicja Andrzejewsk: Trzeba umieć sobie ustępować i wybaczać, być wyrozumiałym.
Bogdan Andrzejewski: Najważniejsze jest zaufanie. Trzeba wierzyć, że będzie się wracać do domu, mimo że życie jest usłane różnymi niespodziankami. Kiedyś jeździliśmy do sanatorium osobno, więc trzeba było mocno sobie wierzyć. Zawsze zawoziłem żonę do Polanicy i mówiłem jej: tu idź na tańce, tam na ciekawy spacer po górach. Radziłem, bo ja już tam wcześniej byłem.
Alicja: A gdy po mnie przyjeżdżał, mówiłam mu: temu musisz piwo postawić, bo mnie obtańcowywał, temu też. To normalne. Bogdan zna moich znajomych z sanatorium, a ja nawet piszę kartki do jego koleżanek z wypoczynku.
Reklama
Alicja: Mąż jest spokojny, ja bardziej impulsywna, ale nigdy nie było tak, byśmy droczyli się dłużej niż 15 minut. Potem zwykle zapadała cisza. W dzień się podroczyliśmy, ale wieczorem spotykaliśmy się przy łóżeczkach synów i tam się godziliśmy. Zresztą synowie, gdy widzieli, że się do siebie nie odzywamy, to próbowali nas do siebie zbliżać. Mówili np. „mamusia, a tatuś pyta, o której idziemy na obiad”, bo chcieli, żebym do niego zadzwoniła.
Bogdan: Największą kłótnią było to, że mieliśmy ciche minuty, ciche godziny. Nie było głośnych awantur.
Reklama
Alicja: Człowiek jest zlepkiem zalet i wad. Mąż jest wolniejszy i jak się z nim umówiłam, to wiedziałam, że przyjdzie z pięcio –, dziesięciominutowym opóźnieniem.
Bogdan: Ale po co się spieszyć? Jak żona jest umówiona na 9, to już o 8:30 mnie woła, że mam już jechać. Po co? O jej wadach nie chcę mówić.
Alicja: Powiedz, to ja się dowiem przynajmniej.
Bogdan: Lepiej nie mówić.
Bogdan: Brałem przykład z przodków, którzy tworzyli rodziny trwałe, wielopokoleniowe. Nie było mowy o rozwodach, jak to się teraz dzieje. Mój ojciec był księgowym w pegeerach, często zmienialiśmy miejsce zamieszkania. Mamusia trochę pracowała w bibliotece, ale najbardziej była gospodynią domową. Rodzice trzymali dużo drobiu, który był żywym pieniądzem. Mamusia jeździła na rynek do Poznania i tam ten drób sprzedawała. Pensji ojca na wszystko nie wystarczało, ale pomimo trudności finansowych i przeprowadzek nie było między rodzicami tematu rozchodzenia się, rozwodu. Brałem z nich przykład, jak urządzić szczęśliwy dom. W mojej rodzinie do tradycji należały niedzielne koncerty. Po wspólnym obiedzie ojciec grał na skrzypcach, mamusia na pianinie. W ten sposób powstawały więzy sąsiedzkie.
ReklamaAlicja: Dodaj, że twój dziadek był organistą przez 57 lat i wszyscy w domu musieliście na czymś grać. Ty na pianinie. To pianino mieliśmy jako spadek, symbol rodu Andrzejewskich u siebie w domu. Nasi synowie: Rafał i Damian rok czy dwa lata chodzili w Złotowie do szkoły muzycznej. Rafał nadal często gra na spotkaniach rodzinnych na gitarze. Dodam, że wujek Bogdana – profesor Edmund Maćkowiak przez 16 był rektorem Wyższej Szkoły Muzycznej w Poznaniu, a jego wychowankami są znani złotowscy muzycy.
Alicja: Kochali się bardzo. W domu było nas siedmioro. Ojciec był kolejarzem, pracował jako nastawniczy w Poznaniu. Mieszkaliśmy na dworcu kolejowym, jedną stację przed Międzychodem. W domu panowała miła atmosfera. Mamusia czekała na nas zawsze z pachnącym obiadem, bardzo dobrze gotowała. Pilnowała, byśmy w pierwszej kolejności odrobili lekcje, a później musieliśmy wykonać przydzieloną nam pracę. Wieczorami czytała lub opowiadała nam książki. Na te spotkania schodzili się sąsiedzi. Mama opowiadała, a kobiety robiły sobie np. na drutach, szydełkowały. A mieszkaliśmy w skromnej chacie – jeden pokój, kuchnia, korytarz i spiżarnia. Bardzo biedna, ale zacna rodzina. Rodzice mocno byli ze sobą związani i my, ich dzieci, także żyjemy w trwałych związkach małżeńskich. Wzajemnie wspieramy się i mimo odległości jesteśmy w stałym kontakcie.
Reklama
Alicja: Wówczas nie było tak jak dziś, że czeka się na mannę z nieba. Tylko tatuś pracował, więc by się utrzymać chowaliśmy krowę, dwie owce, na wiosnę dwie świnie i na jesień dwie, kury, kaczki, gęsi, pszczoły. Dzierżawiliśmy dwie morgi ziemi, na której uprawialiśmy zboże i ziemniaki, a przy domu mieliśmy ogródek warzywny. Każde dziecko miało wydzielone swoje grządki i przydzielony zakres obowiązków. Wszyscy nauczyliśmy się robić na drutach, wyszywać
Bogdan: Robić na drutach to i ja umiem, bo tego uczyli w szkole. Też pracowałem w gospodarstwie. W domu była zasada, że najstarszy był chłopakiem do roboty. Gdy najstarszy dorósł i poszedł na studia, to kolejny przejmował jego obowiązki. Łącznie ze sprzątaniem domu, myciem naczyń i tak dalej. Jak w wojsku.
Reklama
Alicja: Po Liceum Pedagogicznym w Trzciance koniecznie chciałam iść do pracy w okolice Międzychodu, by mieć bliżej do Prusimia, do domu. Nasze liceum było bardzo dobrą szkołą. Z 48 osób, które zaczynały ze mną naukę, maturę zdało 18.
Bogdan: Bo w tych czasach szkoła uczyła porządnie. Bardzo dużo było praktyki, przygotowania do zawodu. Technikum Drogowe w Poznaniu przygotowało mnie lepiej do pracy zawodowej niż Politechnika.
Alicja: Podobnie było w LP w Trzciance. Już w pierwszej klasie dostawaliśmy pod opiekę dziecko z pobliskiej szkoły ćwiczeń i prowadziliśmy jego obserwację, interesowaliśmy się jego postępami w nauce, pomagaliśmy mu.
Reklama
Alicja: Tak. Nie było wakatu blisko mojego domu rodzinnego, więc postanowiłyśmy z koleżankami, że pójdziemy do pracy tam, gdzie pracuje najprzystojniejszy inspektor oświaty. Taki był w Środzie Wielkopolskiej. Uderzyłyśmy tam we trzy. Jedna poszła do Iwna, druga do Giecza, a ja do Gułtów. Rodzice jako wyprawę dali mi w papierowym worku pierzynę i poduszkę, wysiadłam na stacji, a do szkoły było około 2,5 km. Miejscowy piekarz jechał do wioski rowerem i zaoferował, że zaprowadzi mnie do tej szkoły. A tam dostałam pokoik z łóżkiem, ale bez materaca. Popłakałam się, bo nie było mnie stać, aby go sobie kupić. Wtedy przyszła z pomocą nauczycielka, która mieszkała piętro wyżej i zaprosiła mnie do siebie. Przez miesiąc spałyśmy razem na jej kanapie.
Alicja: Dokładnie. Czasem kierownik zamykał szkołę i nie mogłyśmy z niej normalnie wyjść. Poza tym jedna nauczycielka mieszkała na plebanii. Wszystkie żyłyśmy jak w celibacie (śmiech).
Reklama
Bogdan: Było to w dniu, gdy przyjechała Ala. Z kolegą poszliśmy do jego narzeczonej, nauczycielki, u której zakwaterowała się Alicja. Dziewczyna była taka, że można było na niej oko zwiesić.
Alicja: A Bogdan był taki przystojny... I student. A w liceum nasza „mamcia” od zajęć praktyczno–technicznych mówiłAlicja: „aj jaj jaj, dziewczynki, aj jaj jaj, pamiętajcie, jak na tę wioskę pójdziecie, to się trochę zastanówcie: świniorza czy oborowego brać? No chyba, że jak wam się trafi traktorzysta albo kombajnista, to się nie zastanawiajcie”. Perspektywa była niesamowita. Pomyślałam, że Bogdan – student budownictwa nie dla mnie, takiego kopciuszka z Prusimia. A potem okazało się, że zaiskrzyło.
Reklama
Alicja: Nie było warunków do spotkań sam na sam.
Bogdan: Jak szkoła była zamknięta, to wchodziłem przez okno...
Alicja: W tamtych czasach, w latach sześćdziesiątych, temat seksu to był tabu. Moja mama nigdy ze mną o tym nie rozmawiała.
Bogdan: Do domu z akademika przyjeżdżałem co tydzień. Tyle że najpierw musiałem w domu zrobić swoją pracę. A i jeszcze trzeba było na odrobek do gospodarza pójść. Dopiero wieczorem miałem czas dla dziewczyny.
Bogdan: Naciski były takie, że nie było środków antykoncepcyjnych i człowiek nie znał dobrze „tych spraw”. I coś musiało z tej miłości wyjść...
ReklamaAlicja: To po dwóch latach przyspieszyło nasz ślub, bo po pięciu miesiącach urodził się nam syn Rafał.
Bogdan: Na pierwszym spotkaniu podali mi czarną polewkę, co kiedyś oznaczało odmowę...
Alicja: A tam, czarninę dostałeś, bo to była reprezentacyjna zupa w Wielkopolsce. I na drugie danie była kaczka.
Bogdan: Mimo to jakoś przeżyliśmy razem 50 lat...
Student i początkująca nauczycielka. Ślub musiał być dla Państwa wyzwaniem.
W jaki sposób trafiliście Państwo do Złotowa?
Podobno do trzydziestki ludzi przyciągają do siebie przeciwieństwa, bo są siebie ciekawi. A potem liczy się to, co mamy wspólnego. Tak to jest u Państwa?
Dziś oboje Państwo jesteście na emeryturach. Jak spędzacie ten czas?
Bogdan: Ponieważ mieszkałem w Poznaniu, to sprawy urzędowe załatwiałem tam. Ślub mieliśmy w Ratuszu Poznańskim, bardzo paradnie.
Alicja: Śmiesznie wyszło, bo Bogdanowi napisali, że pochodzi z Gułtów, a ja że z Poznania. To było na moją korzyść – jestem dziewczyna wielkomiejska!
Bogdan: W Poznaniu mieliśmy tylko ślub cywilny. Po nim poszliśmy na Starym Rynku do restauracji „Pod Koziołkami” na obiad.
Alicja: Ale potem mieliśmy ogrom gości...
Bogdan: ...bo impreza odbyła się w „Sęku”, klubie studenckim w Poznaniu.
Alicja: To był największy bal, jaki mieliśmy w życiu. 7 stycznia 1967 roku. A trzy tygodnie później w Kwilczy odbył się ślub kościelny. W domu rodzinnym Alicji odbyło się tradycyjne wesele.
Bogdan: Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Złotowie ufundowało mi stypendium i musiałem je odrobić. To był nakaz pracy. Nie załapałem się na mieszkanie kwaterunkowe, więc musieliśmy wykupić lokal spółdzielczy. Ja przyjechałem tu pierwszy, a żona dotarła do mnie po kilku miesiącach.
Alicja: Musiałam zostać w Gułtowach, by odbyć trzyletni staż pracy i zdać egzamin kwalifikacyjny, aby zdobyć pełne kwalifikacje pedagogiczne. Zdałam go z oceną wzorową. Tu trafiłam 31 stycznia 1968 roku.
Bogdan: A wie Pan, jaka mnie spotkała historia gdy pierwszy raz byłem w Złotowie? Wyjechałem z domu około 5 rano. W Złotowie byłem w południe i zameldowałem się w Powiatowej Radzie Narodowej na miesięcznej praktyce. Zawieźli mnie na „Zacisze”, gdzie załatwili mi pokoik. Usnąłem, obudziłem się około 17 – tej i poszedłem zobaczyć Złotów. Na Kaczym Dołku był kiosk z piwem, a wiadomo, że dla studenta zaliczenie jednego piwka dziennie to prawie obowiązek. Piję, a tu podchodzi do mnie facet. Pomyślałem, że pewnie chce, aby postawić mu piwo. A on mówi: ja cię znam. Chłopie, ja pierwszy raz jestem tutaj. Ja cię znam. To powiedz nazwisko – powiedział. Powiedz imię – powiem imię twojego brata. I powiedział. Okazało się, że z moim bratem chodził do szkoły i mieszkał we wsi kilka kilometrów od Gułtów. A skąd mnie znasz? Bo ty byłeś u nas na zabawie i rozróbę zrobiłeś! Ten facet do dzisiaj tutaj mieszka – to Władek Rogaliński. Niedawno jego matka obchodziła 100 urodziny i był artykuł u was w gazecie. I na zdjęciu był właśnie ten Władek.
Alicja: Chciałam pracować w Złotowie, ale nie było wakatu, więc inspektor Horst wysłał mnie do Krajenki. A przy pierwszym spotkaniu mówił: „Wos tutaj zesłoli, bo tutaj jest najgorszy klimat. Tutaj polskość jest przez to, że taki klimat beznadziejny. Tu Niemców za karę przysyłali.” Później się z nim zaprzyjaźniłam i na podstawie jego dokumentów pisałam pracę magisterską.
Bogdan: Ja pracowałem w powiatowej radzie, więc mogłem wyskoczyć do domu, na przeciwną stronę ulicy, aby nakarmić syna, bo zostawał przez jakiś czas w domu sam. Drugi był u teściów. Takie były czasy. Nie trwało to zbyt długo, bo dzieci dostały się do żłobka.
Alicja: Na szczęście po półtora roku w Krajence dostałam się do „Jedynki” w Złotowie. W 1974 roku dostałam tam nawet wzorową ocenę za pracę. Ja i pani Zosia Czyżkowska. A w czerwcu inspektor, pan Cebulak, który był bardzo zasadniczy, wezwał mnie do Inspektoratu Oświaty. Gdy przyszłam akurat coś pisał, spojrzał na mnie i powiedział: „Od 1 września będzie pani dyrektorem Ogniska Pracy Pozaszkolnej”. Panie inspektorze, ale… „Proszę sobie wziąć dzienniki ustaw i przygotować się do nowej pracy”. I tak w tej placówce przepracowałam 33 lata.

Do Złotowa Ala i Bogdan Andrzejewscy trafili już jako rodzice dwóch synów. Później urodził im się jeszcze Wojtek
Alicja: Surowym ojcem był Bogdan. Chłopcy bardzo się z nim liczyli.
Bogdan: To prawda, choć u mnie w domu rej wodziła mamusia. Zasady musiały być. Dlatego też nasze dzieci jeździły do pracy dorywczej, bo ona była dla nich nauką. Chłopcy zbierali porzeczki, truskawki, kopali rowy. Zarabiali symboliczne kwoty.
Alicja: Tylko ludzie się dziwili: ojciec dyrektor, a dzieci muszą pracować...
Bogdan: A jak. Ja jako chłopak też musiałem pracować – przy żniwach i wykopkach, za co moja mamusia dostawała zboże czy ziemniaki. Wtedy może tego obowiązku nie rozumiałem, ale potem to doceniłem. Dlatego też gdy nasi synowie chcieli np. magnetofon, to mówiłem im: uzbieracie połowę, a ja wam drugą dołożę. Według mnie dzisiaj oni to doceniają.
Alicja: Jesteśmy dumni z naszych synów. Mimo że bardzo rozpieszczałam dzieci, to widać im to nie zaszkodziło (śmiech). Mamy również dwie wspaniałe synowe i czworo wnucząt. Wszyscy przynoszą nam wiele chluby i radości.
Bogdan: Wiele rzeczy robiliśmy razem. Na przykład razem prowadziliśmy wędrowne obozy harcerskie. Mamy tutaj mnóstwo ludzi na stanowiskach, którzy stawiali pod naszym okiem pierwsze podróżnicze kroki.
Alicja: Mogę tu wymienić Piotra, Darię, Adriana, Anię, Janusza, Radka, Karolinę. Wszyscy za symboliczne złotówki podziwiali z nami polskie góry. Pięćdziesiąt swoich urlopów poświęciłam organizacji wypoczynku dla dzieci i młodzieży. Były to wyprawy po kraju i poza jego granicami.
Alicja: Jako że byliśmy żądni zwiedzania świata, to zrobiłam sobie uprawnienia pilota wycieczek zagranicznych i odwiedziłam z wycieczkami niemal wszystkie republiki byłego Związku Radzieckiego. Najdalej doleciałam do Irkucka. A gdy coś zarobiłam, to mąż lub dzieci wyjeżdżali zwiedzać świat...
Bogdan: Zwiedziliśmy razem kawał Europy. Co roku gdzieś jedziemy. Teraz wybieramy się na Teneryfę.
Alicja: To, że teraz zwiedzamy świat jest zasługą naszych dzieci. To synowie wspierają nas finansowo. Przed wyjazdem do Kanady pojechali do pracy fizycznej do Niemiec, by mieć dla nas pieniądze.
Alicja: Pojechaliśmy tam na zaproszenie Bogdana kolegi ze studiów, bo w Toronto odbył się ich zjazd. Dzięki temu, że jestem jego żoną objechałam terenówką część Kanady i USA .
Bogdan: Byliśmy tam prawie miesiąc. Przejechaliśmy około 5 tys. kilometrów. Naszym przewodnikiem był kolega, który niegdyś był dyrektorem Rejonu Dróg Publicznych w Wąbrzeźnie i uciekł za granicę ze swoim bratem i... tamtejszym pierwszym sekretarzem partii!
Alicja: Z całej wyprawy najbardziej urzekła mnie Niagara.
Alicja: Jestem radną Rady Miejskiej w Złotowie, działam w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci, nie narzekam na brak zajęć. Niestety ze względu na astygmatyzm pani doktor zabroniła mi czytać książki, ale radzę sobie przy użyciu tabletu, na którym mogę powiększyć litery. Za audiobooki nie mogę się, póki co, zabrać.
Bogdan: Ja też się nie nudzę. Od wiosny do późnej jesieni pracuję na działce, a zimą ćwiczę umysł, rozwiązując łamigłówki.
Alicja: Mnóstwo radości przysparzają nam dzieci i wnuki. Oboje jesteśmy bardzo rodzinni, więc regularnie spotykamy się w dużym gronie najbliższych. Staramy się wtedy wspominać te dobre chwile.

7 stycznia 2007 roku Medale za Długoletnie Pożycie Małżeńskie przyznane państwu Andrzejewskim przez prezydenta RP wręczył wicestarosta Daniel Sztych
Alicja: Kochać się, kochać i jeszcze raz kochać.
Bogdan: I ufać sobie.
Alicja: Pewnie jakieś były, ale po co komu podejrzenia?
Bogdan: Nie, no nutka zazdrości jest, bo bez niej nie ma miłości.
Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
No szybko ślub za5 miesięcy wcześniak ajaj jak kiedyś tego nie było porządek był ha ha ha
Jedno jest pewne jak słuchasz starszych ludzi wszystko było kochające porządne i pracowite żadnego pijaństwa bicia wszystko cacy nie tak jak teraz
50 to jest duzo??sa małzenstwa ponad 62 lata i nic o tym panie redaktorze od .... i o tym cisza.....
No szybko ślub za5 miesięcy wcześniak ajaj jak kiedyś tego nie było porządek był ha ha ha
Jedno jest pewne jak słuchasz starszych ludzi wszystko było kochające porządne i pracowite żadnego pijaństwa bicia wszystko cacy nie tak jak teraz
50 to jest duzo??sa małzenstwa ponad 62 lata i nic o tym panie redaktorze od .... i o tym cisza.....