Reklama

Małżeństwo na tirze - Joanna i Wiesław. Historia miłości do ciężarówek i siebie

15/09/2016 19:00
Gdy wsiada za kółko, mężczyznom opadają szczęki. Zaczęła, by poczuć się kimś, ale tak naprawdę robi to z miłości. Do Wiesia i tirów

Policjantki niemieckie dają za tyle, a kontrolerki z BAG za tyle. A ja pytam: a za ile daje Stefan? Cisza w eterze

– Joanna Karwat–Przybecka śmieje się z kierowców tirów.

Czasami przerwę im rozmowę na tematy damsko–męskie…

Oprócz pani Joanny na trasie spotkać można Murzynkę w różowej kamizelce odblaskowej, z pieskiem na ręku albo tę kruszynę z Włoch.

Blondynka, metr pięćdziesiąt, ale scanię ma wypasioną, 700 koni

– dodaje Wiesław Przybecki.

Nie mogła drzwi z tyłu zamknąć, to od razu trzech facetów jej się rzuciło do pomocy…

Reklama

Ale to pochodząca ze Złotowa kobieta ma coś, czego tamte panie nie mają – męża, który także jeździ tirem. Joanna i Wiesław tworzą duet, który budzi zdziwienie na europejskich drogach.

Maluchem po kryjomu

Początek lat 80. Dziewczynki bawią się szmacianymi lalkami, a Joasia dopada dużego fiata. Garaż dziadków to ulubione miejsce zabaw, pełne marzeń o podróżach i samodzielnie wydawanych dźwięków ulicznego ruchu.

Rodzice się ze mnie śmiali, że tylko dać mi auto, obojętnie jakie i pojadę. Zawsze potrzebowałam ruchu, lubiłam, gdy coś się działo

Reklama

– mówi pani Joanna, uspokajając Chicę, swoją obrończynię (mimo niepozornego wyglądu Chica sprawdziła się w konfrontacji ze złodziejami z Hiszpanii, Francji i Anglii, o czym później).

Pierwsze auto, w którym pani Joanna poczuła się wolna, to był fiat 126 p. Popularnym maluchem woziła ojca do pracy.

Miałam szesnaście lat i bez prawka jechałam na Miłą, przez miasto. Potem zwykle wracałam polnymi drogami, bo się bałam. Później rodzice kupili opla. Mama nie chciała nim jeździć, więc ja próbowałam. Wyjechałam na Kujańską i jeszcze przed końcem terenu zabudowanego miałam 120 na liczniku. O kurczę, to idzie jak torpeda

Reklama

– jeszcze dziś na to wspomnienie kobiecie zapalają się oczy. Gorzej, że długo płonęły bezprawnie.

Na prawo jazdy byłam bardzo oporna. Zrobiłam je dopiero gdy urodziłam córkę. Nie wiem, czemu to odwlekałam

– śmieje się, a pan Wiesław pokazuje kartę kierowcy ze zdjęciem żony. Dzięki temu dokumentowi może jeździć tirami po całej Europie. I robi to od blisko pięciu lat. Hiszpania, Francja, Belgia, Norwegia. Tutaj bez prawka ani rusz. Zwłaszcza gdy siada się za kierownicą kilkudziesięciotonowego składu.

Reklama

Zawsze mówiłam rodzicom, że mogłabym pracować jako przedstawiciel handlowy albo jeździć na tirach

– J. Karwat–Przybecka żadnego auta się nie boi.

Herbatka w Moskwie? Raczej nie

Zaczęło się od mercedesa s klasy. W latach 90. Wiesław Przybecki, mieszkaniec jeszcze nie tak bogatego Tarnowa Podgórnego, sprowadzał auta z Niemiec.

Tego merca ściągnąłem dla jednego bossa, co to właśnie ze Stanów wrócił. To był początek prywatyzacji i można było otworzyć transport międzynarodowy, bo dotąd tylko PKS mógł jeździć za granicę. I on kupił mercedesy, używane. Zagadnąłem go o pracę. Powiedział: niech pan przyjedzie w poniedziałek

Reklama

– tak zaczęła się miłość pana Wiesława do tirów.

Jak się tej pracy nie lubi, to się w głowę dostanie tyle godzin za kółkiem siedzieć. To by było psychiczne samobójstwo

– mówi. Na potwierdzenie przytacza anegdotę z firmy, w której pracował. Na placu szef kłóci się z kierowcami. Chodzi oczywiście o pieniądze. W pewnym momencie mówi: ja tu nie potrzebuję kierowców, którzy chcą zarobić, potrzebuję urodzonych kierowców. A wy tylko o pieniądzach...


W dalszej części przeczytasz jeszcze:

Gdy rybka zbrzydnie... - Zanim jednak pani Joanna i pan Wiesław stali się nierozłączni, nie widywali się tygodniami. On jeździł po Europie, a ona sprzedawała ryby. Sklep przy ulicy...

Reklama

Duet jak marzenie - „Torby ucieczkowe” to walizki zawsze gotowe do drogi. Po powrocie z np. dwutygodniowej trasy państwo Przybeccy wstawiają pranie i uzupełniają torby...

Czas na Polskę - Pani Joanna i pan Wiesław trochę przypominają Japończyków. Tych, którzy zwiedzają Europę w zawrotnym tempie przez szyby aut. A potem w domu[[pay]]


Pan Wiesław na początek ruszył na Berlin.

Wjeżdżam, a tam w środku miasta autostrada! I wszyscy pełen but!

– mężczyzna o specyficznym, jakby śląskim akcencie pamięta tamto zdziwienie.

Reklama

Wiozłem meble, a z powrotem wróciłem pusto, bo mi poduszka walnęła. Potem w firmie chcieli, żebym jeździł na Wschód, bo herbata szła do Moskwy, ale mnie to w ogóle nie kręciło. Wtedy tam było naprawdę niebezpiecznie. Zmieniłem więc pracę, poszedłem do Niemca działającego niedaleko Poznania i tam robiłem dwa kursy w miesiącu do Portugalii. Niemiec miał znajomą, która handlowała meblami. Ładowaliśmy te meble w Bartoszycach na Mazurach, jechałem 3000 km do Porto, stamtąd do Hiszpanii 900 km na pusto po owoce (wtedy to się opłacało) i wiozłem je do Słupcy. Facet tam miał tak dużą hurtownię, że sprowadzał owoce z Hiszpanii wagonami!

– tak wyglądał złoty okres handlu w Polsce i pan Wiesław był jego częścią. A pani Joanna?

Reklama

Ja wtedy robiłam szkołę średnią w Wałczu i Wiesiek czasem mówi: kurczę, a ja tyle razy tamtędy przejeżdżałem... A ja odpowiadam: kurczę, a ja tyle razy tam stałam na stopa…

– kobieta przeczesuje włosy jakby chciała oddzielić jasne pasemka od ciemnych. A może szuka słów, by wyznać:

Życie trochę dało mi w kość, rozstałam się z pierwszym mężem i wiele lat byłam sama. W końcu postanowiłam, że kogoś sobie poszukam. Wiesław też był po przejściach, a że kiedyś poznaliśmy się w Urzędzie Celnym w Pile (studiowałam handel zagraniczny, obsługę celną i spedycję i miałam tam praktyki), to zadzwonił i tak się zaczęło

Reklama

– państwo Przybeccy są ze sobą od dziesięciu lat. Z tego od blisko pięciu spędzają razem 365 dni w roku, niemal 24 godziny na dobę.

Wiesław:

Czasami trzeba przemilczeć. Nie można się pokłócić i wyjść...

Joanna:

Wiesław jest bardziej odporny na stres. Ja jak obiecuję dzieciom, że w czwartek będę w domu, a jest sobota i my ciągle w trasie, to mi puszczają nerwy. Na szczęście będąc ciągle razem potrafimy znaleźć przestrzeń dla siebie. Ktoś np. czyta książkę.

Wiesław :

Czasem, gdy jest źle, to się po prostu nie odzywamy.

Reklama

Joanna: 

Może i chciałabym niektóre sprawy analizować, przegadać, ale Wiesław nie. On jest mistrzem w zmienianiu tematów i ma tak duże poczucie humoru, że zawsze rozładuje sytuację. Z nim to nawet się pokłócić nie można. Bardzo dużo rzeczy robimy wspólnie. Na ogrodzie siedzimy razem, zakupy robimy razem…

Wiesław:

…ktoś je musi nosić…

Gdy rybka zbrzydnie...

Zanim jednak pani Joanna i pan Wiesław stali się nierozłączni, nie widywali się tygodniami. On jeździł po Europie, a ona sprzedawała ryby. Sklep przy ulicy Bolesława Krzywoustego w Złotowie prowadziła od ponad dwudziestu lat.

Budowaliśmy dom i tego dopilnowałam. Dzieci były niepełnoletnie i nie za bardzo mogłam je zostawić

– pani Joanna mówi o córce i synu z pierwszego małżeństwa.

Jak widać, pani Joanna byle czym nie jeździ

Żyliśmy trochę osobno, ale gdy Karolina poszła na kurs prawa jazdy, to ja też. Trochę mi już zbrzydły te rybki

– twierdzi mieszkanka Złotowa.

Poza tym szło o aspekt finansowy. W mieście powstały markety i coraz mniej osób chodziło do Asi po tę jedną rybkę

– wtrąca pan Wiesław. To, że żona poszła na prawo jazdy kategorii C było dla niego niespodzianką. Pochwaliła mu się przez telefon.

Chciałam udowodnić facetom, że też potrafię. Wcześniej miałam w życiu moment, że czułam się nic nie warta, więc zaczęłam strzelać sportowo i odnosiłam w tym sukcesy, ale ja zawsze chciałam jeździć tirami. Nie zrobiłam tego dla Wiesława, choć chciałam, byśmy byli razem

– zapewnia J. Karwat–Przybecka.

Prawko zdobyła migiem. Najpierw wsiadła do mana, 7,5 tony, by zrobić kategorię C, potem podeszła do C+E – ciągnik siodłowy z przyczepą.

Pamiętam egzamin. Wyjeżdżam na miasto, jestem na dużym rondzie, instruktor każe mi skręcić w lewo, a mi coś pika. Pik, pik, pik. Może jego kontrolki? Nie. Z auta obok kierowca krzyczy do egzaminatora: Jak ty uczysz tego kursanta, jak on nie ma kierunkowskazów?!

– pani Joanna do dziś jest święcie przekonana, że sprawdzała, czy działają. Widmo przerwanego egzaminu zmroziło ją.

To był kwiecień, a 1 czerwca mieliśmy z Wiesławem podjąć pracę. Już z tej firmy nas poganiali, a my przeciągaliśmy to zatrudnienie, bo jeszcze nie miałam uprawnień

– wspomina. Na szczęście kierunkowskaz zadziałał (to był tylko luźny przewód) i prawko trafiło do kieszeni złotowianki.

W międzyczasie zrobiłam kwalifikacje zawodowego kierowcy. Gdy dostałam prawo jazdy, to tego samego dnia wysyłałam je do wytwórni papierów wartościowych, by wyrobić kartę kierowcy. Bo wszędzie się czeka, a czas uciekał…

– kobieta łapie oddech.

Karta przyszłą w piątek, a w poniedziałek wyjeżdżaliśmy!

– wtrąca pan Wiesław. Z uśmiechem małżeństwo wspomina pierwszy kurs pani Joanny za kółkiem. Nielegalny, bo na zleceniu, które miał wykonać pan Wiesław.

Miałam przejechać przez Poznań, było około 21, więc ma drogach luźniej. Przejechałam może z półtora kilometra, a tu sarna w poprzek. Hamulec do dechy, a przed maską jelonek stał jak wryty. Cała mokra byłam po tej „przejażdżce”

– opowiada swoją pierwszą przygodę.

Duet jak marzenie

„Torby ucieczkowe” to walizki zawsze gotowe do drogi. Po powrocie z np. dwutygodniowej trasy państwo Przybeccy wstawiają pranie i uzupełniają torby. Jeśli zadzwonią z firmy, oni będą gotowi.

Niewiele firm proponuje podwójne obsady, ale nam się udało. I mamy taką samą stawkę, bo w kwestii wynagrodzenia kierowców tirów panuje równouprawnienie

– podkreśla pani Joanna. A pan Wiesław wylicza plusy, jakie z takiego rozwiązania ma pracodawca.

Doba liczy 36 godzin, z tego 21 godzin możemy mieć maksymalnie pracy. Pracy, nie znaczy jazdy, bo jazdy możemy mieć w tygodniu dwa razy po 10 godzin. Najdłuższa nasza trasa, do Antwerpii, ma około 950 km. Pojedynczy kierowca robi to na dwa razy. Jedzie 9 godzin, odpoczywa minimum 9 godzin i potem jedzie 4 godziny, bo trasę przejeżdża się w 13. I może tam zajechać po 15 i zastać zamkniętą firmę. A my z bazy zajeżdżamy tam na raz. Potem załadunek i powrót. Jednemu zajęłoby to 4 dni, a nam 2,5 dnia

– twierdzi kierowca z 24–letnim stażem.

​​ Dla firmy to jest bardziej ekonomiczne, bo my jesteśmy lepiej wykorzystani

– dodaje jego małżonka, która o ich ciężarówce (w firmie każdy kierowca ma swoją) mówi „kawalerka dla dwóch osób”. Mają w niej butlę z palnikiem, garnki, patelnię, przyprawy, lodówkę. Tylko Niemcy się o tę butlę czepiają.

Zestaw ucieczkowy do jednej ręki, piesek do drugiej i w drogę...

​ W trasie państwo Przybeccy dzielą się obowiązkami. Do zadań męskich należy pilnowanie załadunku i rozładunku, załatwianie spraw biurowych (pani Joanna chwali męża, że ten zna płynnie hiszpański i portugalski, trochę też francuski i niemiecki), kobiecą domeną są rachunki, listy przewozowe i delegacje. Tylko o awarie martwią się razem.

Samochody mamy z reguły nowe, ale zawsze coś się może zdarzyć

– mówi pani Joanna.

Niedawno w nocy, gdy Wiesław zasnął, miałam zmienić autostrady. I półtora kilometra przed zjazdem wystrzeliła mi opona w naczepie. Wiesław się zerwał wystraszony hukiem. Co się stało?  – zapytał. Mamy laczka, widzę iskry i fartuchy opony w lusterku… Zjechałam na zatoczkę i próbowaliśmy zmienić koło

– opowiada.

Mamy specjalne klucze z przekładnią, że nie ma opcji, że się nie odkręci, ale był problem ze zdjęciem z piasty

– pan Wiesław przejmuje kwestie techniczne opowieści, ale pani Joanna przypomina o równouprawnieniu.

Pomoc ADC była półtora kilometra dalej. Przyjechali, facet puknął 10–kilogramowym młotem dwa razy i skasował prawie 500 euro

– kontynuuje nasza bohaterka.

Razem ten nietypowy duet stawiać musi czoła także złodziejom. Za niebezpieczne uważają Paryż i Londyn, ale najwięcej przykrości spotkało ich w Hiszpanii. I to mimo asysty chihuahuy. Miniaturki.

Pod Madrytem szczekała jak szalona, ale ja miałam gorączkę, chciałam odpocząć i ją uspokajałam. A rano nie mieliśmy butli gazowej

– pani J. Karwat–Przybecka mówi o próbach stróżowania w wykonaniu Chici. Chica po hiszpańsku znaczy „dziewczyna”.

My nie widzimy nikogo, a ona warczy. Po chwili ktoś przechodzi. Za stróża trochę robi rzeczywiście

– pan Wiesław chwali brązową przyjaciółkę. Nie wspomina tylko, czy przed kradzieżą 33 europalet pod Paryżem także ich ostrzegała. Na pewno jednak nie miała nic wspólnego ze stratą portfela właścicielki. Ten, z kompletem dokumentów, na szczęście znalazł się w Kauflandzie.

Czas na Polskę

Pani Joanna i pan Wiesław trochę przypominają Japończyków. Tych, którzy zwiedzają Europę w zawrotnym tempie przez szyby aut. A potem w domu oglądają zdjęcia. Widzieli dużo, ale głównie z wysokości pierwszego piętra, z tira.

Z Lizbony jechaliśmy mostem Vasco da Gamy – widok niesamowity! Jechaliśmy mostem Millau – to najwyżej usytuowana przeprawa na świecie. Ta wysokość, to miasto takie malutkie, ma się wrażenie, że ten most cały chodzi. Ciarki. A przez Włochy jechaliśmy Autostradą Słońca północ–południe

– przypominają sobie nawzajem.

Ale czasem zdarza się, że mamy czas, by pozwiedzać. Na przykład w Caravaca de la Cruz staliśmy trzy dni i zobaczyliśmy okolicę. Dzwoniliśmy nawet do firmy, czy o nas nie zapomnieli

– śmieją się.

Dużo zobaczyliśmy też we Francji.

W wolnym czasie jednak nie marzą o dalekich zagranicznych podróżach. Nic dziwnego, w końcu po Europie przejeżdżają rocznie około 300 tys. kilometrów.

Zaczynamy odkrywać Polskę

– przekonują.

Kupiliśmy busa zrobionego na kampera, książkę „1000 miejsc w Polsce, które musisz zobaczyć” i w wolnych chwilach jeździmy

– zapewniają.

Kilka tygodni temu byliśmy na zamku w Gołuchowie, pod Kaliszem. Jeździłem tam tyle razy, a nie wiedziałem, że tam jest taki zamek. A on jest drugim najlepiej zachowanym zamkiem w Polsce, po Kurniku

– pan Wiesław naprawdę wygląda na zafascynowanego. Tylko czy to jeżdżenie ich nie nudzi? Czasem tak.

Wczoraj nie chciało nam się jechać, to Karolina wsiadła do busa i pojechała. Potem Wiesiu mówił: ale ta Karolina dobrze jeździ. Nawet nie zapytała, jak są biegi. Od małego skorupka tym nasiąkła... [[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Marcelina - niezalogowany 2016-09-16 22:57:23

    Czytałam cały artykuł i jestem pod wrażeniem. Fajnie, że jako małżonkowie wspólnie jeżdżą - jest mnóstwo czasu na bycie ze sobą. Bardzo fajnie. Zazdroszczę, bo mój facet sam jeździ na tirze, a ja z dziećmi w kraju jestem i co dwa, trzy tygodnie się widujemy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    zeus - niezalogowany 2016-09-16 22:03:14

    Adi ma rację. Ciężkie pióro ma redaktoerk.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    do miłosz - niezalogowany 2016-09-16 17:06:41

    Też nie mam nic przeciwko.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości