Reklama

Nie sprzedałem się

18/02/2014 00:00
O obietnicach, których nie było, braku autopromocji, rzucaniu kłód pod nogi, złośliwościach oraz jesiennych wyborach z Edwardem Grzelakiem, kierownikiem Wiejskiego Domu Kultury w Sypniewie rozmawia Patrycja Koplin

Czy w tak małej miejscowości jak Sypniewo da się robić wielką kulturę?

Pewnie, że się da, choć nie ukrywam, że istnieją pewne kryteria ograniczające. Mówię tutaj chociażby o komputerach i internecie, który daje niczym nieskrępowany dostęp do wirtualnego świata. Na ten czynnik nałożyła się demokracja, jaką dostały dzieci. Wszystko się im dzisiaj należy, mogą robić tak, jak uważają, a mama i tata nie mogą nawet głośno krzyknąć i nie zawsze o wszystkim wiedzą. Czasami więc nawet kultura podana za darmo i na talerzu nie budzi zainteresowania. Może musimy trochę poczekać, żeby mentalność się zmieniła, żeby ludzie wrócili do korzeni, jakimi były m.in. wspólne biesiady i festyny. Dziś też jest o wiele trudniej dotrzeć z kulturą do człowieka, ponieważ trzeba celować w indywidualne gusta, a zawsze trafić jest nie sposób. Mało którego nastolatka interesują dziś dyskoteki, które odbywały się o 16.00 czy o 18.00, ponieważ dla nich życie zaczyna się po 22.00. Nas nikt jeszcze do pracy w tych godzinach nie upoważnił. Owszem, pracujemy w nocy, ale tylko w przypadku zaplanowanych imprez.

Więc dziś mówimy jeszcze o domach kultury czy już o domach rozrywki?

Uważam, że jeszcze o domach kultury. Przynajmniej staramy się z ludźmi rozmawiać, staramy się, by ten rys kulturalnego zachowania, społecznego współżycia, dostępu do informacji istniał. Czytamy tutaj książki, organizujemy festyny i akademie, składamy uszanowanie paniom, panom, seniorom. Jasne, dyskoteka, bieganie, gra w ping-ponga czy bilard jest rozrywką, ale staramy się, by była to kulturalna rozrywka. Dla nas najważniejsze jest porozumienie międzyludzkie nawiązywane bez podziałów. O to zabiegamy.

Ma Pan zaplecze osobowe, które pomaga tę kulturę organizować, które zawsze za Panem stanie?

Za mną nie, raczej obok. Ramię w ramię. Jest wiele osób, na które mogę liczyć. Mam tu na myśli ochotniczą straż pożarną, Stowarzyszenie Kobiet Aktywnych Malwa, szkołę i przedszkole oraz sołtysa i ugrupowania katolickie. Są też osoby prywatne, które zawsze mają ramiona otwarte i którym zależy na tym, by w Wiejskim Domu Kultury coś się działo. Zawsze wszystkim powtarzam: „przyjdźcie, powiedzcie, czego oczekujecie, a zrobimy to razem”. Jeśli ktoś nie chce się angażować, to w porządku - niech stoi z boku, ja sam wszystko zrobię, muszę jednak znać oczekiwana, o których mówiłem. Mówiąc „ja” myślę o wszystkich pracownikach WDK i filii bibliotecznej w Sypniecie oraz wsparciu innych współpracowników OK w Jastrowiu.

Jest Pan kierownikiem, który samodzielnie wskazuje kierunki działań, sam decyduje o rytmie, w jakim WDK żyje?

Pani mnie zna i widzi, że nie ubieram się w krawat i nie staję z boku w oczekiwaniu na laury i podziękowania. Sam angażuję się w różne przedsięwzięcia, jak trzeba obsługuję sprzęt. Nie raz człowiek ma dość, nie raz rzuciłby tę pracę, tę kulturę, ale ktoś przecież musi się nią zajmować i wcale nie mówię tu, że robię to z obowiązku, a z chęci pracy z ludźmi i dla ludzi. Zresztą jak przyjdzie jedna, druga osoba i wesprze, to siły wracają.

Urodził się Pan w Sypniewie, tu dorastał i mieszka do dziś. Nie jest tak, że traktuje się Pana jak „swojego”, a nie jak „wielkiego kierownika”?

Nie uważam się za wielkiego kierownika – to tylko nazwa funkcji. Mimo wszystko postrzeganie osób pracujących w „budżetówce” jest różne. Niektórzy mają takie wyobrażenia, że nie wiadomo, ile zarabiam albo że nie wiadomo, co mogę. To nieprawda – mogę tyle, ile mogą inni. Jestem traktowany na równi z innymi obywatelami, a może nawet w stosunku do burmistrza czy dyrektor ośrodka kultury muszę zachowywać się jeszcze bardziej skrupulatnie. Ludzie bywają zawistni, zazdrośni, bo: „ty masz pracę”. Ale tym, którzy tak mówią, odpowiadam: „nawet gdybym ci dał pracę, to ty i tak nie będziesz pracować za takie pieniądze, jakie są teraz na rynku”. Nie uważam, abym z tytułu pełnionej funkcji osiągał jakiekolwiek profity, a obowiązków nie brakuje. Zaważyła Pani, by ktokolwiek na jakiejkolwiek imprezie wziął kiedyś mikrofon do ręki? Jeszcze nie zdarzyło się, by ktoś odważył się to zrobić. Trudno jest stanąć twarzą w twarz z człowiekiem i powiedzieć coś, co nie ośmieszy nas, imprezy czy zakładu pracy i nie poniży tych, którzy słuchają.

[[reklama]]

Zamierza Pan ubiegać się o mandat radnego jastrowskiej rady miejskiej?

Szczerze – na sto procent nie podjąłem decyzji, ale póki co moja odpowiedź jest negatywna. Jestem na „nie”, ponieważ na brak zajęcia nie narzekam, a bycie radnym nie polega tylko na tym, by pojechać na sesję i wziąć pieniądze. Jestem kierownikiem WDK, działam w klubie krwiodawców, jestem prezesem spółdzielni mieszkaniowej i nie chciałbym żadnej z tych rzeczy zaniedbać. Zwłaszcza, że mieszkańcy Spółdzielni nie bardzo widzą zmianę w tej materii. Wprost mówią, że zadowoleni są ze współpracy i nie chcą się rozstawać. Jak miałbym się czuć, zostawiając tych ludzi? Poza tym gdybym dziś powiedział, że startuję, to może zniechęciłbym kogoś innego do startu. Może ktoś pomyślałby: „skoro Edek kandyduje, to dam sobie spokój”, a może ktoś zacząłby kopać dołki... Będąc w polityce jest się na widelcu. By podjąć ostateczną decyzję muszę jeszcze przeprowadzić parę rozmów.

Nie mniej jednak do samorządu Pana ciągnie. Przez dwie kadencje był Pan radnym.

Jestem społecznikiem. Już od średniej szkoły ciągle działam w jakichś strukturach, jestem dla ludzi. Cały czas jest mi to bliskie. Mimo wszystko słyszałem czasem: „idziesz na radnego, bo to są pieniądze”. Dla mnie to nie jest argument. Kiedy byłem radnym, a trwał remont kościoła w Sypniewie, przywoziłem tu komisje, prosiłem, pokazywałem, tłumaczyłem... Sam pomagałem i na kolanach drapałem farbę. Myślałem, że to wystarczy, że praca wystarczy, aby ktoś mnie dostrzegł. Tak nie było. Potem ludzie mówili: „nie sprzedałeś się”. Tłumaczyli, że oprócz tego, że widziano, jak pracuję, powinienem był też o tym mówić. Ja myślałem, że ludzka obserwacja wystarczy.

Więc w 2010 roku nie dość się Pan zareklamował, by zostać radym?

Nie zareklamowałem się wcale. Nie zrobiłem ani jednego spotkania, nic nie obiecałem, bo nie lubię rzucać słów na wiatr. Po prostu się nie sprzedałem. Raczej słuchałem niż mówiłem. Doszła też zazdrość i paszkwile... Ludzie myśleli, że jak się jakiś festyn prowadzi, to ktoś dodatkowo płaci. Nie. Nawet jak gdzieś jechaliśmy, choćby do Jastrowia wspierać różne imprezy, to po przyjacielsku. Nic nie rozbijało się o pieniądze. Pieniędzy za funkcję w klubie krwiodawcy też nie ma. Ma się za to obowiązki i wyrwany prywatny czas – to moje hobby.

Nie sądzi Pan, że gdyby ta reklama się pojawiła to wynik wyborczy byłby inny?

Na pewno byłby inny – zabrakło mi parę głosów. Ale to się rozchodziło o sprawy materialne. Jak mówiłem – niczego nie obiecałem.

Niejako ucząc się na błędach teraz byłby Pan gotów obiecać?

Nie. Wolę rozmawiać realnie. Nie zamierzam obiecywać gruszek na wierzbie.

Mim Pańskiej deklaracji mieszkańcy Sypniewa wymieniają Pana w rzędzie potencjalnych kandydatów w wyborach do rady miejskiej. Docierają do Pana takie głosy?

Tak. Ludzie przychodzą i pytają. Jedni są za tym, bym startował, inni uważają, że czas, by młodsi poszli... Nic na siłę. Zobaczymy, jaka będzie wola społeczeństwa... chociaż wcześniej myślałem, że ta wola jest, a wyszło jak wyszło.

W tym roku teoretycznie powinno być łatwiej, ponieważ ubywa jeden z kontrkandydatów – Jan Stapiński nie zamierza ubiegać się o reelekcję.

Nie patrzę na to, bo ani Bzowski, ani Stapiński nigdy nie byli moimi wrogami. Nie miałem do nich żalu, bo to nie oni wygrali – społeczeństwo ich wybrało. Widocznie to co mówili było bardziej przekonujące niż ja i tyle. Nigdy nikomu kłód pod nogi nie rzucałem i nie zamierzam tego robić. Nie jestem złośliwy, mimo że w stosunku do mnie były złośliwości. Wiem, kto był ich autorem, ale niczego nie dochodziłem, nie żaliłem się...

A może przed podjęciem decyzji o starcie powstrzymuje Pana lęk przed porażką?

Nie. Tyle tych „wojen” już w życiu stoczyłem, tyle konfrontacji mam za sobą, że nie ma tu strachu. W poprzedniej kadencji nie przeszedłem, więc nie wiem, czy jest mi to jeszcze potrzebne... Może moje pięć minut minęło.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości