Zamiłowanie do koni Stanisław Glugla z Nowego Buczka wyniósł z rodzinnego gospodarstwa. Od lat hobbystycznie na nich jeździ, początkowo głównie na oklep, ale od 1984 roku już na sportowo, w siodle. Za sprzedane dwa pierwsze robocze konie kupił pierwszego wierzchowego. Cyklicznie, z roku na rok powiększał ich ilość, dzisiaj w jego stajni stoi ponad trzydzieści koni. Część z nich to hotelowi goście, czyli te zwierzęta, które mają swoich właścicieli, ale na co dzień żyją w ich zagrodzie. – Piękno i niezwykłe przywiązanie – pan Stanisław mówi o tym, co znaczy dla niego słowo: koń. Wraz z małżonką, która nie podziela takiej pasji do tych zwierząt, dochowali się pięciu córek. Spośród nich tylko jedna nie jeździ na koniach. Pozostałe potrafią, a wśród nich jedna – Marta, równie mocno jak ojciec połknęła tego końskiego bakcyla. Obecnie to ona pomaga tacie w prowadzeniu rodzinnej stajni.

Jak widać chętnych do nauki jeździectwa nie brakuje
– Oprócz piękna i niesamowitych wrażeń, jakie dostarczają te zwierzęta, to przede wszystkim codzienne obowiązki – mówi Marta. Nie narzeka, czuje się w tym jak ryba w wodzie. Szczególnym wyzwaniem jest praca z końmi. Ich układanie. – Te rodzone u nas są łatwiejsze do współpracy, przyzwyczajone do wsi, do maszyn. Ale są takie, które świata zewnętrznego niewiele widziały. Bardziej impulsywne, obawiają się otoczenia – opisuje pan Stanisław. – Z młodymi pierwszy rok to bardzo intensywna praca. Im koń starszy, tym mniej tej nauki. Ale młodemu nie można odpuścić, to bardzo charakterne i inteligentne zwierzęta – podkreśla. – Gdy same wypuszczone są na pastwisko, widać ich charaktery, dominację, to, jakie mają relacje. Złe relacje też się miedzy nimi zdarzają. Na wybiegu mogą wspólnie przebywać, raczej nie wchodzą sobie w drogę, ale w stajni... – uśmiecha się Marta. Ojciec z córką nie kryją, że trudne chwile są nieuniknioną częścią prowadzenia stajni i szkółki jeździeckiej. – Kontuzje zwierząt, połamania jeźdźców raz na jakiś czas także się zdarzają – podkreśla dziewczyna. Przypomina zdarzenie, gdy koń pomknął w las z małą dziewczynką na grzbiecie. Szczęśliwie upadła, koń też znalazł się pod Werskiem. Pan Stanisław wraca z kolei w pamięci do zdarzenia, gdy konie zniszczyły ogrodzenie i uciekły. Ponad dwadzieścia sztuk! – To były dla nas chwile prawdziwej grozy – wspomina. Na szczęście wszystkie udało się odzyskać. – Trzeba uważać, nie ma chwili dekoncentracji, zwłaszcza podczas pracy z dziećmi – uzmysławia jego córka.

Marta Glugla i Paweł Skrentny niejednokrotnie startowali już w zawodach rangi ogólnopolskiej
Stanisław Glugla nie kryje radości z faktu, że jego najmłodsza latorośl podziela pasję i przejmuje rodzinną pałeczkę. – Tym bardziej, że ma do tego smykałkę – ocenia. – Tata nauczył mnie jeździć, gdy byłam mała – mówi dziewczyna, która postanowiła kontynuować zamiłowanie w wyprofilowanej w tym kierunku szkole średniej. Marta ukończyła technikum hodowli koni w Białym Borze. Będąc w czwartej klasie zrobiła uprawnienia instruktora jazdy konnej. Obecnie sama startuje w różnych zawodach. Od tych podwórkowych, jakie kilkanaście dni temu odbyły się w Osowcu, po zawody w randze mistrzostw Polski amatorów. Jedna ze ścian ich gościnnego pokoju jest zresztą najlepszym dowodem sukcesów. Masa tu pucharów i flo. – Najcenniejsze jest to – Marta pokazuje trofeum wywalczone podczas akademickich mistrzostw Polski. We Wrocławiu startowała jako reprezentantka Uniwersytetu Techniczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy. Wśród siedemdziesięciu zawodników zajęła czternaste miejsce.
Kto jest w tym duecie większym fachowcem? Górę bierze młodość i silna teoria czy doświadczenie? Marta lekko się uśmiecha i jednak wskazuje na tatę. Zgodnie przyznają, że czasami ostro się sprzeczają. A kto jest lepszym jeźdźcem? – Rekreacyjnie, do lasu, to Marta musi mnie jeszcze gonić. Sportowo Marta jest lepsza – ocenia ojciec. Oboje niejednokrotnie uronili przez ukochane zwierzęta łzy. – Gdy sprzedawałem pierwszego konia. Już odjeżdżał. Jak wtedy zarżał... – mówi pan Stanisław. Bolesne były też chwile, gdy konie zdychały. – Niejednokrotnie płakałam – przyznaje Marta. Z tymi zwierzętami wiąże się także więcej uczuciowych historii, jakie działy się w ich stajni. – Jeżeli dobrze liczę, to wśród bliskich i znajomych osiem par skojarzyło się ze sobą dzięki temu, że połączyły ich nasze konie – mówi z uśmiechem pan Stach.

Ścieżki życiowe Pawła i Emilii również połączyły konie
Poprzez pasję do koni poznali się także Paweł Skrentny z Osowca i jego małżonka Emila. Jeździła w stajni Skrentnych, gdzie także Paweł prowadzi miejscową szkółkę jeździecką. Z czasem uczucie rosło i w czerwcu tego roku wypowiedzieli sakramentalne TAK. Miłość miłością, ale i oni sprzeczają się na tle koni. – Ale Paweł jest większym fachowcem – mówi małżonka, która wcześniej pracowała m.in. w stajni sportowej w Pile. – Jak był mały, nie mieliśmy koni. Chodził do sąsiada, Franka Grochowskiego. Kiedyś Paweł wraca do domu zapłakany i pytam go: czego beczysz? Okazało się, że Franek sprzedał swojego Siwka – Alfons Skrentny wspomina początki pasji syna do tych zwierząt. Mały złościł się jakiś czas na sąsiada. Do czasu, aż Skrentni kupili swojego. – Jak powiedziałem mu, że kupimy konia, nie uwierzył – wspomina ojciec Pawła. Był typowym zwierzęciem do pracy w lesie. Dopiero po latach młody Skrentny sam zaczął inwestować w konie wierzchowe. – Paweł jest tak za tymi końmi po moim tacie, Władysławie Bobku – mówi mama Pawła, Krystyna Skrentna. Gdy Pawłowi zdechły konie, których się dorobił, nowego kupiła mu kuzynka, Agnieszka Skrentna. To była klacz Tara, to od niej chłopak zaczął na nowo odbudowę rodzinnej stajni, w której jest dzisiaj ponad trzynaście koni. Teraz pomaga mu głównie małżonka, ale ojciec i brat Kamil także angażują się, jeśli jest taka potrzeba.
– Konie to moje życie – bez chwili wahania mówi nasz rozmówca. On także zaliczył kilka trudnych momentów. Jemu również swego czasu uciekły konie, na dodatek w środku zimy. Innym razem zwierzę wpadło w błoto i zaczęło się topić. Gdyby nie pomoc innych jeźdźców, a później strażaków, Taran na pewno by utonął. – Później mierzyliśmy, tam były ponad trzy metry błota – wspomina. Obie historie zakończyły się szczęśliwie.
Paweł jest jednym z nielicznych w okolicy, a może i jedynym, który od kilku lat uczestniczy w jeździeckich rajdach. Nie chodzi o wyścigi, a kilkudniowe wyprawy konne, podczas których przemierzają w niewielkiej grupie Polskę. – Coś wspaniałego – opisuje wrażenia z wypraw, o których w poprzednich latach wspominaliśmy na naszych łamach. Gdy w 2006 roku trafił do wojska, miał już niemal pewne miejsce w jednostce ułanów w Starej Miłosnej. Miał jeździć w kompanii reprezentacyjnej. Dwa tygodnie przed wyjazdem odebrali mu bilet i przekierowali do tradycyjnej jednostki. – Szczęśliwców było niewielu, ponoć wybierano po jednym poborowym z województwa. Pewnie po znajomości ktoś załatwił komuś miejsce moim kosztem – wciąż żałuje po latach. – Szkoda, bo można było zdobyć kolejną wiedzę i dodatkowe umiejętności w obejściu z koniem – przyznaje. Paweł, podobnie jak Marta Glugla, uczestniczył przed rokiem w mistrzostwach Polski amatorów w Kasztorku pod Toruniem. Zajął na nich siódme miejsce. Jest jeszcze szansa na zawodowe jeździectwo? – Nie mam czasu. No i odpowiednich pieniędzy, bo takie starty wiążą się z kosztami – odpowiada.
Co nie zmienia faktu, że i on, i Glugle z pobliskiego Nowego Buczka na koniach znają się, jak mało kto w okolicy. Tacy oto zdolni pasjonaci koni mieszkają w gminach Lipka i Zakrzewo. Układają zwierzęta, uczą jeździć innych, sami także szlifują swoje umiejętności. Nie wyobrażają sobie życia bez tych wyjątkowych zwierząt.
fot. Piotr Steffen, arch. E. P. Skrentnych
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze