Kierowcy sztywnieli z zimna, więc za drążkami siadali dowódcy. W bakach brakowało gazolu, a olej tankowany w CPN-ach unieruchamiał kolejne czołgi. Rozgorzały ogniska buntu. - Nie było możliwości prowadzenia jakichkolwiek działań wojennych - Zbigniew Sikora rozwiewa opary propagandy z 1981 roku
„Wykonujecie wszystkie rozkazy. Odmowa wykonania – kulka w łeb”. W podbydgoskim lesie nieomal ziściły się te słowa. Sierżant trzymał na muszce szeregowca-buntownika, życie uratowała mu jednak zimna krew kolegi, który stanął za niedoszłym katem z kałasznikowem. Strzał za strzał, śmierć za śmierć – siłą tej zaskakującej groźby broń została opuszczona.
[[reklama]]
Alarm 13 grudnia 1981 roku żołnierzy z 49. Warszawskiego Pułku Zmechanizowanego przywitał nie tylko niewyobrażalnym chłodem. Niedziela rozpoczęła się alarmem, który o 3.00 postawił na nogi wałecką jednostkę. Ćwiczebnym? Absolutnie, wszak kanary, czyli Wojskowa Służba Wewnętrzna, zaczęła się zbroić. – Nawet nie wiedzieliśmy, że mają u nas magazyn broni – wspomina Zbigniew Sikora, żołnierz, którego wyrwano wówczas ze snu. Rozkaz był krótki: do parku. Rozgrzane silniki wozów bojowych i czołgów do 7.00 tłoczyły myśli do głów zdezorientowanych żołnierzy
To tylko fragment artykułu P. Koplin z AL 02/2014, s.25
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze