Reklama

Nie ma ludzi do pracy!

26/04/2019 18:40

Brakuje rąk do pracy, alarmują właściciele zakładów, szefowie urzędów! Bez podwyżek będzie coraz gorzej.

W Powiatowym Urzędzie Pracy figuruje nieco ponad 2 tysiące bezrobotnych. To rekord.

– Od dłuższego czasu obserwujemy taką spadkową tendencję – mówi Agnieszka Zasacka z PUP, która zajmuje się aktywizacją osób bezrobotnych. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, bezrobocie w kraju kształtuje się na poziomie 6,1%, a w województwie wielkopolskim wynosi 3,3%. W powiecie złotowskim wynosi 7%.

Brakuje kompetentnych

Jest coraz mniej bezrobotnych i coraz więcej wolnych miejsc pracy. Zdaniem Agnieszki Zasackiej trudno określić, ilu bezrobotnych rzeczywiście chce pracować.

Reklama

– Część na pewno jest zarejestrowanych wyłącznie dla świadczeń z ubezpieczenia. Można przypuszczać, że zamiaru pracy u tych osób nie ma – sądzi. 

– Mamy osoby z wykształceniem wyższym, które od lat nie pracują.

– Niestety, postęp w dziedzinie, w której zdobyli wiedzę i tytuł magistra był tak duży przez minione lata, że w zasadzie musieliby zaczynać edukację od nowa.

Pracodawcy coraz częściej przystają na pracowników z jakimkolwiek wykształceniem: gimnazjalnym, a nawet podstawowym.

– Argumentem wpisywanym w podaniach jest chęć do pracy.

Reklama

– Wpadamy w absurd – potwierdza urzędniczka.

– Pracodawcy są obecnie w trudniejszej sytuacji niż przed laty. Osób, które mają określone kompetencje, jest coraz mniej – mówi wprost dyrektor złotowskiego PUP, Łucja Greczyło.

Większy zakład, większe trudności

– Jeżeli chodzi o zakłady mechaniki pojazdowej, naprawdę ciężko jest dostać osobę wykwalifikowaną z doświadczeniem, chociażby pięcioletnim – mówi Bronisław Kubiński, który od lat prowadzi w Złotowie zakład w tej branży. Działa w niej także Andrzej Misiak.
– Jest kryzys i niestety idzie ku gorszemu – określa sytuację.

Reklama

– Na rynku pracy nie brakuje ludzi do prostych czynności, prostej pracy, ale tam, gdzie chodzi o kwalifikacje, sytuacja jest kiepska – mówi o kilkuletniej już tendencji. W zasadzie nie ma dzisiaj branży, której nie dotknąłby deficyt pracowników.

– Im większy zakład, tym większe są trudności w zakresie pozyskania kadry. Małe zakłady jakoś sobie jeszcze radzą, chociaż też już nie do końca. Trudno jest zwłaszcza wśród rzemieślników, gdzie poszukujemy wyłącznie wykwalifikowanych osób. W dużym zakładzie można jeszcze przyuczyć, w małym trzeba konkretnie pracować. Potrzeba nam fachowców, których po prostu nie ma – mówi Karol Pufal, Starszy Cechu Rzemiosł Różnych.

Reklama

Niby lepiej jest w budownictwie, ale to też tylko pół prawdy, ponieważ pracownicy są, ale ci, którzy w branży funkcjonują od lat. Natomiast świeżej krwi nie ma.

– Pracy jest ogrom, ale ci, którzy mogliby pracować, są już pozatrudniani. Nowych osób nie widać – mówi Tomasz Duda z firmy SEBTOM. Jego pracownicy mają od 20 do 60 lat, trzon stanowi kadra w przedziale 30–40 lat. Nawet jednak niektórych spośród już zatrudnionych nie można być pewnym.

– Pewny mogę być 55–60% załogi. Z resztą nigdy nic nie wiadomo. Albo coś im się nie podoba, albo jest problem z alkoholem itp.
– budowlaniec przyznaje, że rotacja na rynku pracowników w tej branży jest bardzo duża.

Reklama

Uczniowie z niższym poziomem

– Tak naprawdę w budownictwie też jest w tej chwili bardzo licho. Nikt nie przychodzi i nie pyta o pracę – Stanisław Bartoszewicz chętnie zatrudniłby dwóch murarzy, i to młodszych, bo większość jego załogi to starsi pracownicy.

– Ta średnia to 50 plus, a młodych nie widać – przyznaje właściciel firmy budowlanej. Jego zdaniem dołek pogłębił się zwłaszcza na przestrzeni ostatnich trzech lat.

Mirosław Błoński, właściciel zakrzewskiej firmy, która na rynku działa od dwudziestu pięciu lat, potwierdza tendencje, choć nieco uspokaja, że jeszcze można sobie poradzić. Wśród około dwudziestoosobowej kadry jego firmy jest kilku uczniów.

Reklama

– Staramy się ich szkolić, a później zatrzymać – choć potwierdza, że z rekrutacją jest coraz trudniej.

– Chłopaka, który ma się zajmować tynkami i ma to dobrze robić, trzeba przyuczać minimum rok – określa. Firma wspomaga się sprawdzonymi podwykonawcami, którymi są m.in. także ci, którzy tutaj zdobywali pierwsze szlify.

– Natomiast rozszerzać firmy nie ma sensu, bo ta nisza na pewno przyjdzie. I to niebawem. Wtedy odnaleźć się na rynku będzie jeszcze trudniej – przekonuje.

Wspomniani uczniowie – jak rzeczywiście z nimi jest? – Sytuacja z ostatnich lat generalnie jest bardzo słaba. Jest mniej chętnych chcących się czegoś nauczyć. Poziom tych chłopaków też jest coraz słabszy. Chociaż w ostatnim roku coś jakby drgnęło. Odrobina więcej przynajmniej przychodzi i się pyta – Bronisław Kubiński twierdzi, że z ostateczną oceną trzeba jednak poczekać do końca maja i tego, co wydarzy się na giełdzie zatrudnienia, którą zorganizuje Cech Rzemiosł Różnych.

Reklama

System wymaga zmiany

– Nie bardzo chcą się uczyć – mówi o tych, którzy obecnie mają wchodzić na rynek pracy, Andrzej Misiak. Jak przyznaje, poziom, podejście, zaangażowanie młodzieży to jedno. Drugie to jakość kształcenia.

– Nie ma zawodowych przedmiotów – podkreśla, że kiedyś uczył się ich przez trzy lata szkoły zawodowej, dzisiaj młodzież zalicza kilkutygodniowe kursy.

– Czego są w stanie tam się nauczyć? System jest chory – zauważa, że z jednej strony nie wymaga tego, co powinien, z drugiej zaś młodzi się nie garną.

Reklama

– Miałem w tamtym roku ucznia. Nie bardzo to wyszło – Stanisław Bartoszewicz wskazuje na brak podstawowych umiejętności.

– Jeśli już ktoś się trafi, są to samouki, chłopaków z wiedzą w zakresie budownictwa nie ma – uważa.

– Oczywiście, że nie wszystkich należy wrzucać do jednego worka, ale generalnie to jest jednak inna mentalność, inne zaangażowanie. Kiedyś było więcej tych, którzy chcieli się uczyć i wiedzieli, po co zdobywają fach. Liczby też to potwierdzają. Od trzech–czterech lat odsetek osób niezdających egzamin czeladniczy jest większy. Wcześniej jak było ich 5% to było dużo, dzisiaj normą jest, że 15% nie zdaje za pierwszym podejściem – mówi Karol Pufal.

Reklama

To, co dzieje się z uczniami, przedkłada się później na sytuację z kandydatami do pracy – nie ma ich. Także za sprawą pensji, które nie spełniają ich oczekiwań.

– Prawda zawsze leży pośrodku. Zależy, jak elastyczny jest pracodawca. To nie tylko powinna być najmniejsza płaca. Wtedy taka osoba tylko przychodzi do pracy. Dostaje pieniądze za podpisanie listy. My naprawdę opłacamy ludzi godnie. Moi uczniowie mają pozakładane firmy i ze mną współpracują – mówi Mirosław Błoński.

Jest gdzieś granica

– Błędy są po obu stronach. Czasami pracodawcy mogliby dać więcej od siebie, bardziej zachęcić. Nie traktować tych osób tylko jak siłę roboczą – uważa Agnieszka Zasacka z PUP.

Reklama

– Nie mamy większych problemów z pracownikami dzięki temu, że umiejętnie balansujemy między ich oczekiwaniami a możliwościami pracodawcy. Ale na pewno nie jest to łatwe – dodaje z kolei Jacek Fertikowski, prezes Miejskiego Zakładu Usług Komunalnych.

– Jasne, że za 2 tys. zł ktoś z fachem w ręku do pracy nie przyjdzie. Trzeba jednak pamiętać, jakie są i jak wzrastają obciążenia w działalności gospodarczej: fiskalne, ZUS–owskie. Z drugiej strony są też granice podnoszenia kosztów usług. Klient też ma swoją „wytrzymałość” – podkreśla Andrzej Misiak.

– Jeżeli pracownicy mają więcej zarobić, więcej musi zapłacić klient. Dzisiaj zyskowność właściciela i tak jest dużo niższa niż kiedyś. Obecnie, gdy jest kilkuprocentowy zysk, wszyscy się cieszą – zauważa Karol Pufal.

Pracować? Nie opłaca się

Prezes MZUK–u  dostrzega, że coraz gorzej wygląda sytuacja na rynku pracy.

– Nawet jeśli radzimy sobie w tym względzie, to obiektywnie trzeba przyznać, że rzeczywiście jest coraz trudniej. Sytuacja związana z możliwościami zatrudnienia pogarsza się, szczególnie osób z kwalifikacjami – jego zdaniem jedną ze składowych problemu jest program 500+.

– Nie jestem zwolennikiem dawania. Jestem zwolennikiem ulg – mówi, że 500+ tak, ale warunkiem musi być praca.

– Nie może być sytuacji, że ktoś rezygnuje z pracy, bo nie opłaca mu się pracować. Takie pieniądze powinny być warunkowane zatrudnieniem. To istotnie zmieniłoby te relacje – uważa.

– W momencie, gdy za chwilę 500+ ma być jeszcze rozszerzone na pierwsze dziecko, bez kryterium dochodowego, ten proces może się pogłębić – dodaje Jacek Fertikowski.

– Jest spadek bezrobocia. Obserwujemy to, że na rynku złotowskim nie ma chętnych do pracy. To jest złożony problem. W niektórych środowiskach osoby mówią wprost, że nie opłaca im się iść do pracy, bo mogą stracić – mówił podczas niedawnej sesji Rady Miejskiej Złotowa kierownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, Piotr Brewka.

Poprzeczka coraz niżej

Problem braku rąk do pracy coraz bardziej dotyka administracji, w tym samorządów. Aby znaleźć pracownika, obniża się wymagania – tak było np. w niedawnym konkursie zorganizowanym w Urzędzie Miejskim w Złotowie, gdzie obniżono konkursowe kryteria – z inspektora na podinspektora. Gmina Zakrzewo od pewnego czasu boryka się z problemem znalezienia osoby, która zajmowałaby się pozyskiwaniem pieniędzy pozabudżetowych, funduszem sołeckim i współpracą z organizacjami pozarządowymi. W pierwszym naborze były dwie oferty, ale żadna nie spełniała wymagań formalnych. W kolejnym konkursie nikt się nie zgłosił.

– Z chęcią zatrudnilibyśmy do urzędu jeszcze jedną osobę, ale jestem przekonany, że takiej z kwalifikacjami nie znajdziemy. Dlatego chcemy kogokolwiek z chęciami do pracy, kogo będzie można przygotować, przyuczyć do tych obowiązków. Mam spore doświadczenie z pracy w urzędzie pracy i wiem, że jeśli chodzi o dobrych pracowników, problem jest w każdej branży – mówi wójt Marek Buława. Problemy z pozyskaniem pracownika do spraw związanych z pozyskiwaniem unijnych pieniędzy potwierdza także wójt gminy Tarnówka Jacek Mościcki.

Burmistrz Okonka Andrzej Jasiłek twierdzi, że z konkursami w miejscowym urzędzie aż takiego problemu nie ma, natomiast znacznie większy problem jest, gdy potrzeba osób do prac społeczno–użytecznych.

– Nie ma chętnych. Musimy brać ich prawie że z łapanki – przyznaje. Samorządowcy potwierdzają, że im bardziej profilowany kierunek poszukiwanego pracownika, tym mniej zainteresowanych.

– Zgłaszają się, ale nie jest to tylu kandydatów jak w poprzednich latach – burmistrz Jastrowia Piotr Wojtiuk przyznaje, że kiedyś było to 8–10 osób, teraz 2–3.

– Im bardziej szeregowe stanowisko, tym łatwiej, im wyższe wymagania kompetencji, tym trudniej o pracownika – mówi Wojtiuk.

– Rzeczywiście wiele zależy od skonfigurowania zakresu wymagań – wójt gminy Złotów Piotr Lach przypomina, że na jeden z niedawnych konkursów na stanowisko w zarządzanym przez niego urzędzie wpłynęły trzy oferty, ale żadna nie spełniała wymagań.

– Pilnie potrzebowaliśmy pracownika, więc zrobiliśmy nabór z niższymi wymaganiami, na pomoc administracyjną. Zgłosiło się dwanaście osób. Jakaś chęć pracy w biurze zatem jest, natomiast gdy idzie o kwalifikacje, jest dużo gorzej – porównuje wójt.

Podwyżki, bo fachowiec kosztuje

Piotr Lach przyznaje, że chodzi nie tylko o samą administrację, ale właśnie o ludzi z konkretnym zawodem, którzy przydaliby się np. w gminnej spółce wodnej.

– Tam dopiero jest problem z pozyskaniem fachowców. Nasza spółka po raz kolejny prowadzi nabory na elektryka czy hydraulika. Bezskutecznie – przyznaje, że niewątpliwie wpływ na to ma także kwestia zarobków.

– Tutaj na pewno przewagę ma rynek przedsiębiorców. W pewnym sensie nie jesteśmy w stanie dać oczekiwanych przez fachowców wynagrodzeń, to natychmiast wpłynęłoby na wysokość taryf za wodę i ścieki. Z kolei za pieniądze, które oferujemy, o dobrego pracownika trudno – jak mówi wójt, koło się zamyka. A kwalifikacje są wymagane, bo pracownicy takich spółek jak gminna, zajmująca się wodociągami i kanalizacją, muszą wykonywać coraz bardziej skomplikowane rzeczy, aparatura też jest coraz nowocześniejsza. Fachowiec kosztuje. Efekt jest taki, że z publicznych jednostek i instytucji kadra coraz częściej ucieka w prywatny sektor – jeśli ma oczywiście kwalifikacje i możliwość zarobienia większych pieniędzy, a z reguły są one lepsze niż w budżetówce.

– Bez wątpienia finansowe kwestie mają tutaj duże znaczenie – przyczyny spadającego zainteresowania budżetowymi jednostkami upatruje burmistrz Jastrowia.

– Dlatego co roku robimy małą korektę zarobków. W najbliższym czasie również nastąpi – zapowiada podwyżki w granicach 4–5%.
Zatrzymać urzędników

– Cały czas staramy się patrzeć na wynagrodzenia, żeby ci specjaliści, których udało się już wychować i których warto zatrzymać, na miarę naszych możliwości byli finansowo docenieni i gdzieś nie uciekli – mówi wójt Lach.

– Niebawem będziemy musieli podnieść zarobki urzędników – deklaruje również Jacek Mościcki. Przyznaje, że ostatnie wzrosty płac w UG w Tarnówce były dość dawno.

– W tym roku chcemy zrobić małą regulację – zapowiada.

– Już w tym roku były przyznane podwyżki pracownikom i myślę, że w przyszłym również jakieś będą – mówi także wójt Marek Buława.
Rada Powiatu Złotowskiego również zdecydowała na niedawnej sesji o przeznaczeniu pieniędzy na regulację płac dla „szeregowej” kadry starostwa. Starosta Ryszard Goławski zapowiada też odejście od obecnego systemu nagradzania, a przeznaczaniu pieniędzy na pensje.

– Będę chciał zaproponować, w zamian za fundusz nagród, właśnie podwyżkę wynagrodzeń – uważa, że obecny system nagradzania musi się zmienić z systemowego na uznaniowy. Nagrody mają dostawać tylko ci, którzy rzeczywiście wykażą się w pracy ponadprzeciętnym zaangażowaniem.

– Już w drugiej połowie 2018 roku nie było nagród – przypomina, że w ostatnich latach były przyznawane dwa razy w roku: w listopadzie, przy okazji święta niepodległości i w maju, z okazji dnia samorządowca.

– Ale za to w 2018 roku przeznaczyliśmy około 700 tys. zł na regulacje i podwyżki płac – sumuje starosta.

– Praca zarządu będzie ukierunkowana na podwyższanie zarobków – Ryszard Goławski twierdzi, iż ma świadomość, że bez podwyżek w kolejnych latach może nie zatrzymać ważnych dla starostwa pracowników. Zatrudnianie obcokrajowców do tej pory było domeną sektora prywatnego. Tacy pracownicy w budżetówce? – Nie jest wykluczone, że na stanowiska pracowników fizycznych będziemy rozważali ich zatrudnienie – zapowiada wójt Piotr Lach.

Tomasz Duda twierdzi, że w jego branży wcale nie jest tak różowo. Budowlany bum wprawdzie trwa, ale rotacja pracowników jest ogromna. A nowych również nie widać


38 zł za godzinę

Wójtowie i burmistrzowie również potwierdzają, że regularnie słyszą o problemach z brakiem kadry od działających w ich gminach przedsiębiorców. Na rynku pracy jest bryndza, bo dla wielu wciąż bardziej atrakcyjnymi kierunkami są zachodnie.
– Nasi absolwenci trochę popracują i wciąż jednak wybierają jeszcze Zachód. Przynajmniej na okres kilku lat. I wcale się nie dziwię, bo wynagrodzeniami długo jeszcze nie dorównamy tamtym krajom – mówi Karol Pufal.

Niektórzy wracają.

– Tak, ale większość na chwilę. Przekonują się, że za te pieniądze nie są w stanie wyżyć i ponownie jadą za granicę – Starszy Cechu uważa, że na stałe wracają osoby po czterdziestce – młodsi, dopóki mogą, pracują  za granicą.

– I w dużych miastach. Choćby w Gdańsku oferowano ostatnio pracę dla murarzy za 38 zł na godzinę. U nas jest to nie do pomyślenia – porównuje do stawek, jakie na Wybrzeżu oferują inwestorzy, najczęściej zagraniczni.

Jaki będzie tego skutek dla naszego, lokalnego rynku? – Zakłady będą zamykane, a już na pewno te mniejsze. Obecnie na naszym rynku pracy nie mamy np. żadnego ucznia w zawodzie hydraulik – Karol Pufal podkreśla, że grupa takich zawodów z roku na rok się powiększa.
– Za chwilę nikogo nie będzie – snuje ponurą wizję.

Na własny rachunek

Zakładanie przez młodych, wykwalifikowanych własnej działalności? – To nie jest proste. Obecnie prowadzenie działalności składa się z wielu czynników. Dzisiaj wejść i przebić się na rynku, a później na nim przetrwać, jest niezmiernie trudno. Jest sporo takich, którzy zakładają działalność, a po kilku miesiącach ich nie ma. Chcą przetrwać rok, bo mają dofinansowanie na działalność, której po tym okresie nie trzeba zwracać. Nie mówmy tutaj o budowlance, która przeżywa bum i nawet jak coś nie pójdzie, to zamknie działalność i porobi na czarno – ocenia Pufal.

Jak jednak wskazuje Agnieszka Zasacka z Powiatowego Urzędu Pracy, te statystyki nie wyglądają źle. W ostatnich latach średnio w ciągu roku PUP udzielał bezzwrotnych dotacji na uruchomienie działalności około sześćdziesięciu wnioskodawcom.

– Mimo, że możliwości finansowe urzędu były większe. Nie było jednak zainteresowania. Około pięć lat temu, co roku ponad sto bezrobotnych osób zakładało swoją działalność gospodarczą – podkreślają nasze rozmówczynie z PUP. Widać zatem, że trend spadł. Niemniej… – Nieliczne z tych działalności są likwidowane. Jeśli do nas wracają, są to pojedyncze osoby – przekonuje Agnieszka Zasacka.
– W 2018 roku było to 59 działalności, w tym roku ma być podobnie. W ramach nowego projektu mamy zaplanowanych 20 dotacji dla młodych (do 30 roku życia) i 33 dotacje dla osób powyżej trzydziestu lat.

Średnie zarobki

Ile wynoszą średnie zarobki brutto w urzędach gmin, starostwie powiatowym i instytucjach w powiecie złotowskim? Podane średnie dotyczą wyłącznie tej części kadry poszczególnych placówek, w którą nie są wliczane osoby z najwyższymi płacami, jak: burmistrzowie, wójtowie, sekretarze, skarbnicy, naczelnicy, dyrektorzy czy ich zastępcy.

Zaokrąglone średnie wyglądają następująco: Urząd Gminy Złotów – 4,16 tys. zł; UG Lipka – 3,83 tys. zł; UG Zakrzewo – 3,75 tys. zł; UM Złotów – ponad 3,71 tys. zł w przypadku samych urzędników i ponad 3,86 tys. zł uwzględniając pobory kierowników i osób zatrudnionych na samodzielnych stanowiskach; UMiG Okonek – 3,63 tys. zł; UGiM Krajenka – 3,58 tys. zł; UMiG Łobżenica – 3,51 tys. zł (łącznie z kierownikami referatów); UGiM Jastrowie – 3,5 tys. zł; UG Tarnówka – około 3,5 tys. zł; Starostwo Powiatowe w Złotowie – 3,44 tys. zł (nie licząc kadry zarządzającej starostwa) oraz 3,32 tys. zł (średnia urzędnicza, nie uwzględniająca kadry zarządzającej oraz kierowników i stanowisk samodzielnych).

W pozostałych instytucjach, z których otrzymaliśmy dane średnie miesięczne zarobki brutto wyglądają następująco: Urząd Skarbowy w Złotowie – 4,81 tys. zł; Powiatowy Zarząd Dróg w Złotowie – 3,56 tys. zł; Urząd Pocztowy w Złotowie – od 3,17 tys. zł do 3,32 tys. zł (dane za styczeń br); Stacja Sanitarno–Epidemiologiczna w Złotowie – blisko 3,1 tys. zł; Zakład Ubezpieczeń Społecznych w Złotowie – 3.050 zł; Powiatowy Urząd Pracy – 2,75 tys. zł.

Piotr Steffen

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    kled - niezalogowany 2019-04-26 18:53:25

    Wprowadzić pensum 26 godzin i 40% nauczycieli zasili rynek pracy!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    gość 2019-04-26 18:53:32

    Po co pracować jak Kaczyński da 100+ na kabana i 500+ na krowę i dziecko?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    gość 2019-04-26 18:54:54

    Wystarczy zapisać się do PiS i się dostanie ,,bo się należy''

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama