Reklama

Mówią na mnie „wiejski burmistrz”. Wywiad z pozytywnym człowiekiem

17/11/2015 17:15
- Gdyby nie choroba, to już dawno bym kandydował i zostałbym burmistrzem! – żartuje Ireneusz Pufal. Jako sołtys od 10 lat jest wizjonerem, planistą i psychologiem. - Ja się do tego urodziłem - dodaje

O sołtysach mówi się, że stanowią najwyższą władzę na najniższym szczeblu. Wyczuwa Pan w tym stwierdzeniu nutę ironii, wskazującą, że wasza rola nie jest aż tak ważna jak sami sądzicie?

To mądre powiedzenie, wskazujące na to, jak faktycznie z sołtysami jest. Pełnimy najniższą funkcję publiczną w RP. Co do naszej roli, to jeszcze 15-20 lat wstecz faktycznie zostanie sołtysem uważane było za mało prestiżowe zajęcie, stąd może do dziś przetrwały różne anegdoty na nasz temat. Przez ten czas zmieniło się jednak wiele. Dzisiaj sołtys to musi być człowiek obrotny, który wie, jak zarządzać i pieniędzmi, i ludźmi. Jego rola jest więc na wsi bardzo ważna. To taki manager - mówiąc językiem biznesu. Ja uważam, że trzeba też być trochę psychologiem - umieć z ludźmi rozmawiać. Z każdym inaczej. Ja z tym najmniejszego problemu nie mam. Każdą rodzinę w moim największym obszarowo sołectwie kilka razy w roku odwiedzam. Nikt mnie nie wygania. Wszyscy ze mną rozmawiają, często bardzo długo i to tak już od 10 lat. Ja się do tego urodziłem! (śmiech)

Porozmawiajmy więc o tym, jak zmobilizować ludzi. Gdy padło hasło, że łobżenicka parafia organizuje zbiórkę środków na remont drogi krzyżowej, Pan pozbierał tyle pieniędzy, że wystarczyło z górką na sześć stacji. Jako sołectwo daliście nie 1000, a ponad 6000 zł. Podobnie było z witrażem, wartym 10 tys. zł - sołectwo będzie miało swój własny. Do tego to wszystko działo się w bardzo krótkim czasie. Jak do takiej ofiarności namówić ludzi?

No i tu znów się kłania umiejętność podejścia do ludzi, rozmawiania z nimi i potrzeba odwiedzania ich. Ja takich spraw na telefon nie załatwiam, tylko wsiadam w auto i jadę od gospodarstwa do gospodarstwa. W oczy mi nikt nie odmówi, przez telefon, choć mieszkańcy sołectwa są bardzo hojni i uczynni, mogłoby być inaczej. Zawsze działam według planu. Gdy wstaję rano, wiem już, co będę robił, do kogo pojadę, o co zapytam, co chcę załatwić. Z drogą krzyżową i witrażem też tak było. Zrobiłem listę i jeździłem od domu do domu, pokazując ją i mówiąc: zobacz, ten to dał tyle i tle, ciebie stać co najmniej na tyle samo albo i więcej. To zadziałało (śmiech). Kiedy jest coś do zrobienia to nie błagam o pomoc, tylko mówię: ty i ty - sprawdzicie się w tym, dacie sobie radę. Zachowana jest zdrowa relacja. To prośba, ale bez płaszczenia się i myślę, że dzięki temu to wszystko się tak fajnie u nas kręci.

Reklama

Kolejna rzecz to inwestycje realizowane m.in. z udziałem Funduszu Sołeckiego. Niektóre z Pana pomysłów budziły spore kontrowersje, mam na myśli np. lokalizację placu zabaw. Chyba niewielu wierzyło, że to się może udać. Ma Pan jeszcze inne, podobne tamtemu pomysły?

Fajna historia się z tym wiąże. Jak wyszło na jaw, gdzie ja chcę budować plac zabaw to się ludzie w głowę pukali. Mówili, że tam się nie da, że za mokro, że trzeba przy szkole, że tak będzie lepiej. A ja im na to, że mam wizję jak to zrobić! Inna sprawa, że później słyszałem, wychodząc ze sklepu, komentarze typu: ja to mam wizję, że tę kukurydzę w tym roku to posadzę tak i tak... co nie, sołtys? Reagowano więc trochę z przekąsem, ale jak już wszystko było gotowe to się okazało, że za ten plac zabaw, który kosztował jedynie 33 tys. zł (mówię jedynie, bo jeśli ktoś tam nie był, niech przyjedzie zobaczy, jaki to jest duży teren, w dodatku ogrodzony i ile rzeczy tam nastawialiśmy) dostaliśmy z województwa nagrodę w kwocie 40 tys. złotych. Co prawda te pieniądze, za poprzedniego burmistrza, nie wiem dlaczego w większości zostały na koncie gminy, do nas trafiło jedynie 2000 zł. Dziwna sprawa.
A inne inwestycje... Ja ciągle mam różne wizje (śmiech). Będzie się teraz u nas trochę działo. Mam cel, żeby w newralgicznych miejscach we wsi były wybudowane chodniki. W przyszłym roku spinamy szkołę z drogą pieszą w stronę KDF-u. Przy placu zabaw ma też powstać strefa rekreacji dla starszych mieszkańców z ławkami i napowietrzną siłownią. Niebawem rusza przebudowa drogi wojewódzkiej, ale na to aż tak dużego wpływu nie mam, choć też będę pilnował, czy wszystko dobrze będą robić. Co innego remont świetlicy wiejskiej. O! To będzie prawdziwy dziki zachód. Bonanza bym powiedział nawet! (śmiech) Pewne jest, że też co niektórzy oczy będą ze zdumienia przecierali. Zresztą już od ładnych paru lat się zdarza, że po tych wszystkich moich akcjach mówią na mnie w okolicy „wiejski burmistrz” albo „wiejski terrorysta”. Gdyby nie moja choroba, to już dawno bym kandydował i zostałbym burmistrzem gminy! (Śmiech)

Tak samo jest z pomysłami na imprezy w sołectwie?

A jak! Mam wizję i działam. Najnowszy pomysł to realizowany 12  grudnia wspólnie z GCK i burmistrzem jarmark świąteczny na jednym z łobżenickich rynków, gdzie np. kupić będzie można w dobrych cenach ręcznie robione ozdoby albo kartki. Do tego jako Luchowo przygotujemy też grzaniec. Wystawią się również inne koła Gminnej Rady Kobiet i sołectwa, które równie mocno zadbają o świąteczne akcenty kulinarne. Udało się z zawodami jeździeckimi, turniejem strażaków i marszem trzech króli, gdzie wszystko mamy opanowane do perfekcji, więc tu nie może być inaczej. Wszystko będzie działało jak w szwajcarskim zegarku.

Reklama

Podczas jednej z ostatnich sesji wystąpił Pan dość głośno wskazując, że mieszkańcy miasta nie dbają o jego wizerunek, licząc tylko na burmistrza i jego ludzi. Nie przesadził Pan trochę takim stwierdzeniem?

Absolutnie. To nie jest jednak też tak, że uważam, że całe miasto nic nie robi, nie dba o swoje otoczenie. Wystarczy przejechać przez osiedla i tam jest elegancko. Trawa skoszona, liście pozbierane, kwiaty rosną. Spójrzmy jednak na centrum, a zwłaszcza tam, gdzie są mieszkania komunalne. Śmieć leży na chodniku, nikt się po niego nie schyli. Kwiaty przysychają, nikt po wodę nie pójdzie. Zdenerwowało mnie to, że radni miejscy sygnalizowali burmistrzowi po raz kolejny: tu jest brudno, a tam jest nieporządek... U nas takie sprawy załatwiamy sami, bez oglądania się na kogoś. Jak widzę śmieć to go podnoszę, a nie dzwonię do burmistrza, żeby przysłał ekipę. To zdanie też pozostałych sołtysów, ja może ich akurat w tej dyskusji ośmieliłem. No wkurzyć się można, nie?

Bycie sołtysem opłaca się z finansowego punktu widzenia?

Dla mnie nie. Miesięczne pobory z tego tytułu nie wystarczają na paliwo i telefony potrzebne mi w tej pracy. System wynagradzania też nie jest do końca dobrze pomyślany, można byłoby go przekonstruować. O wpływach z inkaso też nie ma co mówić - to przeszłość. Ale ja nie robię tego dla pieniędzy. Już mówiłem, że się do sołtysowania urodziłem! (śmiech) Bardziej ubolewam na tym, że przez ilość obowiązków, jakie sobie narzucam, cierpi moje życie rodzinne.

Reklama

Należy Pan do Gminnej Rady Kobiet - skąd taki pomysł?

Żeby mnie kobiety z kuchni w świetlicy wyrzucać nie mogły! (Śmiech) Mówię to całkiem poważnie. Pomysł wziął się z tego, że ja się, zdaniem pań z luchowskiego koła GRK, wszędzie wtrącam, nawet w garnki zaglądam, sprawdzam, doprawiam, jak coś przygotowujemy - no to się zapisałem. Płacę składkę, 25 zł na rok, i jestem jedynym mężczyzną w tej gminie, a w całej Polsce jest nas może kilku, który należy do tego typu organizacji.

No tak, w sumie w Dzień Kobiet też się Pan wmieszał, organizując imprezę wyjazdową, w której wzięło ponad 250 pań. Będzie powtórka z rozrywki?

To pomysł, który udało się zrealizować z pomocą Asi Warszawskiej. Myślę, że to dobra forma spotkania - płacimy, przyjeżdżamy na gotowe, a w dodatku integrujemy się, bo na takiej imprezie jest cała gmina. Powtórka rzecz jasna będzie. Muszę tylko znaleźć salę na ponad 300 osób i odpowiednią liczbę autobusów, bo ze wstępnych wyliczeń tyle świętujących pań zapowiada się na przyszłoroczny Dzień Kobiet.

Reklama

Oto przykład jednej z płaskorzeźb, która wyszła spod ręki sołtysa Luchowa

Działalność sołtysa to jedno, ale gdy kończą się te obowiązki, zasiada Pan do swej drugiej pasji - rzeźbienia. Światło w pracowni pali się często do późnych godzin nocnych. Co powstaje z kawałków drewna, które przechodzą przez Pana ręce?

Hmmm, pracownia... W nocy, tak o 2:00, 3:00 pracuje się najlepiej. Jest cisza, spokój. Z głośników radia płynie opera i operetka w Programie Pierwszym Polskiego Radia. Tu na górze domu podczas rzeźbienia przychodzą mi do głowy te moje wizje i pomysły. A robię wszystko jeśli chodzi o płaskorzeźby. Specjalizuję się w aniołach i grawerowanych w drewnie pamiątkach. Do tego potrafię wykonać je z każdego drewna, bo jak zwykliśmy mawiać z moim przyjacielem śp. Marianem Łukaszczykiem - nie ma takiego drewna, któremu nie dam rady.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości