Andrzej Kledzik ma dla kolegów po fachu, rolników, dwie rady. - Absolutnie nie trzymajcie słomy nad głowami zwierząt, bo kiedy nie daj Boże wybuchnie pożar, nie będzie dla nich ratunku – przestrzega. Mieszkaniec Brzeźnicy wie, co mówi, ponieważ potęgi tego żywiołu jego rodzina doświadczyła na własnej skórze. W końcu lipca bieżącego roku ogień podsycany przez sprzyjający mu wiatr w całości i w mgnieniu oka strawił oborę, w której znajdowało się piętnaście sztuk bydła (ocalał tylko jeden byczek). Dziewięć byków i pięć jałówek padło. Szansy na ratunek dla zwierząt nie było. - Synowa, kiedy zobaczyła pożar, wybiegła z domu, by wyprowadzić z obory bydło. Otworzyła drzwi, ale do środka nie dało się już wejść. Spod dachu spadała paląca się słoma – wypowiadając pierwszą przestrogę pan Andrzej myślał właśnie o tym, że to właśnie słoma odebrała rodzinie szansę na reakcję.
Rada numer dwa też ma związek z lipcowym pożarem. - Nie próbujcie gasić, ratujcie zwierzęta – nasz rozmówca wie, że z żywiołem szalejącym w takiej skali jak u niego nie sposób wygrać. Dziś rozmawiamy o tym spokojnie. Dwa miesiące temu głos naszego rozmówcy nie był tak pogodny. - Byłem całą tą sytuacją przerażony, widziała Pani – przypomina. Dziś w niego i w panią Marzenę, jego małżonkę, wstąpiła nadzieja. Synowi pana Andrzeja hartu ducha od początku nie brakowało – kiedy rozmawialiśmy na początku sierpnia pan Damian był pewien, że lada chwila ruszy budowa nowego obiektu. Miał rację – podczas naszej wizyty w Brzeźnicy 8 października mury pięknie pięły się już ku niebu. - Mówiłem, że tak będzie?! - uśmiecha się mężczyzna.

Krajobraz podwórka Kledzików - wcale nie tak powoli - zmienia się
Budowa nowej obory ruszyła 27 września – na dwa dni przed upływem dwóch miesięcy od pożaru. Jak zaznaczają nasi rozmówcy, prace udało się zacząć tak szybko dzięki przychylności urzędników starostwa powiatowego i jastrowskiego magistratu, którzy bez zbędnej zwłoki wystawili wszelkie pozwolenia i zgody. - Naprawdę potraktowano nas bardzo życzliwie – pan Andrzej ma na myśli również pracowników Nadleśnictwa Jastrowie, gdzie kupował budulec na więźbę dachową nowego obiektu oraz pracowników banku, który udzielił im kredytu na przeprowadzenie tej inwestycji. - Czasami nawet zastanawiamy się z żoną, jak to się stało, że tak szybko przeskoczyliśmy wszelkie formalności – pan Andrzej się uśmiecha. Zresztą na placu budowy też nikt nie ma czasu do stracenia – robota wre. Widać już, jak zorganizowana zostanie przestrzeń w nowym budynku. W hali o powierzchni około 300 m² przez środek biec będzie ganek paszowy, po obu jego stronach zlokalizowane będą stanowiska dla zwierząt (w sumie będzie ich trzydzieści osiem), a za nimi – korytarze gnojowe. Przy obiekcie powstanie też pomieszczenie sanitarno-socjalne (o powierzchni około 36 m²), w którym docelowo znajdować się będą m.in. zbiornik na mleko i dojarka. Młodzi, tj. syn i synowa naszego rozmówcy, postanowili bowiem hodować bydło mleczne jak do tej pory – w cyklu zamkniętym. Najpierw jednak oborę trzeba zasiedlić, co – jak wiemy – nie jest tanim przedsięwzięciem (za jałówkę zapłacić trzeba od 4 do nawet 6 tys. zł). - Liczymy na to, że szybko uda nam się wypełnić wszystkie stanowiska – przyznaje Marzena Kledzik, przypominając, że szesnaście sztuk, w tym cielne, wciąż jest na stanie gospodarstwa, sześć jałówek zostało zaś już zamówionych. - Wprowadzimy je do obory po nowym roku – uściśla pan Andrzej. Z zakończeniem budowy Kledzikowie chcą zdążyć do wigilii Bożego Narodzenia. - Materiałowo na pewno się wyrobimy, pytanie, czy pogoda będzie nam sprzyjać – zastanawia się.

Hala przeznaczona dla bydła liczy niemal 300 m2. Będzie w niej 39 stanowisk dla zwierząt
Póki co na budowie zużyto już 80 m³ betonu, a to nie koniec. Nie tylko ta wartość robi wrażenie. Półtora kilometra łat, półtora kilometra prętów zbrojeniowych, pięćdziesiąt cztery belki dachowe... Nic dziwnego, że koszt postawienia obory – jak prognozują nasi rozmówcy – zamknie się niemal w 300 tys. zł. - Musimy postawić na największą jakość, ponieważ budujemy na lata. Nie możemy sobie pozwolić, by beton się kruszył albo by inspektor nadzoru budowlanego zakwestionował jakość któregokolwiek z materiałów – zaznacza Andrzej Kledzik.
Nasi rozmówcy nie ukrywają, że przeprowadzają inwestycję z udziałem kredytu, który, w stosunku do udziału własnego, stanowić będzie połowę wartości przedsięwzięcia.
Pisaliśmy już, że rodzinę Kledzików w obliczu tragedii wsparli, również finansowo, przyjaciele, sąsiedzi, mieszkańcy Brzeźnicy i okolicznych wsi – Samborska i Brzeźnicy Kolonii (zbiórkę funduszy dwukrotnie przeprowadzono choćby w kościele). - Czuję się tym skrępowany, ponieważ nigdy nie wyciągaliśmy po nic ręki. Zawsze uważałem, że lepiej dać niż brać – wyjaśnia pan Andrzej. - Spotkaliśmy się z ogromną życzliwością. Zawsze będę pamiętać o tych, którzy nas wspomogli – podsumowuje nasz rozmówca.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze