Na scenie współpracował z Lesterem Bowie, Johnem Zornem czy Leszkiem Możdżerem. Jakim cudem dość regularnie i za pół darmo występuje na jednym z jastrowskich podwórek? - Gdybyśmy to robili tylko dla pieniędzy, to byśmy tu nie grali – mówi wprost Tymon Tymański, współtwórca trójmiejskiego Totartu, realnie nienasycony muzyk, literat, filmowiec i karateka.
Co Cię przyciąga do Jastrowia?
Mamy taki przyjacielski układ z kolegą Wojtkiem Korwin-Piotrowskim. Jego korzenie tkwią w naszych doświadczeniach z budō, czyli sztuką wojny. Wojtek jest mistrzem aikido. Ma 4 dan, a przy okazji jest wielkim fanem Franka Zappy. Zdaje się, że w tej chwili jest już właścicielem wszystkich jego płyt i książek o artyście, ale niebawem wychodzi nowa pozycja i Wojtek musi gonić przebiegłą rzeczywistość. Jeśli chodzi o sztuki walki, nie mogę mu dorównać, bo na pierwszym miejscu jest jednak u mnie sztuka. Od ponad 25 lat trenuję karate, od paru lat wkręciłem się w taichi chuan. Ćwiczę też hatha jogę i morsuję, więc mamy z Wojtkiem zawsze o czym pogadać, nie tylko o Zappie i Coltrane'ie. Wojtek studiował na Uniwersytecie Gdańskim w w drugiej połowie lat 80., pamiętamy się więc jeszcze z mojej działalności z Totartem. To bardzo ciekawa i barwna postać, która poza wysoką wiedzą o budo ma spore pojęcie o sztuce w ogóle. Przy okazji organizuje koncerty na podwórku, dokładając cegiełkę do animowania życia kulturalnego w Jastrowiu.

Beneficjentami Waszej przyjaźni są też zwykli bywalcy koncertów na Mickiewicza 1.
Wojtek miał pomysł, żeby coś tu rozruszać. Idea nieco futurystyczno-skandynawska, bo przecież wiadomo, że Polska jest pogrążona w patologii i zaszłościach. Z całą moją sympatią do tego kraju, uważam, że Polska jest poważnie zapóźniona w rozwoju i to w wielu sferach, oświatowej, legislacyjnej, kulturalnej. Obecne rządy temu zapóźnieniu nie pomogły, a wręcz je spotęgowały. Wystarczy wspomnieć o predylekcji publicznej TVP do disco polo, które jest fajną muzyką, ale na wesela, a nie do kulturotwórczej niegdyś Dwójki. Takie próby aktywizowania środowiska, tworzenia lokalnej atmosfery kulturotwórczej, w jakie uwikłani są Wojtek i jego wspaniała małżonka Magda Korwin-Piotrowska, są bardzo istotne, od nich również będzie zależała nasza wspólna przyszłość. W ten sposób tworzą się wiry, które mogą przyciągnąć uwagę innych, mniej świadomych potrzeby krzewienia kultury wyższej, niż serwowanej w świecie TVP, Lidla, Biedronki i Ikei.

Nigdy nikomu nie obiecywałem, że będę wierny jazzowi czy jakiejś innej formie ekspresji.
Da się zarobić na takiej eskapadzie?
Jak się pewnie domyślasz, są to dla nas sprawy drugorzędne. Jesteśmy na małej trasie, a w Jastrowiu byliśmy tym razem właściwie tylko przejazdem. Gdybyśmy to robili tylko dla pieniędzy, to byśmy tu nie zagrali. Zespół, który ze mną występuje, to grupa prawdziwych pasjonatów. Zresztą sami tak mi dzisiaj półżartem powiedzieli: Nie gramy dla kasy, gramy z tobą dlatego, że cię kochamy. Ja zresztą też ich kocham, zespół muzyczny musi mieć swoją chemię i synergię. Kochamy to, co robimy i musimy to robić. Co oczywiste, majątku na takim koncercie nie zbijemy, ale jesteśmy zawodowcami i nie gramy za darmo. Gdybyśmy chcieli się obłowić, występowalibyśmy z innymi artystami, z Sanah, z Podsiadłą... Ci ludzie, z którymi grywam, to są muzycy pełną gębą, grający na co dzień jazz, post rock, swoiście wykoncypowaną elektronikę, generalnie muzykę ambitniejszą. Tutaj staramy się wspólnie popychać ten nasz polski wózek z muzycznym kramem nieco do przodu.
W Jastrowiu Projekt Republika wystąpił jako sekstet.
Michał Jan Ciesielski na tenorze i Dawid Lipka na trąbce - to ludzie, którzy byli ze mną w składzie Tranzystorów, kiedy ten zespół przeżywał swoje ostatnie dni. Graliśmy wtedy trochę à la wczesny Zappa z okresu "Hot Rats". Dęciaki dodają tej muzyce vibe'u lat sześćdziesiątych. Chłopaki są po szkole jazzowej, przy okazji współtworzyli świetne trójmiejskie kapele takie jak Quantum Trio, Sekstans, Algorhythm. Na klawiszach gra Michał Wandzilak, rozchwytywany instrumentalista, znany ze współpracy z Marcinem Świetlickim w Świetlikach i post-yassowej Zgniłości. Od kilku lat grywa ze mną także Tomek Koper, perkusista kapel Alfah Femmes, Zgniłości, Nyoko czy wspomnianego wcześniej Sekstansu. Kontrabasista i wiolonczelista Maciek Sadowski to głównie muzyk sesyjny, grający z wieloma składami, między innymi ze Zgniłością i Nyoko, ale też kompozytor muzyki filmowej. Czasem się spotykamy na dżemach w sopockim Teatrze Boto, mamy wspólne muzyczne tematy i cele. Uwielbiamy razem muzykować bez względu na styl czy nazwę projektu.

Tymon ściąga do Jastrowia także innych artystów z Trójmiasta
Nie kryjesz swoich nowofalowych ciągot. Muzyka Grzegorza Ciechowskiego ma dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie? Spotkaliście się kiedyś?
Mieliśmy okazję się poznać. Żartobliwie mówiąc, miałem raz Grześka dla siebie przez całą noc. Siedzieliśmy razem z resztą kapeli w moim biurze w Sopocie i gadaliśmy o muzyce, o życiu, co do dziś bardzo miło wspominam. Rozmawialiśmy m.in. o ich ostatniej płycie „Masakra", ale też o płycie Kur pt. "Sto lat undergroundu". Było to dla mnie ważne i formatywne spotkanie. Miałem okazję wyznać, że jestem fanem dawnej Republiki, że to on, wespół z Wojciechem Młynarskim, Jonaszem Koftą, Jackiem Kaczmarskim i Lechem Janerką nauczyli mnie pisać teksty po polsku. O ile pierwszym silnym wpływem był, o dziwo, Młynarski, którego kasetę z hitami katowałem w wieku lat 12, jednak to Grzegorz był dla mnie najsilniejszym wpływem, który zainspirował mnie do tworzenia mego warsztatowego abecadła. Wyznałem mu wielki szacunek i dozgonną adorację. Grzesiek był tym bardzo zdziwiony, ale też chyba mile połechtany. On też żywił podziw do Miłości i Kur, był to więc podziw odwzajemniony. To był lipiec 2001, na jakieś 5 miesięcy przed jego śmiercią, która mnie totalnie zaskoczyła. Miałem parę takich okazji, że spotykałem na swojej drodze ludzi, którzy w jakimś momencie życia mocno mnie zainspirowali, współtworząc mój songwriterski świat. Takie spotkania zostają w pamięci na zawsze. Mówię tu o Grześku Ciechowskim, Zbyszku Krzywańskim, Ziemku Kosmowskim, Robercie Brylewskim, Korze czy Lechu Janerce. To poruszające, gdy spotykasz tet-a-tet swoich dawnych idoli i gadasz z nimi jak równy z równym.
Płyta Projektu Republika będzie więc wyznaniem adoracji?
Ależ tak! Muzyka Republiki i teksty Grześka wciąż są dla mnie bardzo ważne, choć płyta będzie dość odjechana, w moim stylu, jakby zappowsko-reznorowska i jazzowo pokręcona. To ma być hołd dla zespołu, który mnie obudził do świadomego songwriterskiego życia, do własnych muzycznych prób i eksperymentów. Nie jest to łatwe, czasem zdarza się twórcy ugrząźć w trzęsawisku pogrobowej miłości. Siedzę nad nad tym już dwa lata, więc czas to wydać i zabrać się za swoje rzeczy. Ale ta płyta jest mi potrzebna, bo rozliczam się w niej nie tylko ze swoich nowofalowych fascynacji, ale też z udziału w supergrupie Nowe Sytuacje, która miała szansę na kontynuację schedy po Republice, ale z różnych powodów tej szansy nie wykorzystała.

Mamy wspólne muzyczne tematy i cele. Uwielbiamy razem muzykować bez względu na styl czy nazwę projektu.
Nikt kto zna trochę Twój dorobek nie zaprzeczy, że jesteś siedliskiem wielu talentów, ale nawet zagorzali fani zarzucają Ci czasem rozmienianie się na drobne.
Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że trudno jest w Polsce zrobić karierę przy pomocy muzyki ambitniej. Ja jestem po prostu konsekwentnie niekonsekwetny i tyle, taki będę do końca. Co do filmu, to jest jeszcze inna para kaloszy, kolejna moja fascynacja, o której możemy pogadać. Jeśli chodzi o muzę... Nigdy nie ślubowałem, że będę alternatywnym rockmanem czy też jazzmanem. Chętnie sięgam do popu i elektroniki, bo czemuż mam się nimi nie inspirować? A jednak w mojej duszy grają Zappa i Cpt. Beefheart, późni Beatlesi i Velvet Underground, Coltrane, Dolphy, Shorter i Monk. Jestem wychowany głównie na światowej, a nie polskiej muzyce, a to raczej tu nie pomaga. Na pierwszym koncercie McCartney'a w Polsce było 35 tysięcy ludzi i więcej wykonów wtedy nie sprzedał. Niedawno Ed Sheeran sprzedał dwa występy. Można mu winszować, chociaż hitów to on ma z 10 razy mniej niż McCartney, już nie mówiąc o David'zie Bowie'm, który nigdy nie wystąpił w naszym kraju.
Ja mam trochę problem z kulturą w Polsce. Nie to, że Polacy są gorsi w sensie cywilizacyjnym czy rasowym... My cierpimy z powodu zapóźnienia i to nie tylko ekonomicznego. To na nas ciąży, widać to zresztą w obecnej sytuacji politycznej, gdzie Polacy robią dwa kroki do przodu, a jeden do tyłu.
Bardzo szanuję polskich hipsterów, prawdziwych melomanów pokroju Wojtka Korwina-Piotrowskiego, wszelkiej maści alternatywistów, jazzmanów, twórców i animatorów wysokiej kultury i sztuki. A jednak mam wrażenie, że większość słucha byle czego albo nie słucha w ogóle. I winne są temu domowe wychowanie, kiepska szkolna edukacja, wreszcie za małe wsparcie sztuki i kultury poprzez wszystkie rządy po 1989. Kiedyś nie było na to kasy i to rozumiem. Od kiedy jesteśmy w Unii, są na to fundusze, ale dalej są rozdawane bardzo arbitralnie. A pamiętajmy, że są prawdziwi artyści, są wyjadacze estradowi i są zwykli celebryci, znani z tego, że są znani. Jeśli z funduszy wsparcia sponsoruje się głównie tych drugich i trzecich, bo są bardziej rozpoznawalni i głośniej się awanturują, to o czym tu w ogóle gadać? I tak ciągle wracamy do tego samego rodzimego błotka, bo nie odrobiliśmy pewnych lekcji. I PiS na pewno nie pomoże nam ich odrobić. Wracając do mojej proweniencji, muzycznie sam nie wiem, kim jestem. Uważam się głównie za songwritera, który korzysta z wiedzy o jazzie, rocku, popie, etno, czy elektronice.
W powszechnej opinii najbliżej Ci jednak do jazzu.
W chińskim zodiaku jestem Małpą, która lubi żonglować, bawić się różnymi gatunkami, nie przywiązując się do stylu. Ciążą mi te różne „imidże", bo lubię poszukiwać, próbować nowych rzeczy, cieszyć się innowacją. Ale owszem, dobry jazz jest mi bardzo bliski. Zdarzyło mi się pisać różne rzeczy, poprzez muzykę jazzową czy teatralną, filmowe soundtracki, do tekstów, felietonów, opowiadań, scenariuszy czy powieści. Nie ograniczam się w tej twórczości, bo mówiąc bezczelnie, umieć pisać i wychodzi mi to lepiej niż gadanie. Nie mnie oceniać, co jest bardziej udane, a co mniej. Mam z tego frajdę, a dopóki się czymś bawię, to jest dobrze. W tej chwili na przykład wziąłem się za reżyserię i zdałem do szkoły filmowej w Gdyni. Jestem wiecznie nienasycony, poza tym uważam, że muzyka nie ma w Polsce przyszłości. Co nie znaczy, że do niej nie wrócę w roli np. kompozytora muzyki filmowej.

Płyta Projektu Republika nie będzie jedynie zbiorem coverów. To także wyznanie adoracji
Z samej muzyki nie da się już wyżyć?
Jest coraz trudniej. Ostatnio po raz kolejny oglądałem serial „Vinyl", dziesięcioodcinkową historię muzyki lat siedemdziesiątych i, moim zdaniem, mówimy już o jakimś skansenie. Rock'nroll ma około 70 lat, jazz jest jeszcze starszym wynalazkiem. Coś tam dalej istnieje, ale jak się słucha Eda Sheeran'a czy Billy Ellish, czyli, z całym szacunkiem dla ich talentu, zgrabnej piosenki stadionowej, to nie ma się wątpliwości, w którą stronę to wszystko zmierza. Koncerty zdychają, sprzedaż płyt zdycha, wykonawcy żyją z tzw. merchandising'u. Pandemia nie pomogła tej sytuacji i wygoniła hipsterów z klubów. Dla muzyków są to czasy opłakane. Jeśli oscylujesz gdzieś w tym ogólnoświatowym obiegu, masz dobry amerykańsko-australijsko-angielski paszport, jak choćby poczciwy artysta Nick Cave, czy masz 100 koncertów w roku i swój krąg wiernej publiczności jak Behemoth, powinieneś dać sobie radę. Jeśli masz problem gorszego paszportu, co ogranicza publiczność do polskojęzycznej, jeśli nie wyznajesz młodzieżowego stylu typu metal, reggae lub hip hop, jeśli na dodatek nie gryziesz się w język i mówisz, co myślisz, przy okazji nawiązując do wielu gatunków muzycznych, a nie tylko do jednego... Musisz kombinować. Jazz jest gatunkiem wymierającym, rock jest również gatunkiem wymierającym, w Polsce elektronika nigdy nie zażarła. Żre disco polo, pop i muzyka młodzieżowa, czyli czyste gatunki. Dlatego poszukuję swojej ścieżki, nie zawsze umiejscowionej w muzyce. Umiem pisać piosenki i tematy jazzowe, umiem pisać książki czy scenariusze, uczę się robić filmy. Nigdy nikomu nie obiecywałem, że będę wierny jazzowi czy jakiejś innej formie ekspresji.
Za swoją ostatnią książkę zostałeś nominowany do nagrody Nike. Powstanie „Sclavus'a" zawdzięczamy pandemii?
To była sytuacja nieco tragiczna, bo zostaliśmy nagle usadzeni w domach. Przez miesiąc czy dwa byłem spanikowany i wściekły na sytuację, ale ostatecznie uznałem, że to świetny moment, żeby zabrać się za pisanie wspominkowej powieści, która już od jakiegoś czasu opowiadała mi się w głowie. "Sclavusa" pisałem przez pół roku. Miałem uregulowany tryb życia, wstawałem o szóstej, pisałem pięć stron dziennie. Pomysł był taki, żeby w miarę dokładnie opisać historię trójmiejskiego Totartu, ale przy okazji chciałem dodać ciut bardziej transgresyjnej formy felietonu, wykładu patafizycznego czy nawet sonetu totalnego. Nie chciałem robić z tego stricte pamiętnika. Jestem z tej mojej książki zadowolony, może nawet dumny. Totart otrzymał swój nowy i schludny pomnik, choć w jakiejś części „Sclavus" bywa zmyślony. Książka została ciepło przyjęta, choć nominacji do Nike raczej się nie spodziewałem. Dla mnie to taki kop na zachętę, dobry wstęp do dalszego pisania. Zawsze wiedziałem, że mogę i umiem pisać, natomiast polski muzyk alternatywny ma tak gęste i powikłane życie, że zwyczajnie nie starcza na to czasu. Nie skarżę się, nie narzekam, bo przecież żyję tak, jak chciałem. Moja praca jest w istocie rzeczy ciągłą i chłopięcą przygodą. Zabawą z muzyką, literaturą, pisaniem scenariuszy filmowych czy aktorstwem. Mam studio, dość dużo ćwiczę, lubię próby z moimi zespołami, mamy znakomite towarzystwo muzyczne w naszym Trójmieście. Owszem, czasem bywa trochę ciężko, ale to życie jest moim wyborem, a nie zewnętrznym przymusem. Wolę tę niepewną pracę niż codzienne wstawanie i uczęszczanie do korpo.

Nauczyłem się korzystać z pewnych schematów i nie jest dla mnie problemem, żeby zmienić gatunek.
Gdybyś mógł się pokusić o zwięzłą, encyklopedyczną definicję Totartu...
Grupa poetycko-muzyczno-plastyczno-happenerska, działająca na Uniwersytecie Gdańskim w latach 1986-89. Można bez kozery powiedzieć, że w polskiej sztuce była to jedna z ostatnich awangard XX wieku, zainspirowana futuryzmem, surrealizmem, dadaizmem i innymi nowatorskimi ruchami, które wpłynęły na rozwój kultury i sztuki minionego stulecia. Totart może nie do końca stworzył jakieś nowe dzieła, byliśmy wtedy gówniarzami i dużo w tym było zwykłej grandy. Natomiast jako nurt happenerski, jako towarzysko-animatorska macierz, generująca różnotorowe aktywności, mieliśmy spory wpływ na kulturę lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ściśle współpracowaliśmy z anarchistami z Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego oraz Wolności i Pokoju. My byliśmy bardziej grupą anarchizmu metafizycznego. W moim przypadku udział w Totarcie zaprocentował współtworzeniem sceny yassowej, napisaniem i współprodukcją postpunkowego musicalu "Polskie gówno" czy pisaniem powieści pokroju "Chłopów 3" tudzież "Sclavusa". Można powiedzieć, że do dziś spłacam swój dług wobec Totartu jako artystycznego środowiska, które mnie uformowało i uświadomiło zakres możliwych rodzajów działania.
Totart to miała być sztuka totalna. Często szokowaliście swoich widzów, jak np. pomysłem o akcie zbiorowej autodestrukcji na scenie.
Byliśmy bardzo młodzi, nieopierzeni, nie zostawiliśmy po sobie trzech opasłych tomów dzieł zebranych. Jedynym gotowym twórcą był wtedy Zbyszek Sajnóg, który nie życzył sobie publikacji swoich dokonań. Nasze metody działania były niekiedy szokujące, objawialiśmy się raz jako grupa happenerska lub poetycka, innym razem jako transgresyjny kabaret. Wszystko było sprawnie opisane w formie teoretycznej w postaci manifestów, wykładów czy teorematów. Na pewno było to dla nas wszystkich świetne sceniczne doświadczenie. Totart wydawał się śmieszny, straszny, okrutny, grafomański, głupkowaty, sowizdrzalski czy nadęty, ale były też momenty, bolesne i autodestrukcyjne. W pewnym momencie naszej działalności pojawił się pomysł, żeby dwoje z nas popełniło na scenie rozszerzone samobójstwo. Na całe szczęście zła energia została zażegnana i nie doszło do tego dramatu. Szerzej opisuję to w Sclavusie. Później poszliśmy bardziej w stronę metafizycznego kabaretu, zaczęliśmy zapraszać innych artystów, generować zderzenia i spotkania. Ten twórczy ferment sprawił, że większość z nas przez lata powtarzała pewne sceniczne patenty, wyuczone dzięki Totartowi. Mówię tu o sobie, Pawle "Koñju" Konnaku, Darku "Brzósce" Brzóskiewiczu czy Pawle „Paulusie" Mazurze. Odpryski obrazoburczo-nowatorskiej energii Totartu trafiły też do Warszawy czy Krakowa. Kazik Staszewski, Marcin Świetlicki czy Robert Brylewski też byli w jakimś stopniu zainspirowani Totartem. Cześć z nas zniknęła, inna cześć się zaćpała czy odeszła, ale nie wszystek Totart umarł.
Czy „robienie sztuki" może się kiedyś znudzić?
Jako młody człowiek, pod wpływem Kafki, Gombrowicza, Vonneguta i Joyce'a, zacząłem pisać opowiadania. Potem pojawiła się muzyka i pisanie tekstów. Właściwie do dzisiaj mam poczucie, że wybór formy nie jest do końca istotny. Moją metodą jest – zresztą też wynikającą z doświadczenia Totartu – "nie kijem go, to pałką!". Nie ważne, jak Was zaskoczę. Spodziewajcie się niespodziewanego. Nauczyłem się korzystać z pewnych schematów i nie jest dla mnie problemem, żeby zmienić gatunek. Ludzie lubią się przywiązywać do fiszek muzyka, literata, artysty, a w gruncie rzeczy medium to sprawa drugorzędna. Liczy się to, że chcesz coś zmienić, coś istotnego przekazać, zostawić jakieś memento, wykorzystawszy swój moment w czasie i przestrzeni.
Rozmawiał Leszek Chełmowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dziękuję, bardzo fajnie się to czytało. Gratulacje Panie Leszku.
Tak panie Leszku. Fajna sprawa pana Tymona ale czytało się oj czytało. Pewnie będzie z pana pizarz.
Pizzer
najlepszy wywiad jaki kiedykolwiek przeczytałam za zlotowskich.pl
Trochę za krótki, ale faktycznie Leszek jest bezkonkurencyjny.
Dziękuję, bardzo fajnie się to czytało. Gratulacje Panie Leszku.
Tak panie Leszku. Fajna sprawa pana Tymona ale czytało się oj czytało. Pewnie będzie z pana pizarz.
Pizzer