Reklama

Kto rano wstanie, ten gospodarz

03/09/2018 12:00

Jacek Bukowicz doskonale poznał skorumpowany Wschód. Na Ukrainie żył tak, jak przygotował go do tego sowiecki system. Głównie handlował, m.in. zniszczonymi dolarami, które przez granicę przewoził w gołąbkach

Już jako czternastolatek Jacek Bukowicz szukał szczęścia i pieniędzy poza Tarnówką, w której się wychował. Tarnówka zawsze była dla niego miejscem sentymentalnym, stąd po blisko trzech dekadach spędzonych na Wschodzie, przed dwoma laty wrócił w rodzinne strony.

Tutaj na cmentarzu leżą rodzice. Oboje pracowali w fabryce tektury. W Polsce jest też rodzeństwo

– mówi szósty w kolejności, najmłodszy w rodzinie Bukowiczów.

Zawsze tęskniłem za Tarnówką. Tutaj wyrosłem, miałem pierwszych kolegów, pierwszą miłość. Wszystko pierwsze było tutaj

Reklama

– mówi o przyczynach powrotu. Co pamięta z Tarnówki z lat młodości?

Jak Rosjanie przyjeżdżali, benzynę i ropę sprzedawali. Pamiętam, jak prawie tydzień stało się w kolejce, żeby kupić buty. Jakieś tenisówki czy trampki. To były czasy, gdy w szkole najważniejszy był rosyjski. Nie byłem z niego za dobry

– wtedy nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo przyda mu się w przyszłości.

Byłem zuchem, harcerzem, ale kawał zarazy też byłem. Psotnik. Nie będę się chwalił, w Tarnówce doskonale wiedzą. Było nawet tak, że samochody milicyjne się wywracało. Byłem punkiem. Miałem koguta na dwadzieścia centymetrów. Wiem, że dzisiaj trudno to sobie wyobrazić

Reklama

– przyznaje, że z lat młodości wyniósł zły stosunek do komuny i tego, co rosyjskie.

Wschodnią granicę Jacek Bukowicz przekraczał wielokrotnie. Trudno mu wyliczyć wszystko, co przez nią przewoził


Żyłka do handlu

Wrócił do Tarnówki, chociaż rodzinny dom już tutaj nie stoi. Jacek Bukowicz zburzył go, pozostał jedynie plac, który nadal jest jego własnością. Stary dom zburzył, żeby pobudować nowy, ale…

Żona powiedziała mi, że już mnie nie kocha. Więc po co nam dom

– dlatego kupił inny, mniejszy, chyba jedyny w Tarnówce drewniany, w którym mieszka wspólnie z synem. Była małżonka, Ukrainka, została w swoim kraju, gdzie mieszka z córką.

Reklama

Zdolna dziewczyna. Jej pasją jest taniec, zdobywa nagrody. Jest mistrzynią Ukrainy w swojej kategorii wiekowej

– podkreśla z dumą. Gdy w szarych czasach komuny wszyscy uciekali na Zachód, on pojechał na Wschód. Chociaż najpierw wyjechał w przeciwnym kierunku.

Miałem 13–14 lat, gdy mama umarła. Pojechałem w zielonogórskie, żyła tam siostra mamy

– dlatego wybrał tamte strony. Skończył tam szkołę i już jako nastolatek zaczął szukać pieniędzy. Odkrył w sobie smykałkę do handlu.

To była pierwsza połowa lat 80–tych. Na dobre zaczęły się interesy z Niemcami. Rynki, targowiska

Reklama

– przyznaje, że czuł się na nich jak ryba w wodzie. Miejscem pracy był przede wszystkim Gubin.

Tam sobie elegancko handlowałem

– zaczynał od obrusów i firan, towar przywoził z Berlina.

Od Turków i ruskich, tych co zostali po Układzie Warszawskim

– miał wtedy jakieś osiemnaście lat. Już wtedy w głowie kłębiły się jednak myśli o powrocie do domu. Jacek Bukowicz wrócił na jakiś czas do Tarnówki, a pracę znalazł w pilskim PKP. Znowu szybko odezwała się w nim jednak żyłka handlowca.

Pranie mózgów

Wpadł na pomysł handlu kawą.

Reklama

Wziąłem dwadzieścia… nie pamiętam, czy były to miliony, czy tysiące. Przywiozłem za nie z Niemiec kilka worków. Oczywiście ziarnistej, wtedy wszyscy mieli młynki i sami ją sobie mielili. Sprzedawałem głównie w Pile, ale w Tarnówce również. Na szklanki. To trwało jakieś pół roku, dobre były z tego pieniądze

– przyznaje, że kusiło na więcej, dlatego zostawił zajęcie na kolei i ponownie wylądował przy granicy.

Ta kawa to był pikuś

– targował, czym się dało, głównie spożywką oraz ponownie firanami i obrusami. Wtedy pierwszy raz wyczuł, jak chłonnym kierunkiem jest ten wschodni.

Reklama

Ruskie, Ukraińcy czy Litwini przyjeżdżali pod niemiecką granicę, żeby cokolwiek nabyć. Czekolady, kawę, ciuchy, właściwie wszystko

– wylicza, że interesowały ich też garnki, meble czy samochody. Interes znakomicie się kręcił.

To było przy 200–300 procentach marży

– wspomina, że i tak wszystko szło jak ciepłe bułki. Kupił kiosk.

To było w 1986 roku

– Jacek Bukowicz wspomina, że...


To jest tylko część artykułu Piotra Steffena. Całość możesz przeczytać w 34 numerze Aktualności Lokalnych na stronach 20-21. Chcesz czytać cały artykuł napisz do nas na redakcja@zlotowskie.pl

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    kled - niezalogowany 2018-10-24 14:30:11

    Kto rano wstaje ten krócej śpi!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości