Reklama

Mam ucho do historii. Rozmowa z Pawłem Tuschikiem

16/02/2017 19:00
Paweł Tuschik to kopalnia wiedzy o Lipce i okolicach. I choć wciąż obrusza się, że nazywają go Niemcem, to o polskiej Krajnie wie niemal wszystko

Skąd u Pana zamiłowanie do historii?

Z dziury pokoleniowej. Już w przedszkolu, kiedy inne dzieci opowiadały o swoich dziadkach, czułem, że mi czegoś brakuje. Bo ja dziadków nie miałem. Pytałem najbliższych, co się z nimi stało. Babcie zmarły, to było proste, dziadek ze strony ojca też. Ale drugi?

Rodzice chętnie opowiadali o śmierci dziadka?

Bali się mówić. To były czasy komuny, nigdy nie było wiadomo, kto i kiedy słucha. Wieczorami podchodzili pod okna sprawdzać, czy rodzice słuchają Wolnej Europy lub mówią po niemiecku. Nie mówili, a szkoda, bo byśmy się nauczyli. To, co umiem, nauczyłem się sam. Teraz dogadam się i mogę czytać książki po niemiecku, a tam jest dużo informacji o naszym terenie.

Reklama

Pewnie w szkole pańskim ulubionym przedmiotem była historia.

Orłem to ja w szkole nie byłem. Nauczana wówczas historia była zbyt polityczna: lewica, prawica, na co mi to było? Dopiero w szkole średniej pani profesor po cichu opowiedziała nam prawdziwą historię Polski. Potem poszedłem do wojska, a po powrocie zająłem się gospodarką, bo rodzice byli wykończeni tą pracą. Wtedy dopiero na dobre zacząłem zgłębiać lokalną historię, począwszy od mojej rodziny.

Pański ojciec widział śmierć Pana dziadka, prawda?

Na własne oczy. To było 29 stycznia 1945 roku, dzień przed nadejściem frontu. Około 9:00, już po obrządku, jedli śniadanie. Na podwórko wjechało trzech czerwonoarmistów na koniach. U dziadka pracował Łotysz Jefimov i on chciał bronić rodziny, bo znał rosyjski. Jego zastrzelili pierwszego, na oczach dzieci. Jeden z żołnierzy chwilę nalegał, by zabić całą rodzinę. Ostatecznie strzelili do dziadka, który zdołał jeszcze wybiec na podwórko, ale przy studni go dobili. A pradziadka zabili przy piecu. Od razu kazali babci i prababci się wynosić. Dali im dwie, trzy godziny. Miały iść w stronę Wielkiego Buczka. W naszym domu Rosjanie mieli sztab wojskowy.

Reklama

Co kobiety zrobiły z zabitymi?

Owinęły ich ciała w prześcieradła i zaciągnęły do szopy.

Dramatyczna historia, tyle że rodzi się pytanie, czy można wierzyć w przekaz dziecka. Pański ojciec miał wówczas jedenaście lat.

Jak na swój wiek mój tata był dorosły, rozważny. Widział wszystko po kolei. Gdybym słyszał to od sąsiadów, to mógłbym podejrzewać jakieś zmiany, ale ojciec to dobrze zapamiętał. Całe życie miał to przed oczami.

Nie sprawdza Pan zasłyszanych historii? To ryzykowne.

Informacje od osób obcych zawsze potwierdzam. Szukam dowodów w książkach, w dokumentach. Właściwie to nikomu nie można do końca ufać. Każdy może mieć swoją prawdę, ale historia jest jedna.

Ludzie za mało interesują się historią najbliższych?

Zdecydowanie. Wczoraj oglądałem w TV Trwam program, w którym pan opowiadał historię dziadka i jego braci walczących w Powstaniu Wielkopolskim. Zginęli, a on zaczął się interesować tą historią, by wypełnić lukę. Zupełnie jak ja. Niestety ludzie nie pytają rodziców czy dziadków o ich historię, a gdy się zorientują, że ci mieli im coś do przekazania, bywa już za późno, bo tych osób już nie ma.

Reklama

W Lipce byłoby kogo pytać?

Pani Wrzeszcz ma ponad 90 lat i mogłaby wiele opowiedzieć o tym, jak się tutaj ludzie osiedlali. Niektórzy szli zaraz za frontem, a inni przyjechali po miesiącu czy dwóch pociągami. I obejmowali m.in. porzucone przez Niemców gospodarstwa i zakłady. Agnieszka Kwasigroch, która mieszkała tutaj za szosą sępoleńską opowiadała mi, ilu zabitych ludzi było w gospodarstwach przy szosie. Armia Czerwona szła na żywioł. Sołdaci dostawali codziennie ileś gramów spirytusu i słoniny, i robili czystkę. Strzelali nawet gdy zegar tyknął.

Wiele osób zostało, w tym pańska rodzina.

Zostali gospodarze, którym żal było zostawić zwierzęta, by te umierały z głodu. Potem prawie wszystkich rozstrzelano. Mojej babci polskie dokumenty załatwić pomogła Agnieszka Kwasigroch, która przychodziła pomagać w naszym gospodarstwie. Znała język polski i razem z panem Przytarskim ze Złotowa pomogła mojej rodzinie tutaj zostać. To było w roku 1947.

Reklama

To dopiero 40% wywiadu. W dalszej części poruszyliśmy m.in. takie zagadnienia:

Życie to sztuka wyboru. W 1925 roku Pański dziadek musiał wybrać, czy będzie Polakiem, czy Niemcem.

W przypadku wielu osób w Lipce i okolicach trudno mówić o tradycji. Gros z nich przybyło tutaj po wojnie.

O jakich faktach historycznych mieszkańcy Lipki nie mają pojęcia?

Uważa się Pan za największego znawcę historii Lipki i okolic?

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Pański dziadek trafił tutaj przed drugą wojną światową.

To gospodarstwo od 1912 roku należy do rodziny. Pradziadkowie Mitzinnkowie kupili je od banku człuchowskiego. Pochodziło ono z parcelacji majątku w Małym Buczku. Półtora roku gospodarował tu Bracki, ale splajtował. Tu są bardzo słabe gleby.
W lutym 1916 roku dziadek walczył pod Verdun, gdzie został ciężko ranny. Rozerwało mu szczękę, miał odłamki w kręgosłupie i przedramieniu. Był w angielskim szpitalu obozowym w Opolu, a potem kilka lat w Białogardzie. Wypuścili go dopiero w końcu 1923 roku. Chodził o lasce. Wrócił do Ogorzelin. Dostał spłatę wojenną i z bratem kupił mleczarnię w Kamieniu Krajeńskim. Gdy brat ją sprzedał i wyjechał w głąb Niemiec trochę się tułał, a na te tereny przyjeżdżał na zabawy. Z Jadwigą Mitzinnek ożenił się w czerwcu 1933 roku. Do ślubu w Wielkim Buczku jechali rowerem, a potem ksiądz zaprosił młodych na kawę, takie było bogactwo. Jednak dzięki rencie dźwignął gospodarstwo, kupił maszyny (niektóre, jak kopaczkę, mam do dzisiaj). Pradziadek Mitzinnek robił kosze i miotły, sprzedawał je wkoło i na tym dorabiał. Tak sobie myślę, że to nie tylko pieniądze czynią bogatym, ale jakaś umiejętność radzenia sobie w różnych sytuacjach jest w genach.

Reklama

Życie to sztuka wyboru. W 1925 roku Pański dziadek musiał wybrać, czy będzie Polakiem, czy Niemcem.

Granice się zmieniły, a żeby zostać w Ogorzelinach musiał być Polakiem. Tyle że będąc nim by nie przeżył. Dlatego wybrał rentę wojskową i jako obywatel Niemiec musiał opuścić dom rodzinny. Jeden brat był Polakiem, a drugi Niemcem.

I dzisiaj ludzie zarzucają Panu, że Pan jest Niemcem. Wystarczy spojrzeć na nazwisko.

Nie do końca. Zgłębiam historię jego powstania i na przykład kiedyś pisało się je Tusik lub Tuszyk. Potem dodali do niego „ch”. A wie pan, że mój przodek był lennikiem króla Władysława IV Wazy? Granice Polski się zmieniały, a ludzie się przemieszczali i tyle. Dzisiaj ktoś czasem nazwie mnie Niemcem, a ja w oczy mogę prawie co drugiej rodzinie w gminie Lipka powiedzieć, że są Anglikami, Szwedami czy Holendrami, bo tam wyjeżdżają do pracy i zameldowani żyją tam latami.

Reklama

Tyle że Pański dziadek sam wybrał Niemcy.

Dobrze zrobił, bo musiał żyć. Ale długo nie bawiło i po drugiej wojnie światowej była tu już Polska. Jesteśmy Polakami. Tu mieszkamy, jesteśmy zrośnięci z tą ziemią.

W przypadku wielu osób w Lipce i okolicach trudno mówić o tradycji. Gros z nich przybyło tutaj po wojnie.

Mało jest autochtonów, ludzi, którzy mieszkają tutaj z dziada pradziada. Mnie przeraża obraz niektórych budynków w gminie. Ludzie o nie nie dbają, bo, choć od wojny minęło tyle lat, boją się, że wrócą tutaj Niemcy i im je zabiorą. Od 1945 roku nie było żadnych remontów. Żyją, bo żyją.

Pan wszędzie widzi historię. Podczas spotkania z sołtysami zobaczył Pan na ścianie zdjęcie i od razu snuł opowieść...

Bo historia jest dookoła nas. Kiedyś przyjechali do nas z Niemiec potomkowie sąsiadów, którzy przed wojną mieszkali tu niedaleko. Chcieli zobaczyć swój heimat. Porozmawialiśmy, pojechaliśmy do Batorowa do kościoła, a za nim, okazało się, pochowani są ich pradziadkowie. Rodzice przekazali im nawet, gdzie jaki kamień leżał, gdzie rosła brzózka... Wieczorem spotkaliśmy się w hotelu „Krajna” w Złotowie, a tam dosiadł się do nas staruszek w okularach. Bo usłyszał język niemiecki. Okazało się, że to ostatni potomek Welschów, do których należał ten budynek, browar i cała posiadłość wokół. W Złotowie był drugi raz, bo chciał zobaczyć majątek przodków. Pół nocy przegadaliśmy, wiele historii „obróciliśmy”. Tak więc historia jest wszędzie. Takie rzeczy wpadają mi w ucho.

Reklama

Interesuje Pana głównie historia Krajny.

Trzeba znać swoją małą ojczyznę, a niestety wielu mieszkańców regionu nie było nawet w Muzeum Ziemi Złotowskiej. Co prawda ono jest za małe, bo 90% eksponatów leży w magazynach i nie można ich oglądać na co dzień, ale warto się tam wybrać. Też mam wkład w jego zbiory. Kiedyś dyrektor muzeum, Kloskowski, zbierał tutaj łupki, bo w okolicy kilkaset lat temu było jezioro. Ja mieszkam na historycznych rzeczach. Znalazłem naczynia gliniane, obciążnik do sieci rybackich, a tata w 1950 r. wyorał urnę. Zgłosił to, archeolodzy przekopali pole i znaleźli czternaście urn – dwanaście całych i dwie uszkodzone. A podczas prac budowlanych znalazłem kamienną maczugę długości około 40 centymetrów. Kloskowski ją zabrał. Aż mu ręce do ziemi przygięło, ale szedł z nią dzielnie na pociąg do Złotowa.

O jakich faktach historycznych mieszkańcy Lipki nie mają pojęcia?

Nie wiedzą zbyt wiele. Przez lata w ogóle nie interesowali się historią tych terenów. W Lipce prawie 100% ludzi przyjechało po wojnie. Nie ma tutaj tradycji historycznej. Wielki Buczek, Stara Wiśniewka, Blękwit, Święta – tam są autochtoni i więzi tamtych ludzi są silniejsze. Na szczęście teraz historią tych ziem i ludzi zaczyna się zajmować młodzież.

Reklama

Przy gminnej bibliotece działa też koło historyczne, którego jest Pan członkiem.

Pierwszy raz zawiązało się jakieś dziesięć lat temu, ale działało krótko. Po reaktywacji jest lepiej, bo z ramienia biblioteki zajmuje się nim Joanna Kucharska. Odkurzamy historię, zewidencjonowaliśmy cmentarze w gminie, zajęliśmy się nawet wyszywaniem haftu krajeńskiego (przyjechał pan Brzeziński i uczył nas, jak to się robi). Poza tym jeździmy do muzeów, by pogłębiać swoją wiedzę. W Chojnicach, w bramie człuchowskiej odnalazłem brata babci. W domu mówiło się, że zginął na wojnie, a tam znalazłem czarno na białym, gdzie i kiedy poległ.

Robicie to Państwo dla siebie czy z tych odkryć skorzystać mogą inni mieszkańcy gminy?

Wszystko czego się dowiadujemy znajduje się lub znajdzie w internecie. To nie jest wiedza tajemna.

Reklama

Uważa się Pan za największego znawcę historii Lipki i okolic?

Nie chcę się chwalić, ale mam wiedzę na temat wszystkich miejscowości w gminie. Mam oryginalne dokumenty, książkę z 1913 roku, z której uczono w szkole w parku w Małym Buczku i wiele innych historycznych okazów. Ale historią regionu interesuje się tutaj więcej osób: m.in. pani Irena Redzimska, która uczyła historii w szkole, pan Ryszard Pacholik. W czołówce lokalnych historyków na pewno jestem.

Zamierza Pan spisać swoją wiedzę?

Niejedna osoba mnie już na to namawiała, bo lata lecą i pewne rzeczy z pamięci uciekają. A, niestety, w mojej rodzinie nie było osób długowiecznych. Najprędzej więc pewnie przymierzę się do spisania historii rodziny Tuschik.

Reklama

Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    nocóż - niezalogowany 2017-02-16 20:26:58

    To jest bardzo cenne dla nas co Pan mówi.Faktem jest ,że nasz Złotów był do 1945r.pod administracją Niemców i dlatego tak dużo w ksiażkach niemieckich jest opisane o naszej KRAJNIE. Może pan by przyjechał na odczyt do naszej Biblioteki.Pani Dyrektor Sylwia Mróz napewno się zgodzi.Chcemy poszerzyć nasze horyzonty o naszych ziemiach. Proszę też Pana aby poszperać,w ksiażkach czy Andrzej Grudziński był zdrajcą Polski ? czy zasługuje na ulicę w Złotowie.W 1655r.Podpisał Akt Kapitulacji Szwedom i poddaliśmy się Szwedom bez walki.A to,że spalili Szwedzi jego zamek to nie z zemsty tylko tak poprostu,szli i palili co było po drodze. To samo z Domańskim? za co wyrzucono go ze Złotowa? czy był zdrajcą i donosił na Polskę? Chcemy poznać historię .Tu z Muzeum nic nie dowiedzieliśmy się!!!!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości