Nazywają ją królową polskiego kryminału, a ona rozsadza go od środka. Jaką cenę płaci za nurzanie się w świecie zbrodni? Jak oswaja lęki? Rozmowa z Katarzyną Bondą
Ktoś woła na ulicy „Sasza!” Co Pani robi?
Nie odwracam się. Bardzo długo się nie odwracam. Wszyscy faceci uważają, że to jest takie oryginalne, kiedy używają mojego nazwiska do frazesu „dziewczyna Bonda” czy imienia mojej bohaterki. Nie reaguję na to.
Do swoich książek wprowadziła Pani postać profilera – najpierw był to Hubert Meyer, później wspomniana Sasza Załuska. Z nią czuje się Pani bardziej związana?
Mój wybór mężczyzny jako pierwszego bohatera był czysto praktyczny, bo na początku mojej, nazwijmy to szumnie, kariery musiałam tłumaczyć, kim jest profiler. Dzisiaj i do literatury, i do fabuł filmowych, także seriali hasło profiler weszło bardzo mocno, każdy wie, kim on jest. Dlatego mogłam sobie pozwolić na pisanie z perspektywy kobiety. To jest bardziej naturalne, bo nie muszę przekraczać siebie, używam własnych emocji. To była dla mnie duża ulga. Poza tym Sasza zbudowała mój sukces komercyjny. Dlatego należy sobie pozwolić na takie otwarcie, zwłaszcza gdy pracuje się na własnym organizmie, a pisanie jest czymś takim. Jest takim ekshibicjonizmem.
Podobno Pani mama była załamana, gdy zaczęła Pani pracę nad powieścią kryminalną. Moja córeczka i morderstwa? – nie dowierzała.
Mama była bardzo wyrafinowaną czytelniczką, która przez lata prowadziła największą bibliotekę w moim miasteczku. Bardzo we mnie wierzyła, ale w tamtym czasie kryminał był czymś gorszym (choć przychodziła już do nas fala skandynawska). Gdy poinformowałam mamę, co napisałam, była oburzona. Skarżyła się nawet koleżankom: już naprawdę nie może napisać niczego porządnego?!
A potem była ze mnie dumna, bo rynek się zmienił i zaczęto o literaturze kryminalnej mówić i ją doceniać. Mama zawsze była jedną z pierwszych czytelniczek moich książek, opiniowała je i, jej zdaniem, z każdą książką było coraz lepiej...
Pisze Pani, gdy dopada ją lęk. Czego trzeba się bać, by tworzyć historie o morderstwach, gwałtach, mafii?
Mam strasznie dużo fobii i nie znoszę zmian. Jestem taką starą konserwą, która lubi spokojne życie. Jestem nudziarą. Absolutnym hipochondrykiem, który, zauważając pajączki na nodze, jest pewien, że to zakrzepica. Myślę, że mam rodzaj neurotyzmu typowego dla wszystkich twórców. Ktoś, kto zajmuje się tworzeniem czegoś, nie chcę panu wchodzić w kompetencje, ale pana również to dotyczy, ma deficyty lub nadmiary emocji, ma potrzebę ekspresji. Kiedyś zaprzeczałam temu, wręcz byłam śmiertelnie obrażona, gdy ktoś tak mówił, a dziś wiem, że tak jest. Wierzę jednak, że praca czyni wolnym.
Zastanawiam się, dlaczego porzuciła Pani świat realny dla fikcji. Jako dziennikarka pisała Pani o sprawach kryminalnych.
Szczerze? Dokument jest o wiele bardziej obciążający. Niezależnie od tego, czy pan pracuje nad reportażem, czy książką, to pracuje pan na żywym organizmie. Ma pan do czynienia z prawdziwymi zbrodniami, z prawdziwymi ofiarami, rodzinami tych ofiar, z dziećmi. Odpowiedzialność za to jest kolosalna. W fikcji mogę wszystko – postawić budynek tam, gdzie go nie było, stworzyć postaci, które nie istniały. Używam oczywiście elementów prawdziwych do uprawdopodabniania, żeby pan mi wierzył, ale to przymrużenie oka jest.
To prawda, że niektóre swoje pomysły kryminalne opowiada Pani córce i jej koleżankom i gdy dostrzega strach w ich oczach, to wie, że pomysł „chwyci”?
Dzieciaki są bardzo dobrym fokusem. Zwłaszcza dzisiejsze dzieci, które żyją w świecie elektroniki, która absorbuje ich uwagę, przez co mają krótszy czas na reakcję. Żałuję, że to powiedziałam, bo teraz wszyscy to wiedzą, ale tak jest. Nie uważam, że dzieciom nie należy mówić o ciemnej stronie życia. Dlatego że wiele prawdziwych zbrodni, które opisywałam, choćby sprawa zabójstwa Tomka Jaworskiego, pokazuje bardzo wyraźnie, że rodzice nie nauczyli swojego dziecka instynktu samozachowawczego. W skrócie, odnosząc się do bajek, trzeba dzieciom mówić, że wilk jest w lesie. Oczywiście to jest kwestia podania. Nie informuję córki i jej znajomych, ile było ciosów, natomiast sam kontekst i pokazanie światłocienia uważam za słuszne. Dzieciaki bardzo dobrze to rozumieją.
Jak to brzmi: bezwzględna, zimna, arogancka, z niewyparzoną gębą, pewna siebie, nieznosząca sprzeciwu, po trupach do celu?
To wszystko nieprawda. Nie wiem, kto to powiedział. A Pan uważa inaczej? Niepokoi mnie to zachowanie...
Sprzedała Pani miliony książek, a mimo to, a może dlatego, środowisko pisarzy kryminalnych zarzuca Pani psucie gatunku. Na przykład „Lampionami” czy „Pochłaniaczem”.
I mają rację. Jeżeli pan zacznie mnie rozliczać z kryminału w kryminale, to jestem na straconej pozycji. Natomiast jestem dumna z tego, że rozsadzam ten gatunek. Nigdy nie byłam gatunkowa, od pierwszej książki, którą kazano mi przepisać, bo nie mieściła się w ramach kryminału (nie zrobiłam tego, bo mi się nie chciało, więc poszłam do innego wydawcy). Uważam, że to jest mój największy atut. Czy pan by chciał być podobny do wszystkich?
Nie.
Jak na pana patrzę, na zestawienie tych kratek, to, w jaki sposób pan dobrał buty, to wiem, że pan chce być oryginalny. Ja też.
„Czerwony Pająk” to ostatnia książka w tetralogii o Saszy Załuskiej. Boi się Pani, co będzie dalej?
Jeszcze przed wakacjami się bałam, ale już się nie boję, bo mam bardzo dobry pomysł. Nawet już zaczęłam pracować. A jak pan słusznie zauważył, pracując, oswajam lęk.
Stephen King przez lata pisał serię „Mroczna wieża”, a jej miłośnicy dopytywali, prosili, by zdradził zakończenie. Pisali, że umierają i muszą je poznać, a jeden z nich przysłał pisarzowi zdjęcie misia zakutego w łańcuchy i groźbę – jeśli nie podasz zakończenia, miś zginie! Na Panią także czytelnicy próbowali wpływać?
Stephen King jest na rynku ponad pięćdziesiąt lat, więc myślę, że to dopiero przede mną. Rzeczywiście jednak ludzie do mnie piszą, przychodzą też na spotkania z niesamowitymi własnymi historiami, próbują mnie przekupywać, przynoszą mi prezenty, a ja je wszystkie biorę. Mam wspaniałych czytelników, słucham ich, tak jak teraz, gdy codziennie budzę się w innym miejscu w kraju. Nie chodzi o samo spotkanie, gdy ja przez dwie godziny gadam, ale też o to, gdy ludzie dzielą się swoimi spostrzeżeniami. A potem piszą do mnie listy. U innych autorów na Facebooku czy stronie domowej są emotikony czy bardzo krótkie wiadomości, a u mnie są bardzo duże komentarze, która same w sobie są miniopowieściami. To właśnie jest mój czytelnik, który bez problemu dźwiga moje tysiąc stron powieści.
Mariusz Szczygieł na potrzeby pisania używa sformułowania „To nie takie proste ludziom czas zajmować”. Pani ukuła własną prawdę na ten temat?
Czuję ogromną odpowiedzialność. Gdy zaczynałam pisać książki, to chciałam je tylko skończyć. Dzisiaj, mając świadomość, że moje tytuły sprzedały się w kilku milionach egzemplarzy (sama seria o Saszy to ponad 2 mln) i czyta je kilka osób w rodzinie, funkcjonują też w drugim obiegu i jako audiobooki, mam poczucie odpowiedzialności wobec czytelników. Wiem, że zabieram im czas. Czy będą zadowoleni? Czy nie poczują, że ukradłam im kawałek życia? Dlatego wszystkim zalecam, że jeżeli moja książka im nie leży, to niech ją jak najszybciej porzucą. Żeby potem nie mieli do mnie pretensji.
Kryminał może się rozgrywać wszędzie, bo wszędzie jest zło?
Tak, aczkolwiek bardzo lubię małe miejsca jako miejsce akcji. Wtedy można bardziej kameralnie i głębiej wejść w opowieść o niegodziwości. Najbardziej fascynujące jest, kiedy sprawca, ten zły, jest zwykłym człowiekiem.
Mówi Pani o banalności zła.
Gdy pan spojrzy, w jaki sposób przebiega ta cienka, czerwona linia, na to, jakie w Polsce są zbrodnie, to one w większości są banalne, trywialne. Ludzie mordują za 50 złotych, bez namysłu.
Tyle że wymyślając opowieść staram się, żeby tam były błędy. Żeby to wszystko nie pasowało do siebie idealnie. Muszą tam być wyrwy, bo inaczej to będzie nieprawdopodobne.
Kiedy w rzeczywistości trafiam na sprawę, która jest idealna, wszystkie klocki do siebie pasują i występuje, jak to nazywam, węzeł czasu i przestrzeni, to dopiero mnie przeraża.
Wówczas uspokaja się Pani, patrząc, jak powstają zamówione dla niej sukienki? Podobno ma ich pani coś około 570.
Muszę panu zdradzić, że ich nie policzyłam, ale bardzo chciałam zobaczyć minę Michała Nogasia, który przyszedł do mojej garderoby i któremu rzuciłam taką liczbę.
Tak poważnie, to mam tych sukienek sporo, bo to rodzaj gratyfikacji, której potrzebuję. To rodzaj kosztu, jaki płacę za obsesyjną działalność. Jeśli piszę książkę rok, dwa, to w pewnym momencie chcę już to zakończyć, zamknąć ten etap. A szycie sukienki jest procesem krótkim. Jest materiał, krojenie, szycie i koniec. Dzięki temu odczuwam pewien rodzaj ulgi. Jedni piją, inni palą fajkę, Mariusz Czubaj gra na saksofonie ostatnio, a ja zrzucam emocje, szyjąc sukienki. Zresztą mam mnóstwo takich dziwnych zainteresowań, ale tylko to na razie ujawniłam i przy tym pozostańmy.
Rozmawiał Łukasz Opłatek
Katarzyna Bonda – niegdyś dziennikarka, dziś najbardziej poczytna polska pisarka kryminalna. Sprzedała kilka milionów książek w Polsce i za granicą, Autorka serii o psychologu śledczym Hubercie Meyerze („Sprawa Niny Frank”, „Tylko martwi nie kłamią”, „Dziewiąta runa”, „Florystka”) oraz profilerce Saszy Załuskiej („Pochłaniacz”, „Okularnik”, „Lampiony” i „Czerwony pająk”)
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dla mnie książki które nie są oparte na faktach lub z życia wzięte są bez wartości. Ktoś sobie wymyślił bzdurę a my mamy to czytać. Dlatego nie czytam książek.
Ona już rozstała się z Mrozem, ale zdaje się, że w tym czasie powstało to - https://virtualo.pl/ebook/glosy-z-zaswiatow-i295624/ Jak dla mnie to kolejna super wykreowana postać przez Mroza. Zaorski - ktoś całkiem inny niż Chyłka, ale w książce również podejmowane są przede wszystkim trudne tematy...
Dla mnie książki które nie są oparte na faktach lub z życia wzięte są bez wartości. Ktoś sobie wymyślił bzdurę a my mamy to czytać. Dlatego nie czytam książek.
Ona już rozstała się z Mrozem, ale zdaje się, że w tym czasie powstało to - https://virtualo.pl/ebook/glosy-z-zaswiatow-i295624/ Jak dla mnie to kolejna super wykreowana postać przez Mroza. Zaorski - ktoś całkiem inny niż Chyłka, ale w książce również podejmowane są przede wszystkim trudne tematy...