Niekoniecznie, ale od zawsze lubiłam, gdy coś się wokół mnie działo. Nie cierpiałam i nie cierpię się nudzić.
Dokładnie. Trzeba szybko myśleć, podejmować trudne decyzje, ryzykować, a w razie porażki otrzepać się z tego co złe i iść dalej.
Gdy tylko nauczyłam się liczyć. Chociaż to jeszcze nie była własna firma, raczej solidna praktyka w sklepie rodziców. Miałam raptem kilka lat, stałam za ladą i obsługiwałam klientów. Pamiętam też zabawny epizod z podwórka, bo któregoś razu postanowiłam, że będę sprzedawała moje zabawki. Wystawiłam przed dom stolik, poukładałam misie i lalki, kilka z nich znalazło nawet nowych właścicieli. Średnio się to wtedy opłaciło, ale żeby doradzać w biznesie trzeba mieć w nim praktykę...
Reklama
Może zabrzmi to jak stwierdzenie kujona, ale... ja lubiłam i lubię się uczyć. Nie tylko tego co było zadane, przewidziane do nauczenia w szkole. Odkąd tylko pamiętam startowałam w olimpiadach przedmiotowych, zwłaszcza z matematyki i geografii. Polecam tę formę dokształcania, bo to świetnie poszerza horyzonty wiedzy z danej dziedziny, otwiera umysł na podejmowanie wyzwań. Daje też wymierne korzyści. Dzięki czołowej lokacie w olimpiadzie geograficznej w drugiej klasie liceum miałam zapewniony indeks na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu na dowolnym kierunku[[pay]].
Nie. W drugiej klasie liceum, gdy skończyłam 18 lat pojechałam na wakacje do mojego brata, do Londynu. Ponieważ chciałam też coś zarobić, wydrukowałam sobie stos CV i postanowiłam, że muszę znaleźć pracę. Poszło szybko, bo już w pierwszej kawiarni, po krótkiej rozmowie, łamanym jeszcze wówczas angielskim zatrudnili mnie. Pracowałam przez 6 dni w tygodniu, po 12 godzin dziennie, zarabiając tyle co nic - ale byłam wtedy najszczęśliwszą dziewczyną w Londynie. Zwłaszcza, że w niedzielę mogłam zwiedzać to miasto. Zakochałam się w nim...
Reklama
Kwestia decyzji to nie był dla mnie żaden problem. Wiedziałam, że tam wrócę będąc po raz pierwszy w Londynie. Wtedy też pozbierałam wszystkie oferty, wszystkich uczelni. Stopniowo, przez rok wyrywałam kartki z kierunkami, które mi nie pasowały. Wiedziałam czego chcę, jednak pojawiały się pytania... Jak tam przeżyć? Jak opłacić uczelnię? W Wielkiej Brytanii bowiem, nawet studia dzienne, na państwowych uniwersytetach są płatne. Kiedy zaczynałam było to trzy tysiące funtów za rok, teraz ta kwota jest trzykrotnie wyższa. Najpierw trzeba było więc zarobić. Postanowiłam, że rok poświęcę na pracę, by zgromadzić fundusze, tak by podczas studiów poświęcić się tylko im. Znów byłam kelnerką, znów niewiele zarabiałam, ale zapisałam się na kurs i uczyłam się języka angielskiego. W międzyczasie zmieniłam pracę. To był pierwszy kontakt tam z branżą, która dziś jest mi dość bliska, czyli z funkcjonowaniem firm w internecie. Pracowałam w biznesie, który polegał na tym, że klienci robili zakupy przez stronę www, które firma dla nich w swoich magazynach kompletowała i wysyłała do domu. Byłam na jednym z najniższych szczebli zatrudnienia w magazynie, ale zobaczyłam, jak to działa od kuchni. Czas rekrutacji na studia, a później oczekiwania na wyniki był dość przyjemny. Dostałam się wszędzie tam gdzie złożyłam dokumenty. Wybrałam kierunek: biznes międzynarodowy na University of Westminster.
Wbrew pozorom studia w Wielkiej Brytanii są dużo mniej wymagające. Szybko zaczęło mi się nudzić. Musiałam znaleźć sobie jakieś zajęcie, jakąś pracę już nie tylko po to, żeby się utrzymać, ale by coś zrobić z czasem. Ponieważ tam wielu młodych ludzi prowadzi własne biznesy przedstawiłam na uczelni pomysł Inkubatora Przedsiębiorczości, tzw. z ang. Start Up. Moje zadanie polegało na łączeniu świata poważnego, nawet międzynarodowego biznesu z tym małym, dopiero raczkującym. Globalne korporacje bowiem mają to do siebie, że chociaż posiadają ogromny kapitał wszystko toczy się i zmienia w nich wolno. Małe firmy mają świeże pomysły, dynamizm, ale brak im pieniędzy. Łączyłam te dwa światy, uzyskując kontakty, organizując warsztaty, szkolenia... Sama też rozkręciłam biznes, czyli międzynarodową platformę sprzedaży rękodzieła, którego autorką jest moja mama. Dzięki temu jej makramy trafiły m.in. do Hollywood.
Reklama

Pierwsze szlify w biznesie Monika zdobywała w rodzinnym sklepie. Dziś współpracuje z korporacjami z całego świata
Później chciałam być księgową. Chciałam mieć poważną pracę. To było moje marzenie, patrzeć jak cyferki przelatują mi przed oczyma. Jednak by być księgowym w UK nie wystarczą tylko studia. Potrzebne są trzy lata kursów i zatrudnienie w firmie, gdzie zdobędzie się wymagane doświadczenie. Przyjęli mnie w firmie MyCityDeal. Nienawidziłam tej pracy. Po sześciu tygodniach marzyłam tylko o tym, żeby się zwolnić. Wtedy jednak firmę wykupił Grupon i wszystko się zmieniło. Znów znalazłam się w centrum firmy, która z użyciem nowoczesnych technologii docierała do ludzi. To był też dla mnie impuls. Doszłam do wniosku, że jeśli mam pracować to na siebie i dla siebie.
Reklama
I tak, i nie. Zrezygnowałam z dość stabilnej, całkiem nieźle płatnej pracy na rzecz niepewnej przyszłości. Jednak w Wielkiej Brytanii tak jest. Często się słyszy - pracuj tak, żeby ta praca nie była dla Ciebie udręką. Rób to, co sprawi Ci satysfakcję. Miałam kontakty z firmami jeszcze z czasów studiów. Przydały się. Kolega wkręcił mnie do swojej firmy, gdzie znów, tym razem nie pod egidą uczelni zajmowałam się programem Start Up. To były czasy, gdy coraz mocniej rozwijała się branża technologiczna. Postanowiłam więc zaryzykować jeszcze raz. Wszystkie oszczędności utopiłam w stworzoną ze znajomymi firmę technologiczną, działającą w branży social commerce. Tłumacząc na język polski to wykorzystywanie w sprzedaży mechanizmów społecznościowych. Ludzie, którzy korzystają z portali społecznościowych dzięki naszym aplikacjom mogli wymieniać się opiniami, spostrzeżeniami na temat danego produktu, danej marki. Znaleźliśmy inwestora, zainwestowaliśmy w zespół programistów na Litwie, świetnie zarabialiśmy. Wszystko było dobrze do czasu choroby jednego ze wspólników, który na dodatek nagle zniknął...
Tylko przez chwilę. Stało się, nie odstanie się. Trzeba się pozbierać. Docenić to doświadczenie i go nie powtarzać. Ponieważ wszystko co miałam odłożone na koncie poszło na rozkręcanie poprzedniego biznesu, znów musiałam szukać „normalnej pracy”. Trafiłam do działu marketingu jednej z globalnych korporacji, mając za cel współpracę z Inkubatorami Przedsiębiorczości, gdzie z pomysłami lgnęli młodzi ludzie. Zajmowaliśmy się wdrażaniem nowych technologii, więc dość często odwiedzałam kalifornijską Dolinę Krzemową, poznając niesamowitych ludzi. Współpracowaliśmy m.in. z takimi potentatami jak Nike czy Walmart.
Reklama
Tak, to kulminacja i nowe wyzwanie. Znów będę miała dużo pracy i nie będę się nudzić. Co do powrotu do kraju... Na stałe już tu nie wrócę, ale chciałabym wykorzystać moje doświadczenie w rodzinnych stronach albo w ogóle w Polsce. Przez tyle lat pracy w Wielkiej Brytanii spotkałam mnóstwo Polaków, którzy swoje biznesy rozkręcali tam, bo było łatwiej sprzedać pomysł, zachęcić inwestorów. Branża, w której się specjalizuję jest ryzykowna, bo na dziesięć firm, które miały fajny projekt, wypali tylko jeden. Inna sprawa, że jego wdrożenie zrekompensuje inwestorowi z dużą nawiązką upadek dziewięciu pozostałych. W Polsce, a już w ogóle na szczeblu powiatowym takich inwestorów brakuje. To jednak nie oznacza, że nie jesteśmy kreatywni. Znam ludzi, którzy wywodzą się z leśniczówki w Bieszczadach, a ich aplikacje czy systemy robią światową karierę. Nie ważne, skąd się jest, ważne, jaki ma się pomysł. Tak widzę swoją rolę, na pomocy tym pomysłowym w realizowaniu ich marzeń.
Rozmawiał Sz. Chwaliszewski [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze