Marcina bez piłki mało kto sobie wyobraża. Również rodzice. To oni patrzyli, jak ich syn gumową zabawkę zamienia na profesjonalną futbolówkę z logo Lecha Poznań. Zresztą... Taki scenariusz w zasadzie można było przewidzieć. - Marcin od zawsze biegał za piłką. Trzyma ją praktycznie na każdym zdjęciu – opowiadają państwo Katarzyna i Bogdan Grabowscy. Jastrowianie szybko dostrzegli pasję syna i otworzyli mu wszystkie możliwe furtki, by mógł ją rozwijać.
Marcin grę w Polonii Jastrowie rozpoczął jako 7-latek. Formę szlifował w tym klubie przez trzy lata, potem przyszedł czas na zmiany, bowiem apetyt początkującego piłkarza rósł. - Syn dobrze sobie radził, szybko robił postępy, więc zapisaliśmy go do Sparty Złotów, gdzie chłopcy grali na trochę wyższym poziomie niż w Jastrowiu. I cóż, trzeba go było wozić na treningi trzy, cztery razy w tygodniu – z uśmiechem wspomina pan Bogdan, dziś pokonujący o wiele dłuższe trasy, bo z Jastrowia do Wronek.
W złotowskim zespole dobrze rokujący młody piłkarz również długo nie zagrzał miejsca. - Miał predyspozycje, by grać wyżej – opierając się o opinie usłyszane od trenerów i, co ważne, od szefa skautingu Lecha Poznań Tadeusza Jarosa, oceniają nasi rozmówcy. - Pan Jaros pogratulował mi syna – pan Bogdan z dumą wspomina spotkanie z selekcjonerem. Ten zjawił się w Złotowie na jednym z turniejów właśnie po to, by szukać perełek podobnych Marcinowi. Jastrowianin nie od razu trafił do Lecha.

Marcin koszulka z numerem 3) z kolegami z klubu Lech Poznań w meczu kadry Polski Polska-Serbia U 16
Za namową trenera młodzików Mariusza Ziatyka państwo Grabowscy pojechali do Poznania na testy do KS Warta. - Syn się tam sprawdził, chcieli go przyjąć do składu, ale... Na treningu Warty z Lechem spotkaliśmy pana Jarosa – wspomina mama Marcina. Łowca talentów obserwował grę młodego jastrowianina. - Poradził nam, by syn spróbował dostać się do Błękitnych Wronki, bo stamtąd już tylko krok do zespołu Lecha – pani Kasia nie ukrywa, że dla Marcina Warta Poznań miała być tylko środkiem do celu. Tym od zawsze była gra w Lechu.
Mimo że chłopak miał już miejsce w Warcie, pan Bogdan zawiózł go na testy do Błękitnych Wronki. Tu selekcjonerzy poznali się na jego talencie – tata Marcina liczył (a właściwie był przekonany), że tak właśnie będzie. - Wiedziałem, że się dostanie. Obserwowałem go podczas treningu i widziałem, że nie odbiega poziomem od chłopców, którzy grali w Lechu – dodaje z dumą. Warta poszła zatem w odstawkę.
Po tym wielkim szczęściu przyszedł pech. Na pierwszym treningu Marcin złamał rękę. Dwie kości, by ją „złożyć” potrzeba było więc chirurgicznej interwencji. Operacja, rehabilitacja... wszystko to pozostało bez wpływu na sportową karierę Marcina. Chłopak szybko nadrobił zaległości na boisku. Przeszedł wręcz samego siebie. Po roku gry w Błękitnych awansował do zespołu Lecha. - Podpisaliśmy trzyletni kontrakt – wyjaśniają rodzice, podkreślając, że dla ich syna to spełnienie marzeń. Również efekt niebywałej determinacji. I wysiłku. - Od trzynastego roku życia Marcin ciężko pracuje – zauważa jego mama. To zaprocentowało. Jako piętnastolatek chłopak z małego Jastrowia wyszedł na boisko z Orzełkiem na piersi, jako piłkarz drużyny reprezentacji Polski U 15. Zagrał z Irlandią. W tym roku, już jako reprezentant U 16 walczył natomiast z rywalami z Serbii. Wszystkiemu przyglądali się rodzice, prócz dziadków, wujostwa i siostry, będący jego największymi kibicami. Skłonnymi do poświęceń. - Na pierwszy mecz jechaliśmy do Mniowa koło Kielc. Warto było spędzić w samochodzie te siedem godzin – zapewnia pani Kasia. - To był piękny mecz – dodaje pan Bogdan. Nie problem, by do tych najważniejszych momentów wracać – nasi rozmówcy skrupulatnie je dokumentują. Aparat, kamera... Gdy Marcin, aktualnie grający na pozycji obrońcy w Juniorach Młodszych B1 Lecha Poznań osiągnie piłkarskie wyżyny, będzie co wspominać.
Pobyt w Akademii Młodzieżowej Lecha we Wronkach to masa wyrzeczeń. Praca w szkole, praca na boisku, w deszczu i słońcu oraz twardy regulamin, którego trzeba przestrzegać. Żadnych papierosów, alkoholu, imprez, wyskoków, piłkarska dieta... Państwo Grabowscy ufają synowi. - Jesteśmy przekonani, że nic nie przeskrobie, bo ma świadomość, ile kosztowało go dotarcie do miejsca, w którym obecnie się znajduje. Wie, co mógłby stracić – uważają. Nie znaczy to, że sami go nie rozpieszczają. - W domu zawsze czeka na niego coś wyjątkowego, coś, za czym przepada – uśmiecha się pani Kasia. Powroty zawsze są radosne. Kiedy syn po raz pierwszy opuszczał dom, było jej ciężko. - Wszystkim nam było tęskno. Marcinowi pewnie też – uważa. - Na pewno miał ciężkie dni, ale nigdy nie chciał zrezygnować. Nie skarżył się, bo w piłce jest zakochany – dodaje pan Bogdan.
Kiedy rozmawiamy, Marcina nie ma w domu. Przyjedzie dopiero na weekend. A wtedy rodzice pokażą mu „Aktualności Lokalne”... Niespodzianka!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze