– Jedni uderzają w alkohol, ja wsiadłem na rower – mówi H. Kot. – A ja tak sobie pedałuję – dodaje P. Brodzicz. Panowie właśnie wykręcili 602 km
Gdyby przyjąć perspektywę Japończyków, to mieszkańcy Okonka są gwiazdami. Trzeba więc było mieć zdjęcie z nimi i z flagą gminy. Na moście Karola, jednej z największych atrakcji Pragi, panowie byli oblegani. W koszulkach ufundowanych przez gminę i z Gryfem na piersi czuli się ambasadorami swojej małej ojczyzny.
– Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy w ulewie, rano temperatura wynosiła –2°C, bolały nas tyłki i nadgarstki, ale trzeba było grzać do przodu – o wyprawie do stolicy Czech opowiadają Paweł Brodzicz i Henryk Kot.
– Gdy skończyła się Polska, to i skończyły się nam mapy, ale trafiliśmy – mówi pan Henryk, który jako pierwszy z tej dwójki zapałał miłością do roweru. Jazda przed siebie była terapią po stracie syna.
– Ostatni odcinek do Pragi miał mieć 90 km, a wyszło nam ze 140, jak zwykle – zaznacza pan Paweł, który wokół komina, a później po Polsce, jeździć zaczął za namową kolegi Kota.
– Inaczej się widzi świat z roweru niż z samochodu. Zatrzymam się, porobię zdjęcia, zwolnię – twierdzi, że z jego pasji dumna jest cała rodzina, zwłaszcza tata podziwia jego zapał do nawijania na koło kolejnych kilometrów.
– Z roweru można poczuć zapach Polski. Pachną konwalie, bzy, jest pięknie – zapewniają panowie.

Patrzcie, gdzie zaprowadziła mnie pasja, zdaje się mówić pan Paweł
6 maja wraz z przyjacielem Piotrem Baczyńskim ruszyli ku kolejnej przygodzie (w 2016 roku byli na Helu, w 2017 w Pradze, pan Henryk odwiedził z żoną Częstochowę.
– Żona mało jeździ, ale do Częstochowy jakoś lżej jej idzie – żartuje). Kierunek – Ustronie Morskie i w lewo, wzdłuż wybrzeża Bałtyku. Potem Świnoujście i Rugia – największa wyspa Niemiec.
– Z językiem będzie ciekawie – panowie śmieją, się bo żaden z nich nie włada mową Goethego.
– A może oni coś tam po Polsku umieją? – zastanawiają się, bo u naszych zachodnich sąsiadów mają zamówiony nocleg. Pan Paweł wierzy jednak w potęgę uśmiechu i w swoich rodaków.
– Kolega jeździ tirem po Europie, pytam go, jak radzi sobie z językiem, a on mówi: Paweł, wchodzę na magazyn, mówię „dzień dobry” i zawsze ktoś się odzywa...
Rower wciągnął mieszkańców Okonka na dobre zanim zdążyli się zorientować. Tak jak łańcuch wciąga nogawkę zbyt długich spodni. I nie chce puścić. Panowie Paweł i Henryk pracują razem w pieczarkarni, fizycznie. Drugi z nich nawet dojeżdża do Brokęcina na swoich dwóch kółkach. Mimo zmęczenia jednak zawsze znajdą czas na trening.
– Jeździmy po pracy, razem i osobno. Mamy wolne czwartki, więc zwykle wtedy robimy te swoje kilkadziesiąt kilometrów – mówią zapaleni cykliści. Na koła nakręcają nie tylko asfaltowe kilometry, ale niemal cały swój świat. Gdy mają imieniny, to proszą o wzmacniane opony. Na urodziny dostają lepsze pedały albo nowe rękawiczki.

Trzej przyjaciele z rowerów – Paweł, Piotr i Henryk
– Świetnie się z tym czuję – mówi H. Kot.
– Mam 57 lat, jeżdżę od pięciu i nic mi nie dolega. Moi koledzy wydają pieniądze na lekarzy, a ja np. na nową koszulkę do jazdy – mężczyzna przyznaje, że cykliści także tracą głowę dla swojej pasji. Rowery i akcesoria, jak choćby odprowadzające wilgoć buty, są drogie. Pan Paweł jednak udowadnia, że i bez rujnowania domowego budżetu da się cieszyć jazdą. On na Helu i w Pradze był swoją pierwszą Meridą. Po prostu wszedł do sklepu, gdy Heniek namawiał go na wspólne przejażdżki, wybrał ją i wyszedł. Nią też ruszył na Rugię.
– Nie potrzeba mi więcej. No, chyba że rower górski. Namawiam Heńka na jazdę po lasach, po poligonie, bo są tu piękne ścieżki do objechania – zdradza swoje sportowe marzenie.
Jedno z nich zakończyło się 11 maja. Panowie wrócili z wyprawy nad polskie i niemieckie morze. Wykręcili 602 km, w dużej mierze pod wiatr.
– Nie cierpię wiatru! – mówi Henryk Kot.
– Lepiej jechać pod górę, bo wiadomo, kiedy ona się skończy – dopowiada Paweł Brodzicz.
Panowie przejechali wzdłuż polskiego wybrzeża – od Ustronia Morskiego po Świnoujście Następnie pokonali kawał Niemiec – przez Ahlbeck, Koserow, Zempin, Zinnowitz, do Wolgast. Deszcz i silny wiatr zmusiły ich do rezygnacji z jednego etapu i odwiedzenia Stralsund, a potem przeprawy pięknym mostem na Wyspę Rugia. Zabrakło im do tego 64 kilometrów.
To, co mieszkańcy Okonka zapamiętają z wyprawy, to kulturę i uprzejmość niemieckich kierowców. Ich pozdrowienia, uśmiechy i to, że wyprzedzając rowerzystę odjeżdżają na bezpieczną odległość.
– Nikt na nas nawet nie zatrąbił, mieliśmy pierwszeństwo – wspominają.
Dwa lata temu do stolicy Czech panowie Kot, Brodzicz i Baczyński jechali z hasłem „Najpierw Praga, potem Rzym”. Do wiecznego miasta jeszcze nie dojechali, ale wciąż o tym marzą, zwłaszcza panu Henrykowi na myśl o stolicy Italii zapalają się ogniki w oczach.
– Pojedziemy, pojedziemy, tylko najpierw Francja – obiecuje mu pan Paweł.
– No i wschodnia Polska jeszcze mi chodzi po głowie, tam są fajne ścieżki. Albo wiesz co, może w przyszłym roku Mazury? Tam jest gdzie jeździć...
Łukasz Opłatek,
fot. archiwum P. Brodzicza
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Paweł i Heniu, nie poznaje Was, daliście mi dzisiaj kawał radochy. Gratuluję pasji, zawsze byliście świetni, ekipa prawdziwych twardzieli, na których można było polegać, ale na rowerach Was się nie spodziewałem. Miło Cię Heniek widzieć z radością na twarzy. Życzę Wam powodzenia, a sobie spotkania Was gdzieś na trasie.
Nic, tylko się cieszyć z pasji i wiatru w plecy życzyć! Sam zaś w tym roku po Ukrainie planuje popedałować.
Paweł i Heniu, nie poznaje Was, daliście mi dzisiaj kawał radochy. Gratuluję pasji, zawsze byliście świetni, ekipa prawdziwych twardzieli, na których można było polegać, ale na rowerach Was się nie spodziewałem. Miło Cię Heniek widzieć z radością na twarzy. Życzę Wam powodzenia, a sobie spotkania Was gdzieś na trasie.
Nic, tylko się cieszyć z pasji i wiatru w plecy życzyć! Sam zaś w tym roku po Ukrainie planuje popedałować.