Reklama

Nie wolno się załamywać

22/08/2015 06:05
Państwo Kledzikowie, którzy w pożarze stracili czternaście sztuk bydła i oborę, nie rozpamiętują nieszczęścia. Działają. Jeszcze w tym miesiącu chcą ruszyć z budową nowego, niemal czterystumetrowego obiektu

Marzena i Andrzej Kledzikowie, mieszkańcy Brzeźnicy, osiemnaście lat temu zaczynali w gospodarstwie od zera. Od jednej krowy i jednych wideł. Ciężka praca, później dzielona z synem i synową, pozwoliła im rozwinąć hodowlę – do trzydziestu jeden sztuk bydła.

29 lipca niemal połowę, dziewięć byków i pięć jałówek, stracili w pożarze. Ten nie dał się opanować. - Wiatr mu wyjątkowo sprzyjał... - wspominają nasi rozmówcy. Rolnicy przeciwko sobie mieli jeszcze coś – w hydrancie umiejscowionym przy ich domu nie było wody. Strażacy tankować wozy jeździli do zbiornika oddalonego od ich gospodarstwa o blisko kilometr.

Reklama

Nie było szans

Tragedie rozgrywają się w ułamkach sekund. Pożar zaczął się od iskry zaprószonej w toku prac dekarskich, przeprowadzanych na budynku przyległym do obory. Kiedy pan Andrzej zauważył dym wydobywający się spod poszycia dachu, pod nim był już ogień. Nie dający szans na reakcję. - Synowa, kiedy zobaczyła pożar, wybiegła z domu, by wyprowadzić bydło. Otworzyła drzwi, ale do środka nie dało się już wejść. Spod dachu spadała paląca się słoma – wspomina pan Andrzej, który w tym czasie próbował gasić ogień. Nie tylko on. - Mamy fantastycznych sąsiadów – przyznaje mężczyzna, wspominając, że ci natychmiast przybiegli na pomoc. Bezinteresownie. Zresztą dali z siebie dużo więcej. - Tego samego dnia, po pożarze, nie miałem czym podścielić bydłu. Spaliła się i słoma, i widły – wyjaśnia nasz rozmówca. W potrzebie nie został sam – wieczorem na podwórko Kledzików zajechał darowany transport słomy. - Nikogo o nic nie prosiłem, bo dotąd zawsze byliśmy samowystarczalni... - nasz rozmówca zawiesza głos. Mimo to mobilizacja przeszła jego najśmielsze oczekiwania. Rolnicy udowodnili, że mogą na siebie nawzajem liczyć. Naszym rozmówcom podarowano też siano i zboże, ponadto jeden z gospodarzy pozwolił im zebrać słomę z 10 hektarów swojego pola. - To duża pomoc – uzmysławia pan Andrzej, wśród przychylnych jego rodzinie osób wymieniając jeszcze władze gminy. Poszkodowanym wypłacono już zasiłek celowy, wsparcie, również finansowe, przekazał także jeden z sąsiadów. Spisała się również ubezpieczalnia, która już trzy dni po pożarze uznała szkodę. Nasi rozmówcy otrzymają całą wartość ubezpieczenia – 45.000 zł (na tyle, według wytycznych zakładu, ubezpieczono obiekt, jego faktyczną wartość rolnik szacuje zaś na ok. 80 tys. zł).

Nowa obora (o powierzchni 388 m²), która ma stanąć w odległości 10 metrów od tej, która spłonęła, kosztować ma 250-300 tys. zł. - Kupiliśmy już projekt, jesteśmy w trakcie załatwiania formalności związanych z rozpoczęciem budowy, jeszcze w tym miesiącu chcemy ruszyć z pracami – opowiada syn pana Andrzeja. Wszystko dzieje się szybko, bo odejście od hodowli nie przeszło mu nawet przez myśl.

Reklama

To byczek szczęśliwiec - jako jedyny uratował się z płonącej obory

Poczucie winy

Strat w bydle naszym rozmówcom nikt nie zrekompensuje. Są one dla pana Andrzeja tym dotkliwsze, że spośród padłych sztuk żadna nie należała do niego. - Mój byczek zdołał wyskoczyć z obory. Te czternaście sztuk to dorobek młodych, syna i synowej, dlatego mam kaca moralnego – wyjaśnia mężczyzna.

Ogółem straty w bydle szacuje na około 40.000 zł. Najwięcej warte były byki, niemal gotowe do odstawienia. Wszystkie miały po około 600 kg. Średni przelicznik: 7 złotych za kilogram, każda sztuka warta była więc ponad 4.000 zł. Jałówki – po ok. 4.500 zł.

Reklama

Finalnie zwierzęta miały osiągnąć większą wartość. - Każda sztuka jest warta tyle, ile ktoś jest nam skłonny za nią zapłacić, ale generalnie ok. 700 kg byki sprzedaje się za 4.500-5.000 zł, jałówki za ok. 2.000-4.500 zł. Cielak to jakieś 1.200-1.500 zł – wyjaśnia nasz rozmówca. Skąd te widełki? Cena każdorazowo zależy od wagi zwierzęcia oraz jego przeznaczenia (różne wartości uzyskuje bydło mleczne, mięsne i mleczno-mięsne). Jakiekolwiek by ono nie było, rolnik musi się przy nim napracować tak samo, strata więc zawsze dotyka. Nie tylko kieszeni. Pieniądze przepadły, to fakt, żal w oczach wnuków naszego rozmówcy, które „dostawały” po byczku na imieniny czy urodziny jest jednak równie dotkliwy.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości